To nie przepis będzie, a inspiracja.
Po udanym grzybobraniu kupa roboty w kuchni. W zależności od gatunku, wielkości i stanu grzybka część na suszenie, część do marynowania, część do zamrażarki na różne aromatyczne sosy i zupy.
Grzyby przeznaczone do marynowania i zamrażania wpierw trzeba obgotować.
Obgotowujemy w osolonej wodzie i potem... wiele osób tę wodę do zlewu wylewa...
Cóż za okrutne marnotrawstwo!
Taka woda po obgotowywaniu grzybów to wspaniała, aromatyczna przyprawa! Warto ją zachować.
A potem dodać ją do duszenia mięsa, do zup (np. grzybowego krupniku), użyć zamiast wody do gotowania kaszy lub zamiast wody/bulionu do risotto, do duszenia gołąbków, można w niej ugotować pierogi lub makaron, możliwości jest mnóstwo.
Po prostu aromatyczną, grzybową wodę po obgotowywaniu grzybów mrozimy i wyciągamy z zamrażarki, kiedy mamy ochotę nadać jakiemuś daniu grzybowy aromat.
Uwagi techniczne:
-Warto poczekać, aż ostygnie, a potem przecedzić przez gęste sitko ostrożnie nabierając wywar chochelką tak, żeby nie mieszać grzybowej wody i zostawiając ostatni centymetr z dna garnka. Czemu? Bo na dnie zawsze osadzi się jeszcze resztka pisaku i leśnych śmieci, których jeść nie mamy ochoty.
-Wiem, że na zdjęciu jest ta woda grzybowa w butelkach. Ale... doświadczenie, które przyszło po jakimś czasie od zrobienia tego zdjęcia mówi mi, że jedynym słusznym sposobem przechowania grzybowej wody na późniejsze czasy jest mrożenie. Grzybowa woda jest substancją niesamowicie niestabilną biologicznie i ożywającą jak zombi. Żeby nie wiem jak dobrze ją pasteryzować i tak część ożyje! Jakieś 80% moich prób utrwalenia tej wody w butelkach/słoikach się nie powiodło. Jak nie zaczęły fermentować, to zawartość mętniała i zaczynała śmierdzieć, mimo że dwie partie potraktowałam tyndalizacją. Nie wiem jak to jest, ale mimo sporego doświadczenia nie umiem tej wody po obgotowywaniu grzybów utrwalić termicznie...
Dlatego rekomenduję jedynie jej mrożenie i potem używanie tej aromatycznej, grzybowej przyprawy (i to naprawdę polecam gorąco) do czego Wam tylko wyobraźnia podpowie ;)
Smacznych, grzybnie aromatyzowanych potraw Wam życzę :)
PS obie butelki ze zdjęcia, wyjątkowo pięknie pachnące, bo praktycznie z samych podgrzybków wylądowały po dwóch tygodniach w zlewie, to była przysłowiowa kropla przelewająca czarę. Od tego momentu aromatyczną grzybową wodę utrwalam już tylko za pomocą zamrażarki.
.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przyprawy podstawy sztuczki gadżety.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przyprawy podstawy sztuczki gadżety.... Pokaż wszystkie posty
czwartek, 14 września 2017
piątek, 11 marca 2016
Sól i jej różne (smakowite) oblicza
Sól soli nie równa.
I wcale nie o zdrowotności będę pisać, a jedynie o smaku.
Sole same w sobie różnią się poziomem słoności, smakiem, zapachem, wyglądem, a do tego możemy wzbogacać je dowolnymi dodatkami... to cały ocean możliwości.
Sól wędzona, kala namak, himalajska, kwiat soli morskiej, sole aromatyzowane...
Próbujcie, eksperymentujcie, naprawdę warto.
Zapraszam na subiektywny przewodnik po moich ulubionych solach.
W kolejności:
1. Słoik z czerwoną nakrętką, to najzwyklejsza, najtańsza drobna sól.
2. Czarnego koloru ostatki w solniczce w czerwone kropki, to sól wędzona dymem jabłkowym. Uwielbiam ją, intensywnie pachnie ogniskiem. Idealna do wszelkich form ziemniaków (puree, pieczonych, gotowanych, ciekawie podbije smak frytek), do jajek, ciekawie i smacznie zmieni smak tradycyjnej sałatki jarzynowej, do zapiekanek (szczególnie dla wegeludków, którzy tęsknią za zapachem i smakiem wędzonki), do wege wersji zup kojarzonych z posmakiem wędzonki (kapuśniaków, grochówek) i do prawie każdej zupy krem, do pieczonych mięs, a nawet najzwyklejszą kanapkę z żółtym serem i pomidorem podniesie na wyższy poziom smaku.
3. Gruboziarnista sól w młynku, tu akurat himalajska (podobają mi się bardzo z wyglądu te różowe kryształki), ale chodzi ogólnie o dobrej jakości sól, może też być jakaś lepsza morska lub swojska kłodawska. Dobrej jakości sól różni się smakiem od takiej najtańszej, najzwyklejszej, jest w smaku taka bardziej mineralna, kamienna, żelazista i jednocześnie mniej słona. Gruboziarnista sól po zmieleniu na świeżo wygląda i smakuje lepiej niż taka zwykła na kanapkach, w sałatce solonej tuż przed podaniem, na pieczonych domowo słonych wypiekach, do posypania świeżo usmażonej wątróbki czy wołowego steku, etc. Oczywiście nie ma żadnego sensu sypać jej do zup, gulaszy, itp.
4. Bezkształtna torebka z niebieskim klipsem, to sławny kwiat soli morskiej. Cóż mogę o nim rzec? Jest to sól o niepowtarzalnym, świetnym kształcie, ale ... smakuje tak samo jak sól z punktu 3. Poza niezbyt jadalną (ze względu na wielkość kryształów) dekoracją talerza nie ma dla mnie żadnego sensownego zastosowania (bo żeby użyć jej jako przyprawy i tak trzeba ją rozdrobnić) . Ładna ciekawostka, której więcej nie kupię.
5. Gruboziarnista cytrynowa sól ziołowa, czyli sól zapakowana do młynka wraz ze skórką cytryny oraz tymiankiem lub rozmarynem (albo mieszanką obu tych ziół), można tez dodać suszony czosnek w płatkach. Sól idealna do kanapek, sałatek, posypania smażonej lub pieczonej ryby, do owoców morza, świeżo usmażonej wołowiny lub polędwiczki wieprzowej, etc. Skórkę z cytryny kroimy w paseczki, mieszamy z gruboziarnistą solą i ulubionymi suszonymi ziołami, wysypujemy cienką warstwą na wyłożony papierowym ręcznikiem talerzyk i zostawiamy na dobę lub dwie do podeschnięcia skórki. Wsypujemy do młynka i cieszymy się smakiem. Może być też wersja: sól, skórka z cytryny i suszony koperek albo różne cytrusy, sól i pieprz, itp.
6. W tym drewnianym młynku, młynku starszym od mojej skromnej osoby jest czarny pieprz w ziarenkach. Bo pieprz uznaję tylko świeżo mielony :)
7. Mała solniczka, to ta sama najzwyklejsza sól, co w dużym słoiku.
8. Gruboziarnista sól z pieprzem na kanapki, do sałatek, do posypania jajka, pomidora, ogórka, do wszystkiego. Wystarczy wsypać do młynka pół na pół sól i kolorowy pieprz (czarny, biały, zielony, czerwony).
9. Kala namak, czarna sól (która po zmieleniu wcale nie jest czarna, a różowa). Nie ma jej na zdjęciu, bo mi się dopiero co skończyła, a domawiać będę jak trochę przetrzebią mi się przyprawy. To jest dopiero niesamowity wynalazek i ciekawostka nad ciekawostkami ta kala namak. Sól, która pachnie jak jajko na twardo. Idealna do tradycyjnej sałatki jarzynowej, do żurku, do wege pasztetów, do ruskich pierogów i wszelkich past kanapkowych (szczególnie wegańskich, ale i takich twarogowych), świetna do wszelkich śniadaniowych kanapek (np. mój i połówka hit: kanapka z żółtym serem i plastrem kalarepki posypana kala namak i smakująca jakby było w niej też jajko na twardo). Absolutnie niezbędny składnik każdego wegańskiego majonezu! Ale i mięsożercom polecam spróbować.
10. Sól kamienna niejodowana, do przetworów. Też nie ma jej na zdjęciu, bo mieszka w szufladzie. Potrzebna do przetworów i marynat, które przeznaczamy do dłuższego, kilkumiesięcznego przechowywania oraz do kiszonek, które chcemy przechowywać dłużej niż tydzień czy dwa. Kiszonki, które chcemy zjeść dopiero po dłuższym czasie czy warzywa w marynacie potraktowane jodowaną solą mają tendencję do nieprzyjemnego w konsystencji papkowacenia.
Jeszcze nie próbowałam, ale wraz z kala namak i solą wędzoną zamówię perską sól niebieską, ciekawa jestem jak smakuje.
Eksperymentujcie z solą, naprawdę warto. Takie eksperymenty mogą wyraźnie urozmaicić smak Waszych sałatek i kanapek.
I wcale nie o zdrowotności będę pisać, a jedynie o smaku.
Sole same w sobie różnią się poziomem słoności, smakiem, zapachem, wyglądem, a do tego możemy wzbogacać je dowolnymi dodatkami... to cały ocean możliwości.
Sól wędzona, kala namak, himalajska, kwiat soli morskiej, sole aromatyzowane...
Próbujcie, eksperymentujcie, naprawdę warto.
Zapraszam na subiektywny przewodnik po moich ulubionych solach.
W kolejności:
1. Słoik z czerwoną nakrętką, to najzwyklejsza, najtańsza drobna sól.
2. Czarnego koloru ostatki w solniczce w czerwone kropki, to sól wędzona dymem jabłkowym. Uwielbiam ją, intensywnie pachnie ogniskiem. Idealna do wszelkich form ziemniaków (puree, pieczonych, gotowanych, ciekawie podbije smak frytek), do jajek, ciekawie i smacznie zmieni smak tradycyjnej sałatki jarzynowej, do zapiekanek (szczególnie dla wegeludków, którzy tęsknią za zapachem i smakiem wędzonki), do wege wersji zup kojarzonych z posmakiem wędzonki (kapuśniaków, grochówek) i do prawie każdej zupy krem, do pieczonych mięs, a nawet najzwyklejszą kanapkę z żółtym serem i pomidorem podniesie na wyższy poziom smaku.
3. Gruboziarnista sól w młynku, tu akurat himalajska (podobają mi się bardzo z wyglądu te różowe kryształki), ale chodzi ogólnie o dobrej jakości sól, może też być jakaś lepsza morska lub swojska kłodawska. Dobrej jakości sól różni się smakiem od takiej najtańszej, najzwyklejszej, jest w smaku taka bardziej mineralna, kamienna, żelazista i jednocześnie mniej słona. Gruboziarnista sól po zmieleniu na świeżo wygląda i smakuje lepiej niż taka zwykła na kanapkach, w sałatce solonej tuż przed podaniem, na pieczonych domowo słonych wypiekach, do posypania świeżo usmażonej wątróbki czy wołowego steku, etc. Oczywiście nie ma żadnego sensu sypać jej do zup, gulaszy, itp.
4. Bezkształtna torebka z niebieskim klipsem, to sławny kwiat soli morskiej. Cóż mogę o nim rzec? Jest to sól o niepowtarzalnym, świetnym kształcie, ale ... smakuje tak samo jak sól z punktu 3. Poza niezbyt jadalną (ze względu na wielkość kryształów) dekoracją talerza nie ma dla mnie żadnego sensownego zastosowania (bo żeby użyć jej jako przyprawy i tak trzeba ją rozdrobnić) . Ładna ciekawostka, której więcej nie kupię.
5. Gruboziarnista cytrynowa sól ziołowa, czyli sól zapakowana do młynka wraz ze skórką cytryny oraz tymiankiem lub rozmarynem (albo mieszanką obu tych ziół), można tez dodać suszony czosnek w płatkach. Sól idealna do kanapek, sałatek, posypania smażonej lub pieczonej ryby, do owoców morza, świeżo usmażonej wołowiny lub polędwiczki wieprzowej, etc. Skórkę z cytryny kroimy w paseczki, mieszamy z gruboziarnistą solą i ulubionymi suszonymi ziołami, wysypujemy cienką warstwą na wyłożony papierowym ręcznikiem talerzyk i zostawiamy na dobę lub dwie do podeschnięcia skórki. Wsypujemy do młynka i cieszymy się smakiem. Może być też wersja: sól, skórka z cytryny i suszony koperek albo różne cytrusy, sól i pieprz, itp.
6. W tym drewnianym młynku, młynku starszym od mojej skromnej osoby jest czarny pieprz w ziarenkach. Bo pieprz uznaję tylko świeżo mielony :)
7. Mała solniczka, to ta sama najzwyklejsza sól, co w dużym słoiku.
8. Gruboziarnista sól z pieprzem na kanapki, do sałatek, do posypania jajka, pomidora, ogórka, do wszystkiego. Wystarczy wsypać do młynka pół na pół sól i kolorowy pieprz (czarny, biały, zielony, czerwony).
9. Kala namak, czarna sól (która po zmieleniu wcale nie jest czarna, a różowa). Nie ma jej na zdjęciu, bo mi się dopiero co skończyła, a domawiać będę jak trochę przetrzebią mi się przyprawy. To jest dopiero niesamowity wynalazek i ciekawostka nad ciekawostkami ta kala namak. Sól, która pachnie jak jajko na twardo. Idealna do tradycyjnej sałatki jarzynowej, do żurku, do wege pasztetów, do ruskich pierogów i wszelkich past kanapkowych (szczególnie wegańskich, ale i takich twarogowych), świetna do wszelkich śniadaniowych kanapek (np. mój i połówka hit: kanapka z żółtym serem i plastrem kalarepki posypana kala namak i smakująca jakby było w niej też jajko na twardo). Absolutnie niezbędny składnik każdego wegańskiego majonezu! Ale i mięsożercom polecam spróbować.
10. Sól kamienna niejodowana, do przetworów. Też nie ma jej na zdjęciu, bo mieszka w szufladzie. Potrzebna do przetworów i marynat, które przeznaczamy do dłuższego, kilkumiesięcznego przechowywania oraz do kiszonek, które chcemy przechowywać dłużej niż tydzień czy dwa. Kiszonki, które chcemy zjeść dopiero po dłuższym czasie czy warzywa w marynacie potraktowane jodowaną solą mają tendencję do nieprzyjemnego w konsystencji papkowacenia.
Jeszcze nie próbowałam, ale wraz z kala namak i solą wędzoną zamówię perską sól niebieską, ciekawa jestem jak smakuje.
Eksperymentujcie z solą, naprawdę warto. Takie eksperymenty mogą wyraźnie urozmaicić smak Waszych sałatek i kanapek.
środa, 2 marca 2016
Wege sos pieczeniowy, genialny produkt wielofunkcyjny
Pyszny, aromatyczny i pełen umami sos.
A czemu genialny produkt wielofunkcyjny?
A bo:
-można polać nim kluski śląskie i zjeść jako smaczny, sycący i tani obiad wraz z sałatką lub surówką
-doda smaku plastrowi wege pasztetu czy to podanemu na zimno na kanapce czy na ciepło na obiad
-zdecydowanie uatrakcyjni też plaster pieczonego schabu czy kawał pieczonego indyka
-w wersji bardziej zagęszczonej świetnie sprawdzi się zamiast kostki bulionowej do podprawienia gęstych zup (jak zupy krem czy grochówka), różnej maści gulaszy lub sosu do spaghetti, itp.
-może wystąpić jako smaczna alternatywa majonezu do jajek na twardo lub wędlin
-po prostu wyjadany z miseczki za pomocą kawałka porwanej w kawałki bagietki jest smakowitą przekąską lub kolacją
- jest prosty do zrobienia.
Potrzeba:
* 2-3 liście laurowe, płaska łyżeczka ziaren pieprzu, 2-4 ziarna ziela angielskiego, goździk, płaska łyżeczka suszonego rozmarynu lub gałązka świeżego, płaska łyżeczka suszonego tymianku lub kilka gałązek świeżego, opcjonalnie (warto) łyżka ziaren kozieradki
*2 duże cebule
*duża marchew
*duża pietruszka
*dwie laski selera naciowego
*4 ząbki czosnku
*nieczubata łyżka brązowego cukru
*3 łyżki koncentratu pomidorowego
*2 łyżki sosu sojowego
*2 szklanki (250 ml) wytrawnego czerwonego wina i jedna szklanka wody
*oliwa do smażenia (oliwa z wytłoków, absolutnie nie extra virgin)
*ewentualnie sól
Warzywa kroimy w nieduże kawałki (kostki, plasterki, jak Wam wygodnie, nie muszą być równe). Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę (kilka łyżek, tak żeby przykryła dno patelni równą warstwą), na rozgrzany tłuszcz wrzucamy cebulę i przyprawy (z pierwszej gwiazdki składników), podsmażamy, aż cebula się delikatnie przyrumieni.
Dorzucamy resztę warzyw i podsmażamy na większym ogniu, z rzadka mieszając, aż się zrumienią, a miejscami nawet zbrązowieją (ok. 20 minut). W porządnym przysmażeniu warzyw tkwi cały smak sosu.
Po tym czasie dodajemy koncentrat, cukier i sos sojowy, chwilę (2-3 minutki) przesmażamy na dużym ogniu cały czas mieszając, po czym wlewamy wino i wodę.
Gotujemy na niedużym ogniu 40-60 minut, co najmniej 1/3 płynu powinna odparować.
Całość przecedzamy dokładnie odciskając warzywa z wywaru lub przecieramy przez sitko dużą łyżką czy drewnianą pałką.
Po odciśnięciu otrzymamy sos rzadszy, gładki i lśniący, idealny do klusek śląskich lub indyka. Po przetarciu przez sitko dostaniemy sos gęstszy, o brzydszej, nie tak gładkiej konsystencji, ale za to pełniejszy w smaku, idealny zamiast kostki rosołowej.
Wybieracie co Wam bardziej pasuje.
Przecedzony sos dosalamy do smaku i krótko zagotowujemy.
Polewamy sosem cokolwiek, co tylko zechcemy.
Na zdjęciu jest ta brzydsza, przecierana opcja z soczewicowym wege pasztetem. Smakuje naprawdę przednio.
Pomysł zaczerpnęłam z jednego z moich ukochanych blogów, czyli z Jadłonomii (oryginał przepisu: klik) i lekko przekształciłam pod swój gust, m.in. dodając czerwone wino.
A czemu genialny produkt wielofunkcyjny?
A bo:
-można polać nim kluski śląskie i zjeść jako smaczny, sycący i tani obiad wraz z sałatką lub surówką
-doda smaku plastrowi wege pasztetu czy to podanemu na zimno na kanapce czy na ciepło na obiad
-zdecydowanie uatrakcyjni też plaster pieczonego schabu czy kawał pieczonego indyka
-w wersji bardziej zagęszczonej świetnie sprawdzi się zamiast kostki bulionowej do podprawienia gęstych zup (jak zupy krem czy grochówka), różnej maści gulaszy lub sosu do spaghetti, itp.
-może wystąpić jako smaczna alternatywa majonezu do jajek na twardo lub wędlin
-po prostu wyjadany z miseczki za pomocą kawałka porwanej w kawałki bagietki jest smakowitą przekąską lub kolacją
- jest prosty do zrobienia.
Potrzeba:
* 2-3 liście laurowe, płaska łyżeczka ziaren pieprzu, 2-4 ziarna ziela angielskiego, goździk, płaska łyżeczka suszonego rozmarynu lub gałązka świeżego, płaska łyżeczka suszonego tymianku lub kilka gałązek świeżego, opcjonalnie (warto) łyżka ziaren kozieradki
*2 duże cebule
*duża marchew
*duża pietruszka
*dwie laski selera naciowego
*4 ząbki czosnku
*nieczubata łyżka brązowego cukru
*3 łyżki koncentratu pomidorowego
*2 łyżki sosu sojowego
*2 szklanki (250 ml) wytrawnego czerwonego wina i jedna szklanka wody
*oliwa do smażenia (oliwa z wytłoków, absolutnie nie extra virgin)
*ewentualnie sól
Warzywa kroimy w nieduże kawałki (kostki, plasterki, jak Wam wygodnie, nie muszą być równe). Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę (kilka łyżek, tak żeby przykryła dno patelni równą warstwą), na rozgrzany tłuszcz wrzucamy cebulę i przyprawy (z pierwszej gwiazdki składników), podsmażamy, aż cebula się delikatnie przyrumieni.
Dorzucamy resztę warzyw i podsmażamy na większym ogniu, z rzadka mieszając, aż się zrumienią, a miejscami nawet zbrązowieją (ok. 20 minut). W porządnym przysmażeniu warzyw tkwi cały smak sosu.
Po tym czasie dodajemy koncentrat, cukier i sos sojowy, chwilę (2-3 minutki) przesmażamy na dużym ogniu cały czas mieszając, po czym wlewamy wino i wodę.
Gotujemy na niedużym ogniu 40-60 minut, co najmniej 1/3 płynu powinna odparować.
Całość przecedzamy dokładnie odciskając warzywa z wywaru lub przecieramy przez sitko dużą łyżką czy drewnianą pałką.
Po odciśnięciu otrzymamy sos rzadszy, gładki i lśniący, idealny do klusek śląskich lub indyka. Po przetarciu przez sitko dostaniemy sos gęstszy, o brzydszej, nie tak gładkiej konsystencji, ale za to pełniejszy w smaku, idealny zamiast kostki rosołowej.
Wybieracie co Wam bardziej pasuje.
Przecedzony sos dosalamy do smaku i krótko zagotowujemy.
Polewamy sosem cokolwiek, co tylko zechcemy.
Na zdjęciu jest ta brzydsza, przecierana opcja z soczewicowym wege pasztetem. Smakuje naprawdę przednio.
Pomysł zaczerpnęłam z jednego z moich ukochanych blogów, czyli z Jadłonomii (oryginał przepisu: klik) i lekko przekształciłam pod swój gust, m.in. dodając czerwone wino.
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Cytrusowy zapach do zmywarki
Dziś nie przepis, a kuchenna sztuczka dla posiadaczy zmywarek (jakże ja kocham ten wynalazek ;)
Mojej zdarza się czasem niezbyt ładnie pachnieć z wnętrza, a fakt, że przy małym dzieciu muszą ją trzymać praktycznie cały czas zamkniętą na zapach nie pomaga. Kupnych zapachów odświeżających nie znoszę.
Co to za przyjemność ze smakowania napitku czy potrawy jeśli wszystko co podam w świeżo umytym kubku czy na talerzu pachnie sztuczną cytryną jak jakiś proszek do prania?
Rozwiązanie w tym wypadku jest bardzo proste.
Skórki z cytrusów.
I już.
Po prostu przed włączeniem zmywania wystarczy włożyć do środka koszyczka na sztućce kawałki* skórki odkrojonej wraz z albedo (to ta biała warstwa pod skórką) z cytryny, grejpfruta, pomarańczy czy limonki (co akurat mamy i co lubimy, można zrobić mix). Jeśli użyjemy skórki z pomarańczy czy cytryny możemy wbić w nią jeden czy dwa goździki.
Po otwarciu zmywarki powita nas delikatny zapach cytrusów, świeżo pachnie sama zmywarka, ale naczynia zapachu nie przejmują.
Olejki eteryczne zawarte w cytrusowych skórkach mają dodatkowo działanie lekko odkażające.
Osobiście najbardziej lubię zapach grejpfrutowy, ale najczęściej mam pod ręką skórkę z cytryny, bo ta gości u mnie w kuchni stale, a reszta tylko czasem.
Skórki z mandarynki się raczej nie nadają, one akurat nie pachną najlepiej po upraniu w zmywarce.
*Im więcej skórek tym mocniejszy zapach, ale nie ma potrzeby zapychać połowy koszyczka na sztućce. Zwykle wkładam 2-4 paski skórki o grubości jaka się zetnie nożykiem do owoców (1,5 cm) i długości tyle co obwód owocu (10-15 cm).
Mojej zdarza się czasem niezbyt ładnie pachnieć z wnętrza, a fakt, że przy małym dzieciu muszą ją trzymać praktycznie cały czas zamkniętą na zapach nie pomaga. Kupnych zapachów odświeżających nie znoszę.
Co to za przyjemność ze smakowania napitku czy potrawy jeśli wszystko co podam w świeżo umytym kubku czy na talerzu pachnie sztuczną cytryną jak jakiś proszek do prania?
Rozwiązanie w tym wypadku jest bardzo proste.
Skórki z cytrusów.
I już.
Po prostu przed włączeniem zmywania wystarczy włożyć do środka koszyczka na sztućce kawałki* skórki odkrojonej wraz z albedo (to ta biała warstwa pod skórką) z cytryny, grejpfruta, pomarańczy czy limonki (co akurat mamy i co lubimy, można zrobić mix). Jeśli użyjemy skórki z pomarańczy czy cytryny możemy wbić w nią jeden czy dwa goździki.
Po otwarciu zmywarki powita nas delikatny zapach cytrusów, świeżo pachnie sama zmywarka, ale naczynia zapachu nie przejmują.
Olejki eteryczne zawarte w cytrusowych skórkach mają dodatkowo działanie lekko odkażające.
Osobiście najbardziej lubię zapach grejpfrutowy, ale najczęściej mam pod ręką skórkę z cytryny, bo ta gości u mnie w kuchni stale, a reszta tylko czasem.
Skórki z mandarynki się raczej nie nadają, one akurat nie pachną najlepiej po upraniu w zmywarce.
*Im więcej skórek tym mocniejszy zapach, ale nie ma potrzeby zapychać połowy koszyczka na sztućce. Zwykle wkładam 2-4 paski skórki o grubości jaka się zetnie nożykiem do owoców (1,5 cm) i długości tyle co obwód owocu (10-15 cm).
środa, 11 lutego 2015
Domowa vegeta czy inny kucharek
Takie to proste, a jakże aromatyczne!
Podobnie jak kupny oryginał domowa vegeta to przyprawa do wszystkiego, podbije smak zup, sosów, kasz, duszonego mięsa czy warzyw, risotto, itp., itd. Domowa wersja ma jednak tą przewagę, że pachnie mocniej i smakowiciej, a do tego jest zdrowsza i można ją skomponować wedle własnego smaku.
Potrzeba:
-opakowanie suszonej włoszczyzny (50g)
-opakowanie suszonej natki pietruszki i lubczyku (po 10g)
-nieczubata łyżka słodkiej papryki w proszku
-nieczubata łyżeczka mielonej kurkumy
opcjonalnie (bardzo warto):
-dwa liście laurowe i liść lub dwa limonki kaffir
-czubata łyżka nasion kozieradki
-dwie czubate łyżki suszonych płatków zielonej papryki
Wszystkie składniki (poza papryką w proszku i kurkumą oczywiście) mielimy w młynku do kawy (mój młynek do kawy jest niewielki, więc składniki mieliłam porcjami). Wszystko wsypujemy do słoika czy innego szczelnie zamykanego naczynka.
Gotowa przyprawa jest niejednorodna, składa się z drobinek od miałkiego pyłu do większych grudek. Tak ma być.
Przed każdym użyciem dokładnie mieszamy wstrząsając słoiczkiem.
Taka wersja vegety najbardziej mi odpowiada, ale oczywiście śmiało możecie modyfikować skład wedle własnego gustu, np. dać mniej zieleniny, pominąć zieloną paprykę jeśli nie lubicie albo dodać to co lubicie, np. granulowany czosnek, suszony czosnek niedźwiedzi lub czarnuszkę dla zaostrzenia smaku. Możliwości jest bez liku.
Pomysł na zrobienie domowej vegety zaczerpnęłam tu.
Uwagi techniczne:
*Nie robiłam tego w blenderze, ale przypuszczam, że dobry blender też powinien dać radę.
*Jeśli dodajemy liście laurowe i kaffir to mielimy je w osobnej porcji i wyjmujemy większe włókna, które się nie zmielą przed wsypaniem do reszty składników.
*Podstawowy przepis to natka, lubczyk i włoszczyzna, składniki opcjonalne można pominąć, ale zdecydowanie warto je dodać.
*Kozieradki nie ma na zdjęciu, bo dodałam ją później, już po zrobieniu fotek.
*Suszoną zieloną paprykę w płatkach, kozieradkę i liście limonki kaffir można bez problemu kupić w internecie.
*Z liśćmi limonki trzeba ostrożnie, warto zmielić najpierw jeden, a potem ewentualnie dodać drugi, bo są bardzo aromatyczne i całość może wyjść przesadnie cytrynowa.
Podobnie jak kupny oryginał domowa vegeta to przyprawa do wszystkiego, podbije smak zup, sosów, kasz, duszonego mięsa czy warzyw, risotto, itp., itd. Domowa wersja ma jednak tą przewagę, że pachnie mocniej i smakowiciej, a do tego jest zdrowsza i można ją skomponować wedle własnego smaku.
Potrzeba:
-opakowanie suszonej włoszczyzny (50g)
-opakowanie suszonej natki pietruszki i lubczyku (po 10g)
-nieczubata łyżka słodkiej papryki w proszku
-nieczubata łyżeczka mielonej kurkumy
opcjonalnie (bardzo warto):
-dwa liście laurowe i liść lub dwa limonki kaffir
-czubata łyżka nasion kozieradki
-dwie czubate łyżki suszonych płatków zielonej papryki
Wszystkie składniki (poza papryką w proszku i kurkumą oczywiście) mielimy w młynku do kawy (mój młynek do kawy jest niewielki, więc składniki mieliłam porcjami). Wszystko wsypujemy do słoika czy innego szczelnie zamykanego naczynka.
Gotowa przyprawa jest niejednorodna, składa się z drobinek od miałkiego pyłu do większych grudek. Tak ma być.
Przed każdym użyciem dokładnie mieszamy wstrząsając słoiczkiem.
Taka wersja vegety najbardziej mi odpowiada, ale oczywiście śmiało możecie modyfikować skład wedle własnego gustu, np. dać mniej zieleniny, pominąć zieloną paprykę jeśli nie lubicie albo dodać to co lubicie, np. granulowany czosnek, suszony czosnek niedźwiedzi lub czarnuszkę dla zaostrzenia smaku. Możliwości jest bez liku.
Pomysł na zrobienie domowej vegety zaczerpnęłam tu.
Uwagi techniczne:
*Nie robiłam tego w blenderze, ale przypuszczam, że dobry blender też powinien dać radę.
*Jeśli dodajemy liście laurowe i kaffir to mielimy je w osobnej porcji i wyjmujemy większe włókna, które się nie zmielą przed wsypaniem do reszty składników.
*Podstawowy przepis to natka, lubczyk i włoszczyzna, składniki opcjonalne można pominąć, ale zdecydowanie warto je dodać.
*Kozieradki nie ma na zdjęciu, bo dodałam ją później, już po zrobieniu fotek.
*Suszoną zieloną paprykę w płatkach, kozieradkę i liście limonki kaffir można bez problemu kupić w internecie.
*Z liśćmi limonki trzeba ostrożnie, warto zmielić najpierw jeden, a potem ewentualnie dodać drugi, bo są bardzo aromatyczne i całość może wyjść przesadnie cytrynowa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

