.
sobota, 15 kwietnia 2017
sobota, 31 grudnia 2016
Kompot z suszu, wersja na deser (nie tylko w Wigilię)
Do tej pory był tylko klasyk, jako napój.
Tym razem na wigilijny stół zrobiłam w dwóch wersjach, jedną do picia, drugą na deser, opcję słodszą i gęstą od smakowitych owoców, z migdałami.
Wyszedł może niezbyt urodziwy, ale tak smakowity i aromatyczny zimowy deser, że dokupiłam na targu suszu (po świętach był w cenie promocyjnej ;) i zapakowałam kompot w słoiki, żeby cieszyć się nim też w styczniu i lutym.
Zajadamy schłodzony lub na ciepło, np. na rozgrzewkę po zimowym spacerze.
Niezły patent na zdrowy podwieczorek dla dzieci.
Potrzeba:
- po ok. 150g suszonych jabłek i gruszek (takich ze skórką i ogryzkiem)
- suszona wędzona gruszka i garść wędzonych śliwek z pestkami
- paski skórki z pomarańczy, ścięte bez białej warstwy (z ok. 1/3 średniej wielkości pomarańczy)
- łyżeczka goździków, większa laska cynamonu
oraz
- po kubku (300ml) migdałów*, suszonych moreli, suszonych śliwek bez pestek, suszonych jabłek połamanych na nieduże kawałki (takich ładniejszych, bez ogryzków)
- po pół kubka suszonej żurawiny i rodzynek
- 2-3 laski wanilii** lub torebka cukru wanilinowego/waniliowego
- 2 czubate łyżki aromatycznego miodu (np. gryczany, spadziowy)
- puszka brzoskwiń wraz z syropem
- co tam jeszcze lubicie, u mnie suszone wiśnie, mogą być też figi, daktyle, orzechy włoskie, itp.
Zalewamy w garnku pierwsze cztery pozycje z listy składników 3 litrami zimnej wody i gotujemy na niedużym ogniu pół godziny od zawrzenia. Zostawiamy pod przykryciem na kilka godzin (najwygodniej na noc), żeby spokojnie ostygł i naciągnął smak.
Cedzimy przez gęste sitko, dodajemy całą resztę składników poza brzoskwiniami i znów gotujemy pół godziny od zawrzenia, na sam koniec dajemy brzoskwinie (warto pokroić je na mniejsze części, najwygodniej ćwiartki) wraz z syropem. Próbujemy, ewentualnie dosładzamy (ale prawdopodobnie nie będzie trzeba, słodki syrop z brzoskwiń i miód powinny wystarczyć), odstawiamy do wystudzenia i przegryzienia się znów na kilka godzin.
I można zajadać.
Jeśli zaczęliśmy poprzedniego dnia wieczorem, to będzie gotowy akurat późnym popołudniem na wigilijny stół.
Ale... kiedy dłużej postoi zrobi się gęstszy i smakowitszy, po tygodniu zamknięcia w słoikach całość pysznie się przegryzie.
Jeśli chcecie jak ja zrobić zapas w słoiki, to (jak to z innymi przetworami) po tym kilku-kilkunastogodzinnym odpoczynku zagotowujemy całość jeszcze raz, gotujemy przez chwilkę na większym ogniu, po czym zmniejszmy gaz na minimum i wrzący pakujemy w czyste słoiki, zakręcamy i stawiamy słoiki do góry dnem do ostygnięcia.
Z trzech partii, które zrobiłam, każda wyszła ciut inna, susz pochodził z różnych źródeł, do jednej dałam najzwyklejszy cukier wanilinowy. Jednak nie ma co tu się przejmować brakiem powtarzalności, za każdym razem wyszło pycha.
*Dałam ze skórką, nie przeszkadza mi, a dodaje całości aromatu, ale jeśli wolicie oczywiście można dać migdały bez skórki.
**Użyłam samych skórek z waniliowych strączków, cenne ziarenka ze środka znalazły się wcześniej w serniku.
PS jeśli zrobicie sobie zimowy zapas, to najlepiej zjeść go w ciągu 2-3 miesięcy, czyli właśnie zimą, kiedy takie smaki jemy najchętniej. Nie jest to przetwór do przechowywania przez lata, bo w dłuższym czasie zmienia się w breję, smaki mieszają się za bardzo, szczególnie tracą na tym orzechy. Jeden słoik znalazłam przypadkiem latem ;)
sobota, 17 grudnia 2016
Karp bez ości, czyli klopsiki w sosie (np. pomidorowym)
Kto lubi ryby, ale nie lubi grzebać się w ościach? Albo ma do nakarmienia rybolubne dziecko, za małe żeby uważać na ości?
To przepis właśnie dla Was, o ile posiadacie maszynkę do mielenia mięsa.
Klopsiki z karpia powstały w zeszłym roku z potrzeby bezostnej wersji karpia dla dziecka i okazały się tak smakowite, że weszły do naszego zwykłego zimowego menu, nie tylko w wigilię.
W wersji świątecznej polecam w sosie piernikowym, na co dzień u nas najlepiej "schodzą" w sosie pomidorowym, klasycznym lub w stylu węgierskim z papryką. Bardzo smaczne są też w sosie pieczarkowym, nawet takim z torebki.
Potrzeba:
(na 2 dni, 2 os. plus dzieć)
-dwa płaty z karpia,
-mała cebula,
-jajko,
-2 kromki chleba i bułka tarta,
-sól, pieprz, majeranek (nieczubata łyżka)
-sos na jaki akurat mamy ochotę*
Z płatów ostrym nożem zdejmujemy skórę** i wycinamy lub wyciągamy obcążkami te najgrubsze ości-żebra (małymi, tymi śródmięśniowymi nie musimy się przejmować). Mięso mielimy (na sitku 2mm) i kończymy kromką chleba (no wiecie, jak maszynka zacznie wypluwać sam chleb znak to, że całe mięso już przeszło). Mielimy jeszcze raz (na wszelki wypadek, jakby się jakiś fragment ości śmiał zaplątać) pod koniec wrzucając cebulę i znów kończąc kromką chleba.
Dodajemy jajko, sól, pieprz, roztarty w palcach majeranek (będzie bardziej aromatyczny) i dokładnie wyrabiamy masę, najłatwiej najpierw łyżką potem ręką, aż będzie łatwo utoczyć nie lepiące się do rąk, nieduże kulki (jeśli masa będzie zbyt rzadka dodajemy wedle potrzeby tartej bułki).
Klopsiki obsmażamy na ostrym ogniu z obu stron na złoty kolor (mielony karp to mięso tłuste i lepkie, klopsiki grzecznie trzymają się kupy, nie ma problemów z obracaniem).
Obsmażone kulki wrzucamy do garnka z takim sosem, na jaki akurat mamy ochotę i dusimy na wolnym ogniu 15-20min.
Posypujemy zieleniną i podajemy z chlebem, ziemniakami lub frytkami, z makronem (np. szerokimi wstążkami albo japońskim gryczanym makaronem soba).
Odgrzane na drugi dzień smakują równie dobrze.
Można też zrobić więcej i gotowe klopsiki z sosem zamrozić, co by mieć później ekspresowy obiad.
*Tutaj klopsiki nurzają się w sosie jak do ryby po grecku (ze słoika zrobionego latem).
A recepta na najprostszy sos pomidorowy jest taka: na patelni przesmażyć na oliwie drobno posiekaną cebulę i czosnek, zalać przecierem pomidorowym, wsypać suszony tymianek, sól i pieprz i gotować, aż trochę odparuje i zgęstnieje.
**Mielone mięso z karpia smażymy już bez skóry, więc ma mniej intensywny karpiowy zapach niż usmażone dzwonka czy płaty. Jeśli to dla Was wada i wolicie, żeby karpia wyraźnie było czuć karpiem razem z mięsem zmielcie też tą jasną, miękką skórę z brzucha ryby. Zmieli się na gładko, nie będzie jej czuć między zębami, a karpiowy aromat będzie wyraźniejszy. Osobiście robię różnie, raz ze skórą, raz bez, w zależności od rodzaju sosu.
To przepis właśnie dla Was, o ile posiadacie maszynkę do mielenia mięsa.
Klopsiki z karpia powstały w zeszłym roku z potrzeby bezostnej wersji karpia dla dziecka i okazały się tak smakowite, że weszły do naszego zwykłego zimowego menu, nie tylko w wigilię.
W wersji świątecznej polecam w sosie piernikowym, na co dzień u nas najlepiej "schodzą" w sosie pomidorowym, klasycznym lub w stylu węgierskim z papryką. Bardzo smaczne są też w sosie pieczarkowym, nawet takim z torebki.
Potrzeba:
(na 2 dni, 2 os. plus dzieć)
-dwa płaty z karpia,
-mała cebula,
-jajko,
-2 kromki chleba i bułka tarta,
-sól, pieprz, majeranek (nieczubata łyżka)
-sos na jaki akurat mamy ochotę*
Z płatów ostrym nożem zdejmujemy skórę** i wycinamy lub wyciągamy obcążkami te najgrubsze ości-żebra (małymi, tymi śródmięśniowymi nie musimy się przejmować). Mięso mielimy (na sitku 2mm) i kończymy kromką chleba (no wiecie, jak maszynka zacznie wypluwać sam chleb znak to, że całe mięso już przeszło). Mielimy jeszcze raz (na wszelki wypadek, jakby się jakiś fragment ości śmiał zaplątać) pod koniec wrzucając cebulę i znów kończąc kromką chleba.
Dodajemy jajko, sól, pieprz, roztarty w palcach majeranek (będzie bardziej aromatyczny) i dokładnie wyrabiamy masę, najłatwiej najpierw łyżką potem ręką, aż będzie łatwo utoczyć nie lepiące się do rąk, nieduże kulki (jeśli masa będzie zbyt rzadka dodajemy wedle potrzeby tartej bułki).
Klopsiki obsmażamy na ostrym ogniu z obu stron na złoty kolor (mielony karp to mięso tłuste i lepkie, klopsiki grzecznie trzymają się kupy, nie ma problemów z obracaniem).
Obsmażone kulki wrzucamy do garnka z takim sosem, na jaki akurat mamy ochotę i dusimy na wolnym ogniu 15-20min.
Posypujemy zieleniną i podajemy z chlebem, ziemniakami lub frytkami, z makronem (np. szerokimi wstążkami albo japońskim gryczanym makaronem soba).
Odgrzane na drugi dzień smakują równie dobrze.
Można też zrobić więcej i gotowe klopsiki z sosem zamrozić, co by mieć później ekspresowy obiad.
*Tutaj klopsiki nurzają się w sosie jak do ryby po grecku (ze słoika zrobionego latem).
A recepta na najprostszy sos pomidorowy jest taka: na patelni przesmażyć na oliwie drobno posiekaną cebulę i czosnek, zalać przecierem pomidorowym, wsypać suszony tymianek, sól i pieprz i gotować, aż trochę odparuje i zgęstnieje.
**Mielone mięso z karpia smażymy już bez skóry, więc ma mniej intensywny karpiowy zapach niż usmażone dzwonka czy płaty. Jeśli to dla Was wada i wolicie, żeby karpia wyraźnie było czuć karpiem razem z mięsem zmielcie też tą jasną, miękką skórę z brzucha ryby. Zmieli się na gładko, nie będzie jej czuć między zębami, a karpiowy aromat będzie wyraźniejszy. Osobiście robię różnie, raz ze skórą, raz bez, w zależności od rodzaju sosu.
piątek, 14 października 2016
Makaron i kremowy sos dyniowy
Jak jest dynia to zawsze wychodzi żółty, wesoły obiad idealny na jesień.
Tym razem delikatny i kremowy, pełen smaku i bardzo sycący.
Obiad z tych lubianych przez dzieci.
Kocham dynie :)
Potrzeba (na 4 os.):
- dynia, ok. 1kg (polecam hokkaido lub piżmową)
- opakowanie serka mascarpone (200-250g)
- cebula
- nieduża czerwona papryka
- kawałek białej części pora (5-10 cm)
- 3-4 ząbki czosnku
- kilka pieczarek (4-6 szt.)*
- 2-3 cebulki dymki wraz ze szczypiorem
- sól, pieprz, pół łyżeczki suszonego tymianku, ewentualnie troszkę chilli
- parmezan lub pecorino, ew. długo dojrzewający, aromatyczny cheddar
- natka pietruszki
- makaron (np. muszelki, kokardki, itp.)
Dynię pieczemy (wydłubujemy pestki i pakujemy ją do nagrzanego piekarnika, pieczemy w 180 stopniach do miękkości, czyli kiedy widelec będzie w nią bez oporu wchodził, powinno to zająć ok. 30min).
Cebulę i pora kroimy w półkrążki, pieczarki w plastry, paprykę w mniejszą kostkę, czosnek siekamy. Warzywa podsmażamy z przyprawami na niewielkiej ilości oleju (żeby cebula się zeszkliła, a papryka nabrała aromatu i delikatnych rumieńców).
Upieczoną dynię wybieramy łyżką ze skórki (chyba, że użyliśmy hokkaido, to skórki nie musimy się pozbywać), wkładamy do miski wraz z serkiem, wlewamy pół szklanki wody i miksujemy blenderem żyrafą na gładką masę.
Przelewamy masę na patelnię z warzywami (spokojnie, nie musicie wycelować w gotowość warzyw co do sekundy, to nie Top Chef, jeśli warzywa podsmażą się wcześniej po prostu gasimy pod nimi gaz, żeby poczekały na dynię). Gotujemy całość na niewielkim ogniu, ok. 15-20 minut, aż smaki się połączą, pod koniec dodajemy posiekaną dymkę.
Na talerz nakładamy świeżo ugotowany makaron i hojnie sos dyniowy, po czym obficie posypujemy tartym serem i posiekaną natką pietruszki.
Żółto, syto, smakowicie.
*Będzie jeszcze smaczniejsze jeśli zamiast pieczarek dodacie leśne grzyby, np. borowiki czy kozaczki.
Tym razem delikatny i kremowy, pełen smaku i bardzo sycący.
Obiad z tych lubianych przez dzieci.
Kocham dynie :)
Potrzeba (na 4 os.):
- dynia, ok. 1kg (polecam hokkaido lub piżmową)
- opakowanie serka mascarpone (200-250g)
- cebula
- nieduża czerwona papryka
- kawałek białej części pora (5-10 cm)
- 3-4 ząbki czosnku
- kilka pieczarek (4-6 szt.)*
- 2-3 cebulki dymki wraz ze szczypiorem
- sól, pieprz, pół łyżeczki suszonego tymianku, ewentualnie troszkę chilli
- parmezan lub pecorino, ew. długo dojrzewający, aromatyczny cheddar
- natka pietruszki
- makaron (np. muszelki, kokardki, itp.)
Dynię pieczemy (wydłubujemy pestki i pakujemy ją do nagrzanego piekarnika, pieczemy w 180 stopniach do miękkości, czyli kiedy widelec będzie w nią bez oporu wchodził, powinno to zająć ok. 30min).
Cebulę i pora kroimy w półkrążki, pieczarki w plastry, paprykę w mniejszą kostkę, czosnek siekamy. Warzywa podsmażamy z przyprawami na niewielkiej ilości oleju (żeby cebula się zeszkliła, a papryka nabrała aromatu i delikatnych rumieńców).
Upieczoną dynię wybieramy łyżką ze skórki (chyba, że użyliśmy hokkaido, to skórki nie musimy się pozbywać), wkładamy do miski wraz z serkiem, wlewamy pół szklanki wody i miksujemy blenderem żyrafą na gładką masę.
Przelewamy masę na patelnię z warzywami (spokojnie, nie musicie wycelować w gotowość warzyw co do sekundy, to nie Top Chef, jeśli warzywa podsmażą się wcześniej po prostu gasimy pod nimi gaz, żeby poczekały na dynię). Gotujemy całość na niewielkim ogniu, ok. 15-20 minut, aż smaki się połączą, pod koniec dodajemy posiekaną dymkę.
Na talerz nakładamy świeżo ugotowany makaron i hojnie sos dyniowy, po czym obficie posypujemy tartym serem i posiekaną natką pietruszki.
Żółto, syto, smakowicie.
*Będzie jeszcze smaczniejsze jeśli zamiast pieczarek dodacie leśne grzyby, np. borowiki czy kozaczki.
środa, 5 października 2016
Burger nieoczywisty. Kaszankoburger.
Sycące, rozgrzewające burgery z chrzanowym pazurem i słodyczą jesiennej gruszki, w sam raz na jesienny obiad lub kolację.
Niezbyt urodziwa, ale zaskakująca i smakowita odsłona zwyczajnej kaszanki.
Potrzeba:
na kotlety (wyszło mi 6 szt.)
- kaszanka (ok. 300g)
- nieduża cebula
- duży ząbek czosnku
- duże jajko
- pół łyżeczki majeranku
- bułka tarta
- szczypta soli
na sos
- 2 czubate łyżki ostrego chrzanu (takiego bez śmietany czy jabłek)
- 2 czubate łyżki ostrej musztardy, np. rosyjskiej
- 2 łyżki majonezu
- ok. 6-8 korniszonów
- sól i świeżo zmielony pieprz do smaku
oraz
- sałata lodowa lub rzymska
- aromatyczne, kruche jabłko
- słodka, dojrzała gruszka
- bułki do hamburgerów
- opcjonalnie cienkie plasterki/wiórki aromatycznego, ostrego żółtego sera (cheddar, pecorino lub parmezan, itp.)*
Zaczynamy od sosu, korniszony kroimy na cienkie plasterki i mieszamy wszystkie składniki sosu.
Robimy kotlety. Kaszanka musi być dobra, nasza ulubiona, to nie jest przepis na zutylizowanie marnej kaszanki. W misce rozkłócamy jajko, dodajemy drobno posiekaną cebulę, zgnieciony ząbek czosnku i majeranek, dokładamy kaszankę, rozdrabniamy ją wstępnie widelcem, a potem wyrabiamy masę łapką do dokładnego połączenia składników. Dodajemy po łyżeczce bułkę tartą, aż masa kaszankowa będzie na tyle zwarta, żeby ulepić z niej kotlety. U mnie wystarczyła łyżka, ale formowanie ułatwiłam sobie praską do hamburgerów. Smażymy na oleju na nieprzywierającej patelni po kilka minut z każdej strony. Wymagają delikatności przy pierwszym przerzuceniu na drugą stronę.
W czasie kiedy burgery się smażą podpiekamy bułki w piecyku lub na suchej patelni. Jabłko i gruszkę (najlepiej nieobrane) kroimy w plastry ok. 2mm grubości.
Składamy kaszankoburgera.
Dolna bułka, sos, burger, ewentualny ser, po plastrze jabłka i gruszki, sałata, górna bułka cienko posmarowana musztardą.
Na pierwszy rzut oka brzmi dziwnie, ale jest zaskakująco smakowite.
*Opcjonalny ser musi być ostry i aromatyczny, dajemy go niedużo, ma podbić, ale nie zdominować reszty smaków. Fajnie się komponuje z chrzanem, jabłkiem i gruszką, ale nie jest konieczny (a już na pewno nie ma sensu na siłę wpychać tu jakiegoś zwykłego sera kanapkowego).
piątek, 22 lipca 2016
Bakłażan smażony w panierce
Proste, szybkie, tanie i smaczne danie.
Z pajdą chleba i z surówką lub kubkiem chłodnika świetny patent na błyskawiczny obiad. Może być też na ciepłą kolację.
Potrzeba (dla 2 osób):
-większy bakłażan
-2 jajka
-sól, pieprz, 2 pełne łyżki curry
-bułka tarta
-oliwa lub olej do smażenia
W miseczce roztrzepujemy widelcem jajka i dokładnie mieszamy z przyprawami. Jeśli curry jest mocno słono, to ostrożnie z solą, być może nie będzie trzeba jej dosypywać. Na talerzyk wysypujemy tartą bułkę. Bakłażana kroimy w niezbyt grube plastry (ok. 0,5 cm). No i wiadomo, każdy plaster obtaczamy wpierw w jajku, potem w bułce, wrzucamy na patelnię na rozgrzany tłuszcz i smażymy z obu stron do zrumienienia panierki. Uważamy, by nie smażyć na zbyt mocnym ogniu, żeby bakłażan zdążył dojść zanim panierka się przypali (powinien być mięciutki w środku, no i skórka musi mieć czas zmięknąć do stanu jadalnego).
Podajemy z czosnkowym sosem jogurtowym, kubkiem chłodnika na kefirze, surówką, sałatką (np. z sałaty, pomidorów, dymki i z jajkiem na twardo), z ketchupem, ajwarem czy czymkolwiek na co macie ochotę.
Smakowite i sycące.
Według mnie i połówka zdecydowanie przebija o wiele popularniejszą panierowaną cukinię czy kabaczka.
Z pajdą chleba i z surówką lub kubkiem chłodnika świetny patent na błyskawiczny obiad. Może być też na ciepłą kolację.
Potrzeba (dla 2 osób):
-większy bakłażan
-2 jajka
-sól, pieprz, 2 pełne łyżki curry
-bułka tarta
-oliwa lub olej do smażenia
W miseczce roztrzepujemy widelcem jajka i dokładnie mieszamy z przyprawami. Jeśli curry jest mocno słono, to ostrożnie z solą, być może nie będzie trzeba jej dosypywać. Na talerzyk wysypujemy tartą bułkę. Bakłażana kroimy w niezbyt grube plastry (ok. 0,5 cm). No i wiadomo, każdy plaster obtaczamy wpierw w jajku, potem w bułce, wrzucamy na patelnię na rozgrzany tłuszcz i smażymy z obu stron do zrumienienia panierki. Uważamy, by nie smażyć na zbyt mocnym ogniu, żeby bakłażan zdążył dojść zanim panierka się przypali (powinien być mięciutki w środku, no i skórka musi mieć czas zmięknąć do stanu jadalnego).
Podajemy z czosnkowym sosem jogurtowym, kubkiem chłodnika na kefirze, surówką, sałatką (np. z sałaty, pomidorów, dymki i z jajkiem na twardo), z ketchupem, ajwarem czy czymkolwiek na co macie ochotę.
Smakowite i sycące.
Według mnie i połówka zdecydowanie przebija o wiele popularniejszą panierowaną cukinię czy kabaczka.
wtorek, 19 lipca 2016
Polędwiczki wieprzowe w grzybowym sosie
Delikatne wieprzowe polędwiczki i aromatyczne leśne grzyby... połączenie idealne.
Pyszności.
Nie ma tu specjalnie znaczenia jakie grzyby dodacie, z każdymi wyjdzie smakowicie, wrzucacie co znajdziecie. Teraz, w lipcu, kurki i koźlaki, jesienią podgrzybki, sitki, maślaki, prawdziwki, co tam znajdziecie.
Ilość grzybów nie jest w tym przepisie wartością stałą, na jedną polędwiczkę wystarczą już trzy większe kozaczki i garść kurek.
Potrzeba (na 2 os. na dwa dni):
-polędwiczka wieprzowa (ok. 0,5kg)
-leśne grzyby (ok. 300g lub więcej)
-cebula
-duży ząbek czosnku
-czubata łyżka śmietany
-sól, świeżo mielony pieprz, pół łyżeczki suszonego tymianku
-oliwa do smażenia i masło lub smalec (polecam gęsi)
Polędwiczkę kroimy na ok. 1cm plastry, prószymy pieprzem. Na patelni rozgrzewamy oliwę, jak się rozgrzeje dodajemy czubatą łyżkę masła (albo po prostu smalec jeśli lubicie), na gorący tłuszcz kładziemy plastry polędwiczki i na dużym ogniu, szybko obsmażamy na rumiano z obu stron. Odkładamy na talerz, prószymy lekko solą.
Na tą samą patelnię (ewentualnie można dodać jeszcze tłuszczu) wrzucamy pokrojoną w półplasterki lub kostkę cebulę, podsmażamy, po chwili dodajemy drobno posiekany czosnek*. Kiedy cebula się zeszkli dorzucamy pokrojone grzyby, podsmażamy. Dodajemy z powrotem na patelnię mięso, podlewamy niewielką ilością wody, wsypujemy roztarty w palcach tymianek, sól i pieprz do smaku. Dusimy na średnim ogniu do miękkości polędwiczek. To delikatne mięso w cienkich plastrach, wystarczy 20 góra 30 min., duszona zbyt długo zrobi się sucha.
Na koniec dodajemy zahartowaną śmietanę (do śmietany dodajemy łyżkę gorącego sosu z patelni, mieszamy dokładnie i wlewamy na patelnię), dokładnie mieszamy całość i jeszcze chwilę dusimy.
Podajemy z ziemniakami posypanymi zieleniną i surówką z młodej kapusty, kapusty kiszonej lub sałatą z winegretem (czy inną na jaką macie ochotę).
*Czosnek warto posiekać wcześniej i zostawić na 10min. w spokoju przed obróbką termiczną, dzięki temu nie straci aromatu podczas gotowania. W uproszczeniu chodzi o to, że zawarty w czosnku olejek lotny pod wpływem powietrza przekształca się w allicynę, która to odpowiada za charakterystyczny czosnkowy aromat. Usłyszałam o tym w którymś programie Okrasy i to rzeczywiście działa.
Pyszności.
Nie ma tu specjalnie znaczenia jakie grzyby dodacie, z każdymi wyjdzie smakowicie, wrzucacie co znajdziecie. Teraz, w lipcu, kurki i koźlaki, jesienią podgrzybki, sitki, maślaki, prawdziwki, co tam znajdziecie.
Ilość grzybów nie jest w tym przepisie wartością stałą, na jedną polędwiczkę wystarczą już trzy większe kozaczki i garść kurek.
Potrzeba (na 2 os. na dwa dni):
-polędwiczka wieprzowa (ok. 0,5kg)
-leśne grzyby (ok. 300g lub więcej)
-cebula
-duży ząbek czosnku
-czubata łyżka śmietany
-sól, świeżo mielony pieprz, pół łyżeczki suszonego tymianku
-oliwa do smażenia i masło lub smalec (polecam gęsi)
Polędwiczkę kroimy na ok. 1cm plastry, prószymy pieprzem. Na patelni rozgrzewamy oliwę, jak się rozgrzeje dodajemy czubatą łyżkę masła (albo po prostu smalec jeśli lubicie), na gorący tłuszcz kładziemy plastry polędwiczki i na dużym ogniu, szybko obsmażamy na rumiano z obu stron. Odkładamy na talerz, prószymy lekko solą.
Na tą samą patelnię (ewentualnie można dodać jeszcze tłuszczu) wrzucamy pokrojoną w półplasterki lub kostkę cebulę, podsmażamy, po chwili dodajemy drobno posiekany czosnek*. Kiedy cebula się zeszkli dorzucamy pokrojone grzyby, podsmażamy. Dodajemy z powrotem na patelnię mięso, podlewamy niewielką ilością wody, wsypujemy roztarty w palcach tymianek, sól i pieprz do smaku. Dusimy na średnim ogniu do miękkości polędwiczek. To delikatne mięso w cienkich plastrach, wystarczy 20 góra 30 min., duszona zbyt długo zrobi się sucha.
Na koniec dodajemy zahartowaną śmietanę (do śmietany dodajemy łyżkę gorącego sosu z patelni, mieszamy dokładnie i wlewamy na patelnię), dokładnie mieszamy całość i jeszcze chwilę dusimy.
Podajemy z ziemniakami posypanymi zieleniną i surówką z młodej kapusty, kapusty kiszonej lub sałatą z winegretem (czy inną na jaką macie ochotę).
*Czosnek warto posiekać wcześniej i zostawić na 10min. w spokoju przed obróbką termiczną, dzięki temu nie straci aromatu podczas gotowania. W uproszczeniu chodzi o to, że zawarty w czosnku olejek lotny pod wpływem powietrza przekształca się w allicynę, która to odpowiada za charakterystyczny czosnkowy aromat. Usłyszałam o tym w którymś programie Okrasy i to rzeczywiście działa.
wtorek, 14 czerwca 2016
Kiszone truskawki
W rodzinie zostały ochrzczone mianem truskawek małosolnych, bo zestaw przypraw taki sam jak do ogórków.
Brzmi dziwnie, ale są zaskakująco smaczne.
Obowiązkowy przysmak sezonowy w mojej kuchni.
Świetne posypane plasterkami dymki lub szczypiorem na kanapce z wyrazistym serem, np. długo dojrzewającym, aromatycznym żółtym, fetą lub brie czy camembert.
Smakowite i ciekawe w sałacie (taki klasyk: sałata, trochę posiekanej cebulki, natka lub bazylia, sos winegret plus pokrojone w duże kawałki kiszone truskawki).
Ciekawie podbiją smak chłodnika na kefirze czy zsiadłym mleku.
Będą niebanalnym dodatkiem do talerza zimnych wędlin na imprezowym stole oraz do oscypka lub mięsa z grilla.
No i do podjadania wprost ze słoika.
Potrzeba:
- truskawki (takie twardsze, nie mogą być bardzo dojrzałe)
- zestaw do kiszenia ogórków (koper, czosnek, liść chrzanu i kawałek korzenia)
- liście laurowe, pieprz w ziarenkach, ziarna kolendry, ziele angielskie
- sól*, łyżka z lekką górką na 1 litr wody
- opcjonalnie suszona papryczka pepperocino lub kilka plastrów świeżej chilli
Zagotowujemy wodę z solą. Studzimy.
Do wyparzonego słoika wsypujemy na dno pół łyżeczki ziaren kolendry, kilka ziaren pieprzu, ziarno ziela, nieduży liść laurowego, 2-3 przekrojone na pół ząbki czosnku, kawałek korzenia chrzanu i łodygę kopru z kwiatem (to ilość dla mnie optymalna na słoik 0,5 litra). Potem ciasno układamy truskawki. Na wierzch znów dajemy łodygę kopru i przykrywamy liściem chrzanu. Zalewamy ostudzoną solanką.
Odstawiamy na 2-4 dni (szybkość kiszenia zależy głównie od temperatury, im cieplej tym szybciej). Uwaga, bo potrafią wykipieć. Na zdjęciu w słoiku dobrze widzicie, że jest ogórek. Mnie nie smakuje, bo nie lubię małosolnych, ale dodaję czasem dla połówka. Jemu bardzo pasują. Smakują jak małosolne ogórki z lekkim truskawkowym posmakiem.
Kiedy będą już ukiszone wstawiamy do lodówki i mamy ok. dwóch tygodni żeby je zjeść.
*Najlepsza będzie sól niejodowana, do przetworów. W teorii, zgodnie ze sztuką będzie większa szansa, że dobrze się Wam ukisi. Jednak jeśli nie macie, to przy kiszonkach z krótkim terminem spożycia możecie dać zwykłą sól spożywczą, ja tak czasem robię przy pomidorach, truskawkach czy ogórkach małosolnych i nie widzę różnicy.
Brzmi dziwnie, ale są zaskakująco smaczne.
Obowiązkowy przysmak sezonowy w mojej kuchni.
Świetne posypane plasterkami dymki lub szczypiorem na kanapce z wyrazistym serem, np. długo dojrzewającym, aromatycznym żółtym, fetą lub brie czy camembert.
Smakowite i ciekawe w sałacie (taki klasyk: sałata, trochę posiekanej cebulki, natka lub bazylia, sos winegret plus pokrojone w duże kawałki kiszone truskawki).
Ciekawie podbiją smak chłodnika na kefirze czy zsiadłym mleku.
Będą niebanalnym dodatkiem do talerza zimnych wędlin na imprezowym stole oraz do oscypka lub mięsa z grilla.
No i do podjadania wprost ze słoika.
Potrzeba:
- truskawki (takie twardsze, nie mogą być bardzo dojrzałe)
- zestaw do kiszenia ogórków (koper, czosnek, liść chrzanu i kawałek korzenia)
- liście laurowe, pieprz w ziarenkach, ziarna kolendry, ziele angielskie
- sól*, łyżka z lekką górką na 1 litr wody
- opcjonalnie suszona papryczka pepperocino lub kilka plastrów świeżej chilli
Zagotowujemy wodę z solą. Studzimy.
Do wyparzonego słoika wsypujemy na dno pół łyżeczki ziaren kolendry, kilka ziaren pieprzu, ziarno ziela, nieduży liść laurowego, 2-3 przekrojone na pół ząbki czosnku, kawałek korzenia chrzanu i łodygę kopru z kwiatem (to ilość dla mnie optymalna na słoik 0,5 litra). Potem ciasno układamy truskawki. Na wierzch znów dajemy łodygę kopru i przykrywamy liściem chrzanu. Zalewamy ostudzoną solanką.
Odstawiamy na 2-4 dni (szybkość kiszenia zależy głównie od temperatury, im cieplej tym szybciej). Uwaga, bo potrafią wykipieć. Na zdjęciu w słoiku dobrze widzicie, że jest ogórek. Mnie nie smakuje, bo nie lubię małosolnych, ale dodaję czasem dla połówka. Jemu bardzo pasują. Smakują jak małosolne ogórki z lekkim truskawkowym posmakiem.
Kiedy będą już ukiszone wstawiamy do lodówki i mamy ok. dwóch tygodni żeby je zjeść.
*Najlepsza będzie sól niejodowana, do przetworów. W teorii, zgodnie ze sztuką będzie większa szansa, że dobrze się Wam ukisi. Jednak jeśli nie macie, to przy kiszonkach z krótkim terminem spożycia możecie dać zwykłą sól spożywczą, ja tak czasem robię przy pomidorach, truskawkach czy ogórkach małosolnych i nie widzę różnicy.
niedziela, 12 czerwca 2016
Syrop z kwiatów czarnego bzu
Bardzo aromatyczny, jasnozłoty syrop z hyćkowych kwiatów.
Dla mnie kluczową kwestią jest jego smakowitość, ale jest też przy okazji zdrowy, wspomaga odporność, dodany do gorącej herbaty (szczególnie z lipy) wspomoże przy przeziębieniach.
Do czego potem wykorzystać taki syrop?
Jest świetny do piwa zamiast kupnego, sztucznego soku malinowego. Uwielbiam czarną herbatę z dodatkiem tego syropu, ale do zielonej, ziołowej czy owocowej też pasuje. Wraz z plasterkiem świeżej cytryny lub limonki używamy go jako zaprawkę do gazowanej wody w celu otrzymania pysznego, orzeźwiającego napoju. A także do dosmaczenia lemoniady, do nadania niebanalnego smaku przetworom z truskawek, rabarbaru, malin lub wiśni, do wina musującego i w ogóle do drinków, do polania budyniu albo lodów cytrynowych lub czekoladowych, do mrożonej kawy, do zrobienia bzowej wódki, do dosmaczenia twarożków, jogurtów i masy na sernik lub serowego nadzienia do naleśników, pierogów i wiele innych...
Potrzeba:
- 1kg cukru
- 1,5l wody
- duża cytryna i limonka*
- 40-50 baldachów kwiatów czarnego bzu
-na zdjęciu z podwójnej porcji (ok. 3litry)
Kwiaty zbieramy tylko w ciepłe, suche, słoneczne dni (będą bardziej aromatyczne i pełne pyłku). Zbieramy baldachy w pełni rozwinięte, ale nie przekwitłe, nie zbrązowiałe. Delikatnie układamy w koszyku lub papierowej torbie (delikatnie, żeby osypało się jak najmniej cennego pyłku). Oczywiście (na pewno to wiecie, ale na wszelki wypadek napiszę) nie golimy do cna jednego krzaka, zostawiamy coś dla owadów i na późniejsze owoce. Jeśli mamy w okolicy (nie w bezpośrednim sąsiedztwie większych dróg i linii kolejowych) naprawdę duży i stary krzak bzu obsypany kwiatami, to można ściąć z niego całe 50 sztuk i nawet nie będzie tego po nim widać. Jednak jeśli krzaki są mniejsze, to zabieramy po trochu kwiatostanów z różnych krzewów.
Po powrocie do domu na godzinę rozkładamy baldachy kwiatami do dołu na papierowych ręcznikach lub białej ścierce, żeby żyjące na kwiatach robaczki miały okazję je opuścić.
Teraz czas na mrówczą robotę. Bierzemy baldachy i nożyczkami ścinamy kwiatki do dużego słoja, dzbanka lub po prostu garnka. Staramy się zostawić jak najmniej zielonych łodyżek (jeśli się je zostawi psują smak, ale spokojnie, jak zostanie trochę tych najcieńszych nic się nie stanie, nie trzeba odcinać każdego kwiatka osobno).
Cytrusy porządnie szorujemy, kroimy na połówki. Z każdej połówki odkrawamy po plastrze i dokładamy je do kwiatków. Wyciskamy z cytrusów sok.
Do garnka wlewamy wodę, dodajemy cukier i wyciśnięte połówki cytrusów (skórka odda syropowi aromat). Zagotowujemy. Jak porządnie zawrze dolewamy sok z cytrusów i gotujemy jeszcze krótką chwilę.
Gorącym (ale nie wrzącym) syropem zalewamy kwiatki (po wyjęciu ugotowanych połówek cytryny i limonki).
Przykrywamy i odstawiamy na dobę (warto zamieszać ze dwa razy). Syrop jest w tym słoiku, gdzie widać plasterek cytryny (w drugim jest eksperyment, bzowy ocet). Samych kwiatków było z początku 2/3 słoika, ale po zalaniu gorącym syropem biedaki się kurczą.
Następnego dnia syrop przecedzamy do garnka przez gęste sitko, zagotowujemy. Wrzący nalewamy do butelek lub niedużych słoików. Porządnie zakręcone stawiamy do góry dnem do ostygnięcia.
I cieszymy się smakiem (jak nie wypijemy wszystkiego wcześniej) nawet zimą.
*Z taką ilością soku cytrynowego syrop będzie bardzo słodki, tylko leciutko przełamany cytryną. Przy takim poziomie kwaśności, żeby otrzymać orzeźwiający i smaczny napój z wodą zwykłą czy gazowaną trzeba dodać do szklanki świeży plasterek cytryny lub limonki, bez tego wyjdzie mdłe. Jednak nie dodaję więcej soku z cytryny, bo do herbaty, twarogu, jogurtu, piwa, mrożonej kawy, lemoniady bardziej pasuje syrop słodki. Wedle swojego gustu oczywiście możecie dodać więcej soku z cytryny, do smaku.
Dla mnie kluczową kwestią jest jego smakowitość, ale jest też przy okazji zdrowy, wspomaga odporność, dodany do gorącej herbaty (szczególnie z lipy) wspomoże przy przeziębieniach.
Do czego potem wykorzystać taki syrop?
Jest świetny do piwa zamiast kupnego, sztucznego soku malinowego. Uwielbiam czarną herbatę z dodatkiem tego syropu, ale do zielonej, ziołowej czy owocowej też pasuje. Wraz z plasterkiem świeżej cytryny lub limonki używamy go jako zaprawkę do gazowanej wody w celu otrzymania pysznego, orzeźwiającego napoju. A także do dosmaczenia lemoniady, do nadania niebanalnego smaku przetworom z truskawek, rabarbaru, malin lub wiśni, do wina musującego i w ogóle do drinków, do polania budyniu albo lodów cytrynowych lub czekoladowych, do mrożonej kawy, do zrobienia bzowej wódki, do dosmaczenia twarożków, jogurtów i masy na sernik lub serowego nadzienia do naleśników, pierogów i wiele innych...
Potrzeba:
- 1kg cukru
- 1,5l wody
- duża cytryna i limonka*
- 40-50 baldachów kwiatów czarnego bzu
-na zdjęciu z podwójnej porcji (ok. 3litry)
Kwiaty zbieramy tylko w ciepłe, suche, słoneczne dni (będą bardziej aromatyczne i pełne pyłku). Zbieramy baldachy w pełni rozwinięte, ale nie przekwitłe, nie zbrązowiałe. Delikatnie układamy w koszyku lub papierowej torbie (delikatnie, żeby osypało się jak najmniej cennego pyłku). Oczywiście (na pewno to wiecie, ale na wszelki wypadek napiszę) nie golimy do cna jednego krzaka, zostawiamy coś dla owadów i na późniejsze owoce. Jeśli mamy w okolicy (nie w bezpośrednim sąsiedztwie większych dróg i linii kolejowych) naprawdę duży i stary krzak bzu obsypany kwiatami, to można ściąć z niego całe 50 sztuk i nawet nie będzie tego po nim widać. Jednak jeśli krzaki są mniejsze, to zabieramy po trochu kwiatostanów z różnych krzewów.
Po powrocie do domu na godzinę rozkładamy baldachy kwiatami do dołu na papierowych ręcznikach lub białej ścierce, żeby żyjące na kwiatach robaczki miały okazję je opuścić.
Teraz czas na mrówczą robotę. Bierzemy baldachy i nożyczkami ścinamy kwiatki do dużego słoja, dzbanka lub po prostu garnka. Staramy się zostawić jak najmniej zielonych łodyżek (jeśli się je zostawi psują smak, ale spokojnie, jak zostanie trochę tych najcieńszych nic się nie stanie, nie trzeba odcinać każdego kwiatka osobno).
Cytrusy porządnie szorujemy, kroimy na połówki. Z każdej połówki odkrawamy po plastrze i dokładamy je do kwiatków. Wyciskamy z cytrusów sok.
Do garnka wlewamy wodę, dodajemy cukier i wyciśnięte połówki cytrusów (skórka odda syropowi aromat). Zagotowujemy. Jak porządnie zawrze dolewamy sok z cytrusów i gotujemy jeszcze krótką chwilę.
Gorącym (ale nie wrzącym) syropem zalewamy kwiatki (po wyjęciu ugotowanych połówek cytryny i limonki).
Przykrywamy i odstawiamy na dobę (warto zamieszać ze dwa razy). Syrop jest w tym słoiku, gdzie widać plasterek cytryny (w drugim jest eksperyment, bzowy ocet). Samych kwiatków było z początku 2/3 słoika, ale po zalaniu gorącym syropem biedaki się kurczą.
Następnego dnia syrop przecedzamy do garnka przez gęste sitko, zagotowujemy. Wrzący nalewamy do butelek lub niedużych słoików. Porządnie zakręcone stawiamy do góry dnem do ostygnięcia.
I cieszymy się smakiem (jak nie wypijemy wszystkiego wcześniej) nawet zimą.
*Z taką ilością soku cytrynowego syrop będzie bardzo słodki, tylko leciutko przełamany cytryną. Przy takim poziomie kwaśności, żeby otrzymać orzeźwiający i smaczny napój z wodą zwykłą czy gazowaną trzeba dodać do szklanki świeży plasterek cytryny lub limonki, bez tego wyjdzie mdłe. Jednak nie dodaję więcej soku z cytryny, bo do herbaty, twarogu, jogurtu, piwa, mrożonej kawy, lemoniady bardziej pasuje syrop słodki. Wedle swojego gustu oczywiście możecie dodać więcej soku z cytryny, do smaku.
piątek, 6 maja 2016
Ziemniaczany krem z mlekiem kokosowym
Kartoflanka, niedużo składników, a efekt świetny.
Poza tym, że niebanalna w smaku to jeszcze tania i sycąca (spokojnie będzie obiadem jednodaniowym). Dodanie już na talerz usmażonego na chrupko pikantnego chorizo (lub czegokolwiek wyrazistego) smakowicie przełamuje delikatność zupy.
Spokojnie można pominąć mięsny dodatek.
Inspiracją był któryś z odcinków Okrasy łamiącego przepisy. Bazą zupy są ziemniaki, seler i por oraz puszka mleka kokosowego. Co tam jeszcze pan Karol dodał nie pamiętam, doprawiłam po swojemu.
W dodatku to kolejny przepis, który ogromnie zasmakował nie tylko rodzicom, ale i Małemu Człowiekowi (dzieć dostał bez pikantnego dodatku).
Jak to zwykle u mnie przepis w ilości na dwa dni, dla dwóch dorosłych i dziecka.
Potrzeba:
- 6 średnich ziemniaków
-nieduża cebula i 2-4 ząbki czosnku (zależy jak czosnkolubni jesteśmy)
- por
- większy seler
- puszka mleka kokosowego
- sól, pieprz, curry, tymianek
- do podania pikantne chorizo (lub boczek, lub dobra wędzona kiełbasa, lub ziołowe grzanki, lub prażona cebulka, lub kiełki cebuli czy rzodkiewki, lub posiekane młode listki chrzanu albo czosnku niedźwiedziego, lub rzeżucha, lub kwiaty nasturcji, itp., itd.)
Warzywa kroimy raczej drobno, ale nie trzeba zbyt starannie i tak wszystko później zmiksujemy (ziemniaki i seler w kostkę, cebulę w półplasterki, czosnek i por w plasterki). Ja pora daję i białą część i większość zielonego (zielone trzeba pokroić na cieniutkie paseczki, żeby potem nitki z liści nie pływały w zupie), bo wszyscy lubimy pory. Jeśli nie macie ochoty na wyraźnie porowy posmak dajcie tylko białą część.
Na patelni rozgrzewamy kilka łyżek oliwy do smażenia, na rozgrzaną dodajemy czubatą łyżkę masła, jak się roztopi wrzucamy cebulę, czosnek, por i 1/4 ziemniaków, smażymy do zeszklenia cebuli. Sypiemy dwie łyżki curry i jeszcze chwilkę przesmażamy mieszając.
Zawartość patelni przekładamy do garnka dokładnie zgarniając cały aromatyczny tłuszcz z curry (warto do opróżnionej patelni wlać szklankę wody przemieszać i wlać do garnka).
Do gara wkładamy też resztę ziemniaków i seler, zalewamy wodą tak żeby przykryła warzywa plus 2-3cm. Gotujemy do miękkości ziemniaków, wlewamy puszkę mleka kokosowego, miksujemy. Jeśli jest za gęsta dolewamy jeszcze trochę wody. Dodajemy łyżeczkę suszonego tymianku, pół łyżeczki świeżo mielonego pieprzu i sól do smaku (weźcie poprawkę na to, że większość curry już ma w składzie sól). Stawiamy na gaz i czasem mieszając gotujemy jeszcze chwilę (do zawrzenia).
W czasie kiedy czekamy na zagotowanie się zupki podsmażamy na chrupko pokrojone w cienkie plasterki chorizo.
Rozlewamy na talerze, hojnie kładziemy chorizo (na zdjęciu nie widać ile go jest, bo część się utopiła), polewamy zupę łyżką aromatycznego tłuszczu i zajadamy.
Zamiast chorizo może być też pokrojony w kostkę i wysmażony boczek lub wędzona kiełbasa (warto posypać wtedy zupę szczyptą chilli). Można też zrobić wersję wege i posypać zupkę prażoną cebulką, grzankami lub aromatyczną, pikantną zieleniną (np. kiełkami lub posiekanymi młodymi listkami chrzanu). Lub czymkolwiek innym na co będziecie mieć ochotę.
Jeśli dziecku nie solicie w ogóle, to potrawa jest o tyle wygodna, że tę zupę bez straty dla smaku można posolić dopiero indywidualnie na talerzu.
Tłuszcz z patelni, tłuszcz z chorizo lub boczku. Jak się pobieżnie przejrzy przepis, to można odnieść wrażenie, że zupa jet bardzo ciężka i tłusta. Spokojnie, w tych kilku łyżkach tłuszczu mieści się mnóstwo smaku, a rozkładają one się na cały gar zupy, pojedyncza porcja wcale nie jest tłusta i ciężka. Można wprawdzie zrobić wersję całkiem "light", bez podsmażania warzyw, ale to już nie będzie to samo.
Poza tym, że niebanalna w smaku to jeszcze tania i sycąca (spokojnie będzie obiadem jednodaniowym). Dodanie już na talerz usmażonego na chrupko pikantnego chorizo (lub czegokolwiek wyrazistego) smakowicie przełamuje delikatność zupy.
Spokojnie można pominąć mięsny dodatek.
Inspiracją był któryś z odcinków Okrasy łamiącego przepisy. Bazą zupy są ziemniaki, seler i por oraz puszka mleka kokosowego. Co tam jeszcze pan Karol dodał nie pamiętam, doprawiłam po swojemu.
W dodatku to kolejny przepis, który ogromnie zasmakował nie tylko rodzicom, ale i Małemu Człowiekowi (dzieć dostał bez pikantnego dodatku).
Jak to zwykle u mnie przepis w ilości na dwa dni, dla dwóch dorosłych i dziecka.
Potrzeba:
- 6 średnich ziemniaków
-nieduża cebula i 2-4 ząbki czosnku (zależy jak czosnkolubni jesteśmy)
- por
- większy seler
- puszka mleka kokosowego
- sól, pieprz, curry, tymianek
- do podania pikantne chorizo (lub boczek, lub dobra wędzona kiełbasa, lub ziołowe grzanki, lub prażona cebulka, lub kiełki cebuli czy rzodkiewki, lub posiekane młode listki chrzanu albo czosnku niedźwiedziego, lub rzeżucha, lub kwiaty nasturcji, itp., itd.)
Warzywa kroimy raczej drobno, ale nie trzeba zbyt starannie i tak wszystko później zmiksujemy (ziemniaki i seler w kostkę, cebulę w półplasterki, czosnek i por w plasterki). Ja pora daję i białą część i większość zielonego (zielone trzeba pokroić na cieniutkie paseczki, żeby potem nitki z liści nie pływały w zupie), bo wszyscy lubimy pory. Jeśli nie macie ochoty na wyraźnie porowy posmak dajcie tylko białą część.
Na patelni rozgrzewamy kilka łyżek oliwy do smażenia, na rozgrzaną dodajemy czubatą łyżkę masła, jak się roztopi wrzucamy cebulę, czosnek, por i 1/4 ziemniaków, smażymy do zeszklenia cebuli. Sypiemy dwie łyżki curry i jeszcze chwilkę przesmażamy mieszając.
Zawartość patelni przekładamy do garnka dokładnie zgarniając cały aromatyczny tłuszcz z curry (warto do opróżnionej patelni wlać szklankę wody przemieszać i wlać do garnka).
Do gara wkładamy też resztę ziemniaków i seler, zalewamy wodą tak żeby przykryła warzywa plus 2-3cm. Gotujemy do miękkości ziemniaków, wlewamy puszkę mleka kokosowego, miksujemy. Jeśli jest za gęsta dolewamy jeszcze trochę wody. Dodajemy łyżeczkę suszonego tymianku, pół łyżeczki świeżo mielonego pieprzu i sól do smaku (weźcie poprawkę na to, że większość curry już ma w składzie sól). Stawiamy na gaz i czasem mieszając gotujemy jeszcze chwilę (do zawrzenia).
W czasie kiedy czekamy na zagotowanie się zupki podsmażamy na chrupko pokrojone w cienkie plasterki chorizo.
Rozlewamy na talerze, hojnie kładziemy chorizo (na zdjęciu nie widać ile go jest, bo część się utopiła), polewamy zupę łyżką aromatycznego tłuszczu i zajadamy.
Zamiast chorizo może być też pokrojony w kostkę i wysmażony boczek lub wędzona kiełbasa (warto posypać wtedy zupę szczyptą chilli). Można też zrobić wersję wege i posypać zupkę prażoną cebulką, grzankami lub aromatyczną, pikantną zieleniną (np. kiełkami lub posiekanymi młodymi listkami chrzanu). Lub czymkolwiek innym na co będziecie mieć ochotę.
Jeśli dziecku nie solicie w ogóle, to potrawa jest o tyle wygodna, że tę zupę bez straty dla smaku można posolić dopiero indywidualnie na talerzu.
Tłuszcz z patelni, tłuszcz z chorizo lub boczku. Jak się pobieżnie przejrzy przepis, to można odnieść wrażenie, że zupa jet bardzo ciężka i tłusta. Spokojnie, w tych kilku łyżkach tłuszczu mieści się mnóstwo smaku, a rozkładają one się na cały gar zupy, pojedyncza porcja wcale nie jest tłusta i ciężka. Można wprawdzie zrobić wersję całkiem "light", bez podsmażania warzyw, ale to już nie będzie to samo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















