.

.

sobota, 31 grudnia 2016

Kompot z suszu, wersja na deser (nie tylko w Wigilię)


Do tej pory był tylko klasyk, jako napój.
Tym razem na wigilijny stół zrobiłam w dwóch wersjach, jedną do picia, drugą na deser, opcję słodszą i gęstą od smakowitych owoców, z migdałami.
Wyszedł może niezbyt urodziwy, ale tak smakowity i aromatyczny zimowy deser, że dokupiłam na targu suszu (po świętach był w cenie promocyjnej ;) i zapakowałam kompot w słoiki, żeby cieszyć się nim też w styczniu i lutym.
Zajadamy schłodzony lub na ciepło, np. na rozgrzewkę po zimowym spacerze.
Niezły patent na zdrowy podwieczorek dla dzieci.

Potrzeba:
- po ok. 150g suszonych jabłek i gruszek (takich ze skórką i ogryzkiem)
- suszona wędzona gruszka i garść wędzonych śliwek z pestkami
- paski skórki z pomarańczy, ścięte bez białej warstwy (z ok. 1/3 średniej wielkości pomarańczy)
- łyżeczka goździków, większa laska cynamonu
oraz
- po kubku (300ml) migdałów*, suszonych moreli, suszonych śliwek bez pestek, suszonych jabłek połamanych na nieduże kawałki (takich ładniejszych, bez ogryzków)
- po pół kubka suszonej żurawiny i rodzynek
- 2-3 laski wanilii** lub torebka cukru wanilinowego/waniliowego
- 2 czubate łyżki aromatycznego miodu (np. gryczany, spadziowy)
- puszka brzoskwiń wraz z syropem
- co tam jeszcze lubicie, u mnie suszone wiśnie, mogą być też figi, daktyle, orzechy włoskie, itp.

Zalewamy w garnku pierwsze cztery pozycje z listy składników 3 litrami zimnej wody i gotujemy na niedużym ogniu pół godziny od zawrzenia. Zostawiamy pod przykryciem na kilka godzin (najwygodniej na noc), żeby spokojnie ostygł i naciągnął smak.
Cedzimy przez gęste sitko, dodajemy całą resztę składników poza brzoskwiniami i znów gotujemy pół godziny od zawrzenia, na sam koniec dajemy brzoskwinie (warto pokroić je na mniejsze części, najwygodniej ćwiartki) wraz z syropem. Próbujemy, ewentualnie dosładzamy (ale prawdopodobnie nie będzie trzeba, słodki syrop z brzoskwiń i miód powinny wystarczyć), odstawiamy do wystudzenia i przegryzienia się znów na kilka godzin.
I można zajadać.
Jeśli zaczęliśmy poprzedniego dnia wieczorem, to będzie gotowy akurat późnym popołudniem na wigilijny stół.


Ale... im dłużej postoi tym robi się gęstszy i smakowitszy, po tygodniu zamknięcia w słoikach całość pysznie się przegryzie.
Jeśli chcecie jak ja zrobić zapas w słoiki, to (jak to z innymi przetworami) po tym kilku-kilkunastogodzinnym odpoczynku zagotowujemy całość jeszcze raz, gotujemy przez chwilkę na większym ogniu, po czym zmniejszmy gaz na minimum i wrzący pakujemy w czyste słoiki, zakręcamy i stawiamy słoiki do góry dnem do ostygnięcia.
Z trzech partii, które zrobiłam, każda wyszła ciut inna, susz pochodził z różnych źródeł, do jednej dałam najzwyklejszy cukier wanilinowy. Jednak nie ma co tu się przejmować brakiem powtarzalności, za każdym razem wyszło pycha.

*Dałam ze skórką, nie przeszkadza mi, a dodaje całości aromatu, ale jeśli wolicie oczywiście można dać migdały bez skórki.
**Użyłam samych skórek z waniliowych strączków, cenne ziarenka ze środka znalazły się wcześniej w serniku.

sobota, 17 grudnia 2016

Karp bez ości, czyli klopsiki w sosie (np. pomidorowym)

Kto lubi ryby, ale nie lubi grzebać się w ościach? Albo ma do nakarmienia rybolubne dziecko, za małe żeby uważać na ości?
To przepis właśnie dla Was, o ile posiadacie maszynkę do mielenia mięsa.

Klopsiki z karpia powstały w zeszłym roku z potrzeby bezostnej wersji karpia dla dziecka i okazały się tak smakowite, że weszły do naszego zwykłego zimowego menu, nie tylko w wigilię.

W wersji świątecznej polecam w sosie piernikowym, na co dzień u nas najlepiej "schodzą" w sosie pomidorowym, klasycznym lub w stylu węgierskim z papryką. Bardzo smaczne są też w sosie pieczarkowym, nawet takim z torebki.
Potrzeba:
(na 2 dni, 2 os. plus dzieć)
-dwa płaty z karpia,
-mała cebula,
-jajko,
-2 kromki chleba i bułka tarta,
-sól, pieprz, majeranek (nieczubata łyżka)
-sos na jaki akurat mamy ochotę*


Z płatów ostrym nożem zdejmujemy skórę** i wycinamy lub wyciągamy obcążkami te najgrubsze ości-żebra (małymi, tymi śródmięśniowymi nie musimy się przejmować). Mięso mielimy (na sitku 2mm) i kończymy kromką chleba (no wiecie, jak maszynka zacznie wypluwać sam chleb znak to, że całe mięso już przeszło). Mielimy jeszcze raz (na wszelki wypadek, jakby się jakiś fragment ości śmiał zaplątać) pod koniec wrzucając cebulę i znów kończąc kromką chleba.
Dodajemy jajko, sól, pieprz, roztarty w palcach majeranek (będzie bardziej aromatyczny) i dokładnie wyrabiamy masę, najłatwiej najpierw łyżką potem ręką, aż będzie łatwo utoczyć nie lepiące się do rąk, nieduże kulki (jeśli masa będzie zbyt rzadka dodajemy wedle potrzeby tartej bułki).
Klopsiki obsmażamy na ostrym ogniu z obu stron na złoty kolor (mielony karp to mięso tłuste i lepkie, klopsiki grzecznie trzymają się kupy, nie ma problemów z obracaniem).
Obsmażone kulki wrzucamy do garnka z takim sosem, na jaki akurat mamy ochotę i dusimy na wolnym ogniu 15-20min.

Posypujemy zieleniną i podajemy z chlebem, ziemniakami lub frytkami, z makronem (np. szerokimi wstążkami albo japońskim gryczanym makaronem soba).
Odgrzane na drugi dzień smakują równie dobrze.
Można też zrobić więcej i gotowe klopsiki z sosem zamrozić, co by mieć później ekspresowy obiad.



*Tutaj klopsiki nurzają się w sosie jak do ryby po grecku (ze słoika zrobionego latem).
A recepta na najprostszy sos pomidorowy jest taka: na patelni przesmażyć na oliwie drobno posiekaną cebulę i czosnek, zalać przecierem pomidorowym, wsypać suszony tymianek, sól i pieprz i gotować, aż trochę odparuje i zgęstnieje.
**Mielone mięso z karpia smażymy już bez skóry, więc ma mniej intensywny karpiowy zapach niż usmażone dzwonka czy płaty. Jeśli to dla Was wada i wolicie, żeby karpia wyraźnie było czuć karpiem razem z mięsem zmielcie też tą jasną, miękką skórę z brzucha ryby. Zmieli się na gładko, nie będzie jej czuć między zębami, a karpiowy aromat będzie wyraźniejszy. Osobiście robię różnie, raz ze skórą, raz bez, w zależności od rodzaju sosu.

piątek, 14 października 2016

Makaron i kremowy sos dyniowy

Jak jest dynia to zawsze wychodzi żółty, wesoły obiad idealny na jesień.
Tym razem delikatny i kremowy, pełen smaku i bardzo sycący.
Obiad z tych lubianych przez dzieci.
Kocham dynie :)
Potrzeba (na 4 os.):
- dynia, ok. 1kg (polecam hokkaido lub piżmową)
- opakowanie serka mascarpone (200-250g)
- cebula
- nieduża czerwona papryka
- kawałek białej części pora (5-10 cm)
- 3-4 ząbki czosnku
- kilka pieczarek (4-6 szt.)*
- 2-3 cebulki dymki wraz ze szczypiorem
- sól, pieprz, pół łyżeczki suszonego tymianku, ewentualnie troszkę chilli
- parmezan lub pecorino, ew. długo dojrzewający, aromatyczny cheddar
- natka pietruszki
- makaron (np. muszelki, kokardki, itp.)

Dynię pieczemy (wydłubujemy pestki i pakujemy ją do nagrzanego piekarnika, pieczemy w 180 stopniach do miękkości, czyli kiedy widelec będzie w nią bez oporu wchodził, powinno to zająć ok. 30min).
Cebulę i pora kroimy w półkrążki, pieczarki w plastry, paprykę w mniejszą kostkę, czosnek siekamy. Warzywa podsmażamy z przyprawami na niewielkiej ilości oleju (żeby cebula się zeszkliła, a papryka nabrała aromatu i delikatnych rumieńców).
Upieczoną dynię wybieramy łyżką ze skórki (chyba, że użyliśmy hokkaido, to skórki nie musimy się pozbywać), wkładamy do miski wraz z serkiem, wlewamy pół szklanki wody i miksujemy blenderem żyrafą na gładką masę.


Przelewamy masę na patelnię z warzywami (spokojnie, nie musicie wycelować w gotowość warzyw co do sekundy, to nie Top Chef, jeśli warzywa podsmażą się wcześniej po prostu gasimy pod nimi gaz, żeby poczekały na dynię). Gotujemy całość na niewielkim ogniu, ok. 15-20 minut, aż smaki się połączą, pod koniec dodajemy posiekaną dymkę.

Na talerz nakładamy świeżo ugotowany makaron i hojnie sos dyniowy, po czym obficie posypujemy tartym serem i posiekaną natką pietruszki.


Żółto, syto, smakowicie.

*Będzie jeszcze smaczniejsze jeśli zamiast pieczarek dodacie leśne grzyby, np. borowiki czy kozaczki.

środa, 5 października 2016

Burger nieoczywisty. Kaszankoburger.


Sycące, rozgrzewające burgery z chrzanowym pazurem i słodyczą jesiennej gruszki, w sam raz na jesienny obiad lub kolację.
Niezbyt urodziwa, ale zaskakująca i smakowita odsłona zwyczajnej kaszanki.

Potrzeba:
na kotlety (wyszło mi 6 szt.)
- kaszanka (ok. 300g)
- nieduża cebula
- duży ząbek czosnku
- duże jajko
- pół łyżeczki majeranku
- bułka tarta
- szczypta soli
na sos
- 2 czubate łyżki ostrego chrzanu (takiego bez śmietany czy jabłek)
- 2 czubate łyżki ostrej musztardy, np. rosyjskiej
- 2 łyżki majonezu
- ok. 6-8 korniszonów
- sól i świeżo zmielony pieprz do smaku
oraz
- sałata lodowa lub rzymska
- aromatyczne, kruche jabłko
- słodka, dojrzała gruszka
- bułki do hamburgerów
- opcjonalnie cienkie plasterki/wiórki aromatycznego, ostrego żółtego sera (cheddar, pecorino lub parmezan, itp.)*

Zaczynamy od sosu, korniszony kroimy na cienkie plasterki i mieszamy wszystkie składniki sosu.
Robimy kotlety. Kaszanka musi być dobra, nasza ulubiona, to nie jest przepis na zutylizowanie marnej kaszanki. W misce rozkłócamy jajko, dodajemy drobno posiekaną cebulę, zgnieciony ząbek czosnku i majeranek, dokładamy kaszankę, rozdrabniamy ją wstępnie widelcem, a potem wyrabiamy  masę łapką do dokładnego połączenia składników. Dodajemy po łyżeczce bułkę tartą, aż masa kaszankowa będzie na tyle zwarta, żeby ulepić z niej kotlety. U mnie wystarczyła łyżka, ale formowanie ułatwiłam sobie praską do hamburgerów. Smażymy na oleju na nieprzywierającej patelni po kilka minut z każdej strony. Wymagają delikatności przy pierwszym przerzuceniu na drugą stronę.
W czasie kiedy burgery się smażą podpiekamy bułki w piecyku lub na suchej patelni. Jabłko i gruszkę (najlepiej nieobrane) kroimy w plastry ok. 2mm grubości.

Składamy kaszankoburgera.
Dolna bułka, sos, burger, ewentualny ser, po plastrze jabłka i gruszki, sałata, górna bułka cienko posmarowana musztardą.
Na pierwszy rzut oka brzmi dziwnie, ale jest zaskakująco smakowite.

*Opcjonalny ser musi być ostry i aromatyczny, dajemy go niedużo, ma podbić, ale nie zdominować reszty smaków. Fajnie się komponuje z chrzanem, jabłkiem i gruszką, ale nie jest konieczny (a już na pewno nie ma sensu na siłę wpychać tu jakiegoś zwykłego sera kanapkowego).

piątek, 22 lipca 2016

Bakłażan smażony w panierce

Proste, szybkie, tanie i  smaczne danie.
Z pajdą chleba i z surówką lub kubkiem chłodnika świetny patent na błyskawiczny obiad. Może być też na ciepłą kolację.

Potrzeba (dla 2 osób):
-większy bakłażan
-2 jajka
-sól, pieprz, 2 pełne łyżki curry
-bułka tarta
-oliwa lub olej do smażenia

W miseczce roztrzepujemy widelcem jajka i dokładnie mieszamy z przyprawami. Jeśli curry jest mocno słono, to ostrożnie z solą, być może nie będzie trzeba jej dosypywać. Na talerzyk wysypujemy tartą bułkę. Bakłażana kroimy w niezbyt grube plastry (ok. 0,5 cm). No i wiadomo, każdy plaster obtaczamy wpierw w jajku, potem w bułce, wrzucamy na patelnię na rozgrzany tłuszcz i smażymy z obu stron do zrumienienia panierki. Uważamy, by nie smażyć na zbyt mocnym ogniu, żeby bakłażan zdążył dojść zanim panierka się przypali (powinien być mięciutki w środku, no i skórka musi mieć czas zmięknąć do stanu jadalnego).
Podajemy z czosnkowym sosem jogurtowym, kubkiem chłodnika na kefirze, surówką, sałatką (np. z sałaty, pomidorów, dymki i z jajkiem na twardo), z ketchupem, ajwarem czy czymkolwiek na co macie ochotę.


Smakowite i sycące.
Według mnie i połówka zdecydowanie przebija o wiele popularniejszą panierowaną cukinię czy kabaczka.

wtorek, 19 lipca 2016

Polędwiczki wieprzowe w grzybowym sosie

Delikatne wieprzowe polędwiczki i aromatyczne leśne grzyby... połączenie idealne.
Pyszności.
Nie ma tu specjalnie znaczenia jakie grzyby dodacie, z każdymi wyjdzie smakowicie, wrzucacie co znajdziecie. Teraz, w lipcu, kurki i koźlaki, jesienią podgrzybki, sitki, maślaki, prawdziwki, co tam znajdziecie.
Ilość grzybów nie jest w tym przepisie wartością stałą, na jedną polędwiczkę wystarczą już trzy większe kozaczki i garść kurek.


Potrzeba (na 2 os. na dwa dni):
-polędwiczka wieprzowa (ok. 0,5kg)
-leśne grzyby (ok. 300g lub więcej)
-cebula
-duży ząbek czosnku
-czubata łyżka śmietany
-sól, świeżo mielony pieprz, pół łyżeczki suszonego tymianku
-oliwa do smażenia i masło lub smalec (polecam gęsi)

Polędwiczkę kroimy na ok. 1cm plastry, prószymy pieprzem. Na patelni rozgrzewamy oliwę, jak się rozgrzeje dodajemy czubatą łyżkę masła (albo po prostu smalec jeśli lubicie), na gorący tłuszcz kładziemy plastry polędwiczki i na dużym ogniu, szybko obsmażamy na rumiano z obu stron. Odkładamy na talerz, prószymy lekko solą.
Na tą samą patelnię (ewentualnie można dodać jeszcze tłuszczu) wrzucamy pokrojoną w półplasterki lub kostkę cebulę, podsmażamy, po chwili dodajemy drobno posiekany czosnek*. Kiedy cebula się zeszkli dorzucamy pokrojone grzyby, podsmażamy. Dodajemy z powrotem na patelnię mięso, podlewamy niewielką ilością wody, wsypujemy roztarty w palcach tymianek, sól i pieprz do smaku. Dusimy na średnim ogniu do miękkości polędwiczek. To delikatne mięso w cienkich plastrach, wystarczy 20 góra 30 min., duszona zbyt długo zrobi się sucha.
Na koniec dodajemy zahartowaną śmietanę (do śmietany dodajemy łyżkę gorącego sosu z patelni, mieszamy dokładnie i wlewamy na patelnię), dokładnie mieszamy całość i jeszcze chwilę dusimy.


Podajemy z ziemniakami posypanymi zieleniną i surówką z młodej kapusty, kapusty kiszonej lub sałatą z winegretem (czy inną na jaką macie ochotę).

*Czosnek warto posiekać wcześniej i zostawić na 10min. w spokoju przed obróbką termiczną, dzięki temu nie straci aromatu podczas gotowania. W uproszczeniu chodzi o to, że zawarty w czosnku olejek lotny pod wpływem powietrza przekształca się w allicynę, która to odpowiada za charakterystyczny czosnkowy aromat. Usłyszałam o tym w którymś programie Okrasy i to rzeczywiście działa.

wtorek, 14 czerwca 2016

Kiszone truskawki

W rodzinie zostały ochrzczone mianem truskawek małosolnych, bo zestaw przypraw taki sam jak do ogórków.
Brzmi dziwnie, ale są zaskakująco smaczne.
Obowiązkowy przysmak sezonowy w mojej kuchni.
Świetne posypane plasterkami dymki lub szczypiorem na kanapce z wyrazistym serem, np. długo dojrzewającym, aromatycznym żółtym, fetą lub brie czy camembert.
Smakowite i ciekawe w sałacie (taki klasyk: sałata, trochę posiekanej cebulki, natka lub bazylia, sos winegret plus pokrojone w duże kawałki kiszone truskawki).
Ciekawie podbiją smak chłodnika na kefirze czy zsiadłym mleku.
Będą niebanalnym dodatkiem do talerza zimnych wędlin na imprezowym stole oraz do oscypka lub mięsa z grilla.
No i do podjadania wprost ze słoika.

Potrzeba:
- truskawki (takie twardsze, nie mogą być bardzo dojrzałe)
- zestaw do kiszenia ogórków (koper, czosnek, liść chrzanu i kawałek korzenia)
- liście laurowe, pieprz w ziarenkach, ziarna kolendry, ziele angielskie
- sól*, łyżka z lekką górką na 1 litr wody
- opcjonalnie suszona papryczka pepperocino lub kilka plastrów świeżej chilli

Zagotowujemy wodę z solą. Studzimy.
Do wyparzonego słoika wsypujemy na dno pół łyżeczki ziaren kolendry, kilka ziaren pieprzu, ziarno ziela, nieduży liść laurowego, 2-3 przekrojone na pół ząbki czosnku, kawałek korzenia chrzanu i łodygę kopru z kwiatem (to ilość dla mnie optymalna na słoik 0,5 litra). Potem ciasno układamy truskawki. Na wierzch znów dajemy łodygę kopru i przykrywamy liściem chrzanu. Zalewamy ostudzoną solanką.


Odstawiamy na 2-4 dni (szybkość kiszenia zależy głównie od temperatury, im cieplej tym szybciej). Uwaga, bo potrafią wykipieć. Na zdjęciu w słoiku dobrze widzicie, że jest ogórek. Mnie nie smakuje, bo nie lubię małosolnych, ale dodaję czasem dla połówka. Jemu bardzo pasują. Smakują jak małosolne ogórki z lekkim truskawkowym posmakiem.
Kiedy będą już ukiszone wstawiamy do lodówki i mamy ok. dwóch tygodni żeby je zjeść.

*Najlepsza będzie sól niejodowana, do przetworów. W teorii, zgodnie ze sztuką będzie większa szansa, że dobrze się Wam ukisi. Jednak jeśli nie macie, to przy kiszonkach z krótkim terminem spożycia możecie dać zwykłą sól spożywczą, ja tak czasem robię przy pomidorach, truskawkach czy ogórkach małosolnych i nie widzę różnicy.

niedziela, 12 czerwca 2016

Syrop z kwiatów czarnego bzu

Bardzo aromatyczny, jasnozłoty syrop z hyćkowych kwiatów.
Dla mnie kluczową kwestią jest jego smakowitość, ale jest też przy okazji zdrowy, wspomaga odporność, dodany do gorącej herbaty (szczególnie z lipy) wspomoże przy przeziębieniach.
Do czego potem wykorzystać taki syrop?
Jest świetny do piwa zamiast kupnego, sztucznego soku malinowego. Uwielbiam czarną herbatę z dodatkiem tego syropu, ale do zielonej, ziołowej czy owocowej też pasuje. Wraz z plasterkiem świeżej cytryny lub limonki używamy go jako zaprawkę do gazowanej wody w celu otrzymania pysznego, orzeźwiającego napoju. A także do dosmaczenia lemoniady, do nadania niebanalnego smaku przetworom z truskawek, rabarbaru, malin lub wiśni, do wina musującego i w ogóle do drinków, do polania budyniu albo lodów cytrynowych lub czekoladowych, do mrożonej kawy, do zrobienia bzowej wódki, do dosmaczenia twarożków, jogurtów i masy na sernik lub serowego nadzienia do naleśników, pierogów i wiele innych...

Potrzeba:
- 1kg cukru
- 1,5l wody
- duża cytryna i limonka*
- 40-50 baldachów kwiatów czarnego bzu
-na zdjęciu z podwójnej porcji (ok. 3litry)

Kwiaty zbieramy tylko w ciepłe, suche, słoneczne dni (będą bardziej aromatyczne i pełne pyłku). Zbieramy baldachy w pełni rozwinięte, ale nie przekwitłe, nie zbrązowiałe. Delikatnie układamy w koszyku lub papierowej torbie (delikatnie, żeby osypało się jak najmniej cennego pyłku). Oczywiście (na pewno to wiecie, ale na wszelki wypadek napiszę) nie golimy do cna jednego krzaka, zostawiamy coś dla owadów i na późniejsze owoce. Jeśli mamy w okolicy (nie w bezpośrednim sąsiedztwie większych dróg i linii kolejowych) naprawdę duży i stary krzak bzu obsypany kwiatami, to można ściąć z niego całe 50 sztuk i nawet nie będzie tego po nim widać. Jednak jeśli krzaki są mniejsze, to zabieramy po trochu kwiatostanów z różnych krzewów.
Po powrocie do domu na godzinę rozkładamy baldachy kwiatami do dołu na papierowych ręcznikach lub białej ścierce, żeby żyjące na kwiatach robaczki miały okazję je opuścić.
Teraz czas na mrówczą robotę. Bierzemy baldachy i nożyczkami ścinamy kwiatki do dużego słoja, dzbanka lub po prostu garnka. Staramy się zostawić jak najmniej zielonych łodyżek (jeśli się je zostawi psują smak, ale spokojnie, jak zostanie trochę tych najcieńszych nic się nie stanie, nie trzeba odcinać każdego kwiatka osobno).


Cytrusy porządnie szorujemy, kroimy na połówki. Z każdej połówki odkrawamy po plastrze i dokładamy je do kwiatków. Wyciskamy z cytrusów sok.
Do garnka wlewamy wodę, dodajemy cukier i wyciśnięte połówki cytrusów (skórka odda syropowi aromat). Zagotowujemy. Jak porządnie zawrze dolewamy sok z cytrusów i gotujemy jeszcze krótką chwilę.
Gorącym (ale nie wrzącym) syropem zalewamy kwiatki (po wyjęciu ugotowanych połówek cytryny i limonki).
Przykrywamy i odstawiamy na dobę (warto zamieszać ze dwa razy). Syrop jest w tym słoiku, gdzie widać plasterek cytryny (w drugim jest eksperyment, bzowy ocet). Samych kwiatków było z początku 2/3 słoika, ale po zalaniu gorącym syropem biedaki się kurczą.


Następnego dnia syrop przecedzamy do garnka przez gęste sitko, zagotowujemy. Wrzący nalewamy do butelek lub niedużych słoików. Porządnie zakręcone stawiamy do góry dnem do ostygnięcia.
I cieszymy się smakiem (jak nie wypijemy wszystkiego wcześniej) nawet zimą.

*Z taką ilością soku cytrynowego syrop będzie bardzo słodki, tylko leciutko przełamany cytryną. Przy takim poziomie kwaśności, żeby otrzymać orzeźwiający i smaczny napój z wodą zwykłą czy gazowaną trzeba dodać do szklanki świeży plasterek cytryny lub limonki, bez tego wyjdzie mdłe. Jednak nie dodaję więcej soku z cytryny, bo do herbaty, twarogu, jogurtu, piwa, mrożonej kawy, lemoniady bardziej pasuje syrop słodki. Wedle swojego gustu oczywiście możecie dodać więcej soku z cytryny, do smaku.

piątek, 6 maja 2016

Ziemniaczany krem z mlekiem kokosowym

Kartoflanka, niedużo składników, a efekt świetny.
Poza tym, że niebanalna w smaku to jeszcze tania i sycąca (spokojnie będzie obiadem jednodaniowym). Dodanie już na talerz usmażonego na chrupko pikantnego chorizo (lub czegokolwiek wyrazistego) smakowicie przełamuje delikatność zupy.
Spokojnie można pominąć mięsny dodatek.
Inspiracją był któryś z odcinków Okrasy łamiącego przepisy. Bazą zupy są ziemniaki, seler i por oraz puszka mleka kokosowego. Co tam jeszcze pan Karol dodał nie pamiętam, doprawiłam po swojemu.
W dodatku to kolejny przepis, który ogromnie zasmakował nie tylko rodzicom, ale i Małemu Człowiekowi (dzieć dostał bez pikantnego dodatku).
Jak to zwykle u mnie przepis w ilości na dwa dni, dla dwóch dorosłych i dziecka.

Potrzeba:
- 6 średnich ziemniaków
-nieduża cebula i 2-4 ząbki czosnku (zależy jak czosnkolubni jesteśmy)
- por
- większy seler
- puszka mleka kokosowego
- sól, pieprz, curry, tymianek
- do podania pikantne chorizo (lub boczek, lub dobra wędzona kiełbasa, lub ziołowe grzanki, lub prażona cebulka, lub kiełki cebuli czy rzodkiewki, lub posiekane młode listki chrzanu albo czosnku niedźwiedziego, lub rzeżucha, lub kwiaty nasturcji, itp., itd.)

Warzywa kroimy raczej drobno, ale nie trzeba zbyt starannie i tak wszystko później zmiksujemy (ziemniaki i seler w kostkę, cebulę w półplasterki, czosnek i por w plasterki). Ja pora daję i białą część i większość zielonego (zielone trzeba pokroić na cieniutkie paseczki, żeby potem nitki z liści nie pływały w zupie), bo wszyscy lubimy pory. Jeśli nie macie ochoty na wyraźnie porowy posmak dajcie tylko białą część.
Na patelni rozgrzewamy kilka łyżek oliwy do smażenia, na rozgrzaną dodajemy czubatą łyżkę masła, jak się roztopi wrzucamy cebulę, czosnek, por i 1/4 ziemniaków, smażymy do zeszklenia cebuli. Sypiemy dwie łyżki curry i jeszcze chwilkę przesmażamy mieszając.
Zawartość patelni przekładamy do garnka dokładnie zgarniając cały aromatyczny tłuszcz z curry (warto do opróżnionej patelni wlać szklankę wody przemieszać i wlać do garnka).
Do gara wkładamy też resztę ziemniaków i seler, zalewamy wodą tak żeby przykryła warzywa plus 2-3cm. Gotujemy do miękkości ziemniaków, wlewamy puszkę mleka kokosowego, miksujemy. Jeśli jest za gęsta dolewamy jeszcze trochę wody. Dodajemy łyżeczkę suszonego tymianku, pół łyżeczki świeżo mielonego pieprzu i sól do smaku (weźcie poprawkę na to, że większość curry już ma w składzie sól). Stawiamy na gaz i czasem mieszając gotujemy jeszcze chwilę (do zawrzenia).
W czasie kiedy czekamy na zagotowanie się zupki podsmażamy na chrupko pokrojone w cienkie plasterki chorizo.
Rozlewamy na talerze, hojnie kładziemy chorizo (na zdjęciu nie widać ile go jest, bo część się utopiła), polewamy zupę łyżką aromatycznego tłuszczu i zajadamy.

Zamiast chorizo może być też pokrojony w kostkę i wysmażony boczek lub wędzona kiełbasa (warto posypać wtedy zupę szczyptą chilli). Można też zrobić wersję wege i posypać zupkę prażoną cebulką, grzankami lub aromatyczną, pikantną zieleniną (np. kiełkami lub posiekanymi młodymi listkami chrzanu). Lub czymkolwiek innym na co będziecie mieć ochotę.
Jeśli dziecku nie solicie w ogóle, to potrawa jest o tyle wygodna, że tę zupę bez straty dla smaku można posolić dopiero indywidualnie na talerzu.
Tłuszcz z patelni, tłuszcz z chorizo lub boczku. Jak się pobieżnie przejrzy przepis, to można odnieść wrażenie, że zupa jet bardzo ciężka i tłusta. Spokojnie, w tych kilku łyżkach tłuszczu mieści się mnóstwo smaku, a rozkładają one się na cały gar zupy, pojedyncza porcja wcale nie jest tłusta i ciężka. Można wprawdzie zrobić wersję całkiem "light", bez podsmażania warzyw, ale to już nie będzie to samo.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Pysznościowe jajko zapiekane w bułce

Pochwała prostoty w dodatku nie przeze mnie wymyślona, a przez mojego prawiemęża.
Pyszne śniadanie, podwieczorek lub kolacja.
I takie to proste.


Potrzeba (na 1 szt.):
-bułka sznytka lub ciabatta
-dwa jajka
-masło, sól, pieprz
-zielenina, tu szczypiorek i natka, ale dodajcie co lubicie, byle dużo

Ścinamy wierzch bułki, wykrawamy trochę środka robiąc miejsce na jajka. Na dno układamy kilka drobnych ścinków masła, wbijamy jajka, solimy i pieprzymy z wierzchu. Brzegi bułki można posmarować oliwą (będzie ładniej i ciut smaczniej, ale to zupełnie nie jest obowiązkowe). Jeśli chcecie można wierzch posypać kilkoma ścinkami dobrej wędliny lub cienką warstwą aromatycznego żółtego sera.
Wkładamy do nagrzanego piekarnika i trzymamy póki białko się dobrze nie zetnie (żółtko można zostawić całkiem płynne, tak lubi połówek lub lekko je ściąć, tak lubię ja).
Czas i temperatura zależą od piekarnika, za pierwszym razem trzeba obserwować stopień ścięcia białka. U mnie to jest 180 stopni na termoobiegu, ok. 15min.
Po wyjęciu posypujemy zieleniną i zajadamy.

Smacznego

Z zieleniną polecam Wam zaszaleć, obok szczypiorku można dać w sezonie posiekany liść jarmużu, mogą być młode listki szpinaku, bazylia, świeże oregano lub tymianek, a także "dziczyzna": listki bluszczyku kurdybanka, młody listek wrotyczu, krwawnik, płatki mniszka, kwiatki nasturcji, posiekane młode listki chrzanu, itp., itd.

piątek, 11 marca 2016

Sól i jej różne (smakowite) oblicza

Sól soli nie równa.
I wcale nie o zdrowotności będę pisać, a jedynie o smaku.
Sole same w sobie różnią się poziomem słoności, smakiem, zapachem, wyglądem, a do tego możemy wzbogacać je dowolnymi dodatkami... to cały ocean możliwości.
Sól wędzona, kala namak, himalajska, kwiat soli morskiej, sole aromatyzowane...
Próbujcie, eksperymentujcie, naprawdę warto.
Zapraszam na subiektywny przewodnik po moich ulubionych solach.


W kolejności:
1. Słoik z czerwoną nakrętką, to najzwyklejsza, najtańsza drobna sól.
2. Czarnego koloru ostatki w solniczce w czerwone kropki, to sól wędzona dymem jabłkowym. Uwielbiam ją, intensywnie pachnie ogniskiem. Idealna do wszelkich form ziemniaków (puree, pieczonych, gotowanych, ciekawie podbije smak frytek), do jajek, ciekawie i smacznie zmieni smak tradycyjnej sałatki jarzynowej, do zapiekanek (szczególnie dla wegeludków, którzy tęsknią za zapachem i smakiem wędzonki), do wege wersji zup kojarzonych z posmakiem wędzonki (kapuśniaków, grochówek) i do prawie każdej zupy krem, do pieczonych mięs, a nawet najzwyklejszą kanapkę z żółtym serem i pomidorem podniesie na wyższy poziom smaku.
3. Gruboziarnista sól w młynku, tu akurat himalajska (podobają mi się bardzo z wyglądu te różowe kryształki), ale chodzi ogólnie o dobrej jakości sól, może też być jakaś lepsza morska lub swojska kłodawska. Dobrej jakości sól różni się smakiem od takiej najtańszej, najzwyklejszej, jest w smaku taka bardziej mineralna, kamienna, żelazista i jednocześnie mniej słona. Gruboziarnista sól po zmieleniu na świeżo wygląda i smakuje lepiej niż taka zwykła na kanapkach, w sałatce solonej tuż przed podaniem, na pieczonych domowo słonych wypiekach, do posypania świeżo usmażonej wątróbki czy wołowego steku, etc. Oczywiście nie ma żadnego sensu sypać jej do zup, gulaszy, itp.
4. Bezkształtna torebka z niebieskim klipsem, to sławny kwiat soli morskiej. Cóż mogę o nim rzec? Jest to sól o niepowtarzalnym, świetnym kształcie, ale ... smakuje tak samo jak sól z punktu 3. Poza niezbyt jadalną (ze względu na wielkość kryształów) dekoracją talerza nie ma dla mnie żadnego sensownego zastosowania (bo żeby użyć jej jako przyprawy i tak trzeba ją rozdrobnić) . Ładna ciekawostka, której więcej nie kupię.
5. Gruboziarnista cytrynowa sól ziołowa, czyli sól zapakowana do młynka wraz ze skórką cytryny oraz tymiankiem lub rozmarynem (albo mieszanką obu tych ziół), można tez dodać suszony czosnek w płatkach. Sól idealna do kanapek, sałatek, posypania smażonej lub pieczonej ryby, do owoców morza, świeżo usmażonej wołowiny lub polędwiczki wieprzowej, etc. Skórkę z cytryny kroimy w paseczki, mieszamy z gruboziarnistą solą i ulubionymi suszonymi ziołami, wysypujemy cienką warstwą na wyłożony papierowym ręcznikiem talerzyk i zostawiamy na dobę lub dwie do podeschnięcia skórki. Wsypujemy do młynka i cieszymy się smakiem. Może być też wersja: sól, skórka z cytryny i suszony koperek albo różne cytrusy, sól i pieprz, itp.
6. W tym drewnianym młynku, młynku starszym od mojej skromnej osoby jest czarny pieprz w ziarenkach. Bo pieprz uznaję tylko świeżo mielony :)
7. Mała solniczka, to ta sama najzwyklejsza sól, co w dużym słoiku.
8. Gruboziarnista sól z pieprzem na kanapki, do sałatek, do posypania jajka, pomidora, ogórka, do wszystkiego. Wystarczy wsypać do młynka pół na pół sól i kolorowy pieprz (czarny, biały, zielony, czerwony).
9. Kala namak, czarna sól (która po zmieleniu wcale nie jest czarna, a różowa).  Nie ma jej na zdjęciu, bo mi się dopiero co skończyła, a domawiać będę jak trochę przetrzebią mi się  przyprawy. To jest dopiero niesamowity wynalazek i ciekawostka nad ciekawostkami ta kala namak. Sól, która pachnie jak jajko na twardo. Idealna do tradycyjnej sałatki jarzynowej, do żurku, do wege pasztetów, do ruskich pierogów i wszelkich past kanapkowych (szczególnie wegańskich, ale i takich twarogowych), świetna do wszelkich śniadaniowych kanapek (np. mój i połówka hit: kanapka z żółtym serem i plastrem kalarepki posypana kala namak i smakująca jakby było w niej też jajko na twardo). Absolutnie niezbędny składnik każdego wegańskiego majonezu! Ale i mięsożercom polecam spróbować.
10. Sól kamienna niejodowana, do przetworów. Też nie ma jej na zdjęciu, bo mieszka w szufladzie. Potrzebna do przetworów i marynat, które przeznaczamy do dłuższego, kilkumiesięcznego  przechowywania oraz do kiszonek, które chcemy przechowywać dłużej niż tydzień czy dwa. Kiszonki, które chcemy zjeść dopiero po dłuższym czasie czy warzywa w marynacie potraktowane jodowaną solą mają tendencję do nieprzyjemnego w konsystencji papkowacenia.

Jeszcze nie próbowałam, ale wraz z kala namak i solą wędzoną zamówię perską sól niebieską, ciekawa jestem jak smakuje.

Eksperymentujcie z solą, naprawdę warto. Takie eksperymenty mogą wyraźnie urozmaicić smak Waszych sałatek i kanapek.

środa, 2 marca 2016

Wege sos pieczeniowy, genialny produkt wielofunkcyjny

Pyszny, aromatyczny i pełen umami sos.
A czemu genialny produkt wielofunkcyjny?
A bo:
-można polać nim kluski śląskie i zjeść jako smaczny, sycący i tani obiad wraz z sałatką lub surówką
-doda smaku plastrowi wege pasztetu czy to podanemu na zimno na kanapce czy na ciepło na obiad
-zdecydowanie uatrakcyjni też plaster pieczonego schabu czy kawał pieczonego indyka
-w wersji bardziej zagęszczonej świetnie sprawdzi się zamiast kostki bulionowej do podprawienia gęstych zup (jak zupy krem czy grochówka), różnej maści gulaszy lub sosu do spaghetti, itp.
-może wystąpić jako smaczna alternatywa majonezu do jajek na twardo lub wędlin
-po prostu wyjadany z miseczki za pomocą kawałka porwanej w kawałki bagietki jest smakowitą przekąską lub kolacją
- jest prosty do zrobienia.

Potrzeba:
* 2-3 liście laurowe, płaska łyżeczka ziaren pieprzu, 2-4 ziarna ziela angielskiego, goździk, płaska łyżeczka suszonego rozmarynu lub gałązka świeżego, płaska łyżeczka suszonego tymianku lub kilka gałązek świeżego, opcjonalnie (warto) łyżka ziaren kozieradki
*2 duże cebule
*duża marchew
*duża pietruszka
*dwie laski selera naciowego
*4 ząbki czosnku
*nieczubata łyżka brązowego cukru
*3 łyżki koncentratu pomidorowego
*2 łyżki sosu sojowego
*2 szklanki (250 ml) wytrawnego czerwonego wina i jedna szklanka wody
*oliwa do smażenia (oliwa z wytłoków, absolutnie nie extra virgin)
*ewentualnie sól

Warzywa kroimy w nieduże kawałki (kostki, plasterki, jak Wam wygodnie, nie muszą być równe). Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę (kilka łyżek, tak żeby przykryła dno patelni równą warstwą), na rozgrzany tłuszcz wrzucamy cebulę i przyprawy (z pierwszej gwiazdki składników), podsmażamy, aż cebula się delikatnie przyrumieni.
Dorzucamy resztę warzyw i podsmażamy na większym ogniu, z rzadka mieszając, aż się zrumienią, a miejscami nawet zbrązowieją (ok. 20 minut). W porządnym przysmażeniu warzyw tkwi cały smak sosu.
Po tym czasie dodajemy koncentrat, cukier i sos sojowy, chwilę (2-3 minutki) przesmażamy na dużym ogniu cały czas mieszając, po czym wlewamy wino i wodę.
Gotujemy na niedużym ogniu 40-60 minut,  co najmniej 1/3 płynu powinna odparować.
Całość przecedzamy dokładnie odciskając warzywa z wywaru lub przecieramy przez sitko dużą łyżką czy drewnianą pałką.
Po odciśnięciu otrzymamy sos rzadszy, gładki i lśniący, idealny do klusek śląskich lub indyka. Po przetarciu przez sitko dostaniemy sos gęstszy, o brzydszej, nie tak gładkiej konsystencji, ale za to pełniejszy w smaku, idealny zamiast kostki rosołowej.
Wybieracie co Wam bardziej pasuje.
Przecedzony sos dosalamy do smaku i krótko zagotowujemy.
Polewamy sosem cokolwiek, co tylko zechcemy.
Na zdjęciu jest ta brzydsza, przecierana opcja z soczewicowym wege pasztetem. Smakuje naprawdę przednio.


Pomysł zaczerpnęłam z jednego z moich ukochanych blogów, czyli z Jadłonomii (oryginał przepisu: klik) i lekko przekształciłam pod swój gust, m.in. dodając czerwone wino.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Omułki duszone w białym winie


Mule najbardziej lubię w wersji całkowicie klasycznej, szybkiej i prostej do wykonania.
Duszone w białym winie.
Grzechoczące skorupki ze smakowitym wnętrzem podane w głębokim talerzu z pieczywem do maczania w sosie; może to być bagietka, ciabatta lub (możecie się zdziwić, ale naprawdę dobrze to się komponuje) żytni chleb na zakwasie.
Pyszności.
Zawsze kiedy Biedronka lub Lidl w ramach tematycznych tygodni rzucają klientom na przynętę świeże mule łykam ten haczyk i pędzę do jednego lub drugiego dyskontu. Póki nie wygram w totka kilo muli po 12 zł to coś czym nie pogardzę.


Potrzeba (na 2 osoby):
-1kg świeżych muli
-duża cebula pokrojona w cienkie półplasterki, 3-6 ząbków czosnku pokrojonych w cienkie plasterki, ostra papryczka pokrojona w cienkie plasterki lub chilli w płatkach, pomidor pokrojony w niedużą kostkę, grubo posiekany pęczek natki pietruszki, pasek (5-8cm) skórki z cytryny lub limonki
-pół butelki białego, wytrawnego wina
-ok. 50g masła i 3 łyżki oliwy do smażenia
-sól, pieprz, troszkę suszonego lub gałązka świeżego tymianku
-opcjonalnie: nieduża marchewka pokrojona w cienkie plasterki, kawałek (ok. 1/4) słodkiej papryki w ulubionym kolorze pokrojony w niedużą kostkę, ok. 3 cm kawałek świeżego imbiru drobno posiekany


Mule dokładnie myjemy.
Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy masło, jak się roztopi wrzucamy cebulę, czosnek, marchewkę, imbir i paprykę. Podsmażamy. Jak cebula się zeszkli wlewamy wino, dodajemy pomidora, tymianek, większość natki, ostrą papryczkę (do smaku), pasek cytrusowej skórki, sól i pieprz.
Jak całość zawrze wsypujemy mule, mieszamy dokładnie, przykrywamy i dusimy na średnim ogniu ok. 5 minut. Zdejmujemy pokrywkę, mieszamy (uwielbiam ten dźwięk grzechoczących przy mieszaniu skorupek), lekko zwiększamy ogień i gotujemy jeszcze 5 minut bez pokrywki, żeby sos trochę odparował.
Na głębokie talerze nakładamy chochelką mule razem z winnym wywarem, posypujemy z wierzchu odłożoną natką i zajadamy. Sosik wybieramy mocząc w nim pieczywo lub nabieramy używając muszli jak łyżeczki i chłepczemy ze smakiem. Całość popijamy drugą połową butelki tego wina, które wlaliśmy do muli.
A potem mrucząc z zadowolenia leżymy na kanapie lub w fotelu i oglądamy dobry film sącząc drugą butelkę białego wina ;)

...

Uwagi techniczne:
-podczas mycia muli: te z małży, które były uchylone i przy myciu skorupek się nie zamknęły mogą być martwe, trzeba nimi postukać o blat czy zlew. Jeśli nadal się nie zamkną można pokłapać kilka razy skorupką jak paszczą. Jeśli po tych zabiegach małż nie zamknie choć na chwilę muszli, to znaczy, że jest nieżywy i go wyrzucamy;
-wszystkie mule, które po ugotowaniu pozostały zamknięte zamiast wyraźnie się rozchylić wyrzucamy, bo to znaczy, że były martwe i mogły zdążyć się popsuć;
-jeśli chodzi o składniki opcjonalne, to  papryka i marchewka nie wpływają zbytnio na smak potrawy, za to ładnie wyglądają i podwyższają atrakcyjność dania; imbir nie jest klasycznym dodatkiem, ale jak dla mnie bardzo pasuje i ożywia smak, jeśli go nie lubicie, to pomińcie;
-od biedy można też użyć mrożonych omułków bez skorupek, ale muszle mają swój własny aromat i takie danie też będzie smaczne, ale mniej, poza tym mrożone małże mają tendencję do rozpadania się w trakcie gotowania;
-na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy na talerzu same skorupki i niewiele jedzenia, ale to tylko złudzenie, talerz wypełniony muszelkami to wcale nie jest jeno mała przekąska, małże (podobnie jak krewetki) są o wiele bardziej sycące niż na to wyglądają.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Cytrusowy zapach do zmywarki

Dziś nie przepis, a kuchenna sztuczka dla posiadaczy zmywarek (jakże ja kocham ten wynalazek ;)
Mojej zdarza się czasem niezbyt ładnie pachnieć z wnętrza, a fakt, że przy małym dzieciu muszą ją trzymać praktycznie cały czas zamkniętą na zapach nie pomaga. Kupnych zapachów odświeżających nie znoszę.
Co to za przyjemność ze smakowania napitku czy potrawy jeśli wszystko co podam w świeżo umytym kubku czy na talerzu pachnie sztuczną cytryną jak jakiś proszek do prania?
Rozwiązanie w tym wypadku jest bardzo proste.
Skórki z cytrusów.
I już.

Po prostu przed włączeniem zmywania wystarczy włożyć do środka koszyczka na sztućce kawałki* skórki odkrojonej wraz z albedo (to ta biała warstwa pod skórką) z cytryny, grejpfruta, pomarańczy czy limonki (co akurat mamy i co lubimy, można zrobić mix). Jeśli użyjemy skórki z pomarańczy czy cytryny możemy wbić w nią jeden czy dwa goździki.
Po otwarciu zmywarki powita nas delikatny zapach cytrusów, świeżo pachnie sama zmywarka, ale naczynia zapachu nie przejmują.
Olejki eteryczne zawarte w cytrusowych skórkach mają dodatkowo działanie lekko odkażające.
Osobiście najbardziej lubię zapach grejpfrutowy, ale najczęściej mam pod ręką skórkę z cytryny, bo ta gości u mnie w kuchni stale, a reszta tylko czasem.
Skórki z mandarynki się raczej nie nadają, one akurat nie pachną najlepiej po upraniu w zmywarce.

*Im więcej skórek tym mocniejszy zapach, ale nie ma potrzeby zapychać połowy koszyczka na sztućce. Zwykle wkładam 2-4 paski skórki o grubości jaka się zetnie nożykiem do owoców (1,5 cm) i długości tyle co obwód owocu (10-15 cm).

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Kalafior w kukurydzianej panierce a'la pałki z kurczaka

Na zdjęciu moim beznadziejnym aparatem nie prezentuje się zbyt okazale, ale w rzeczywistości wygląda świetnie i równie dobrze smakuje.
Aromatyczna, chrupka panierka w dużej mierze tłumi zapach kalafiora, więc takie kalafiorowe pałki to propozycja nie tylko dla fanów tego warzywa, Ci którzy za nim przepadają mniej też mogą wypróbować.
2-letni dzieć, czyli bardzo surowy krytyk kulinarny, był zachwycony.
Taki kalafior jest bardzo sycący, u mnie był pysznym obiadem podany po prostu z czosnkowym twarożkiem (np. takim). Dobrze sprawdzi się też jako ciepła kolacja. Mniejszą ilość różyczek można podać jako obiad w towarzystwie tłuczonych ziemniaków i sadzonego jajka lub lekkiej sałaty z winegretem.

Potrzeba:
-kalafior podzielony na różyczki
-jajko
-mąka z ciecierzycy lub kukurydziana, ewentualnie zwykła pszenna
-pół szklanki mleka, piwa lub wody
-czubata łyżeczka wędzonej słodkiej papryki i czubata łyżeczka słodkiej papryki (lub czubata łyżka samej słodkiej papryki jak nie macie wędzonej), spora szczypta ostrej papryki, łyżeczka curry, pieprz, sól
-płatki kukurydziane

Podzielony na różyczki kalafior gotujemy na parze po lekkim oprószeniu solą lub gotujemy w osolonej wodzie. Ważne żeby był jeszcze trochę twardawy, rozgotowany się nie nada.
Ugotowany odstawiamy do ostygnięcia.
Do dużego kubka lub niedużej miseczki wsypujemy przyprawy i wbijamy jajko, dokładnie roztrzepujemy widelcem, aż białko, żółtko i przyprawy dokładnie się połączą. Wlewamy mleko/piwo/wodę, mieszamy. Po łyżce, cały czas mieszając (żeby nie zrobiły się grudki), dodajemy mąkę, aż do uzyskania konsystencji ciasta naleśnikowego lub gęstej śmietany.
Płatki kukurydziane tłuczemy w moździerzu lub kruszymy w palcach albo za pomocą tłuczka do mięsa, niezbyt drobno. Potrzebna nam będzie spora miska pokruszonych płatków.
Kawałki kalafiora zanurzamy w cieście (nadmiar strzepujemy z powrotem do kubka), po czym dokładnie obtaczamy w pokruszonych płatkach.
Kawałki kalafiora smażymy w głębokim tłuszczu, aż panierka się zrobi się złocista.
Usmażone kawałki układamy na chwilkę na papierowym ręczniku, żeby odsączyć nadmiar tłuszczu.
Pożeramy póki gorące i chrupiące.
Bardzo mniam.

Inspiracją był przepis zamieszczony przez jedną z mam na facebookowej grupie ''BLW przepisy'', grupie z przepisami dla dorosłych i maluchów.