Szybkie danie dla oderwania na chwilę myśli i kubków smakowych od świątecznych przygotowań.
Klasyczny, prosty i smakowity sposób na krewetki.
Potrzeba:
-krewetki* (tutaj niecałe 400g przed rozmrożeniem, na 2 osoby)
-białe wytrawne wino
-1 szalotka (ewentualnie pół małej cebuli)
-ząbek lub dwa czosnku
-pół łyżeczki startej skórki z cytryny, sól, pieprz, dwie szczypty tymianku, szczypta chilli
-czubata łyżka masła i trochę oliwy do smażenia
Na patelni rozgrzewamy oliwę i masło, podsmażamy na nim posiekaną szalotkę i zgnieciony czosnek. Kiedy cebulka się zeszkli wlewamy pół butelki wina i dodajemy przyprawy, redukujemy na dużym ogniu do 1/3 objętości. Wrzucamy krewetki. Nie trzymamy ich na patelni zbyt długo, żeby nie zrobiły się gumiaste, 5 minut zupełnie im wystarczy (a małym krewetkom wystarczą już trzy minuty).
Pożeramy, np. z kawałkiem świeżej bagietki (którą można zebrać z talerza resztki smakowitego sosu) i sałatą.
U mnie krewetki do towarzystwa miały makaron soba wymieszany z odrobiną oleju z włoskich orzechów i sezamem oraz ogórek polany gotowym owocowym sosem balsamicznym z Lidla. Tu akurat jest soba w wersji zielonej, z herbatą matcha. Taki zielony makaron jest bardzo dekoracyjny, ale jeśli chodzi o smak, to okazało się, że wolę zwykłą, burą w kolorze sobę.
*Krewetki polecam w pancerzykach, w efekcie finlnym są smaczniejsze i bardziej soczyste, ale jeśli nie macie ochoty bawić się w wydłubywanie, to oczywiście można użyć już obranych. Nie koniecznie muszą to być takie piękne i wielkie krewetki. Przyrządzone w ten sposób smakowite będą i koktajlowe krewetki z mrożonki (choć nie aż tak pyszne jak większe krewetki w pancerzykach).
.

niedziela, 22 grudnia 2013
poniedziałek, 9 września 2013
Pamiętacie o kompotach?
Orzeźwiające truskawki, porzeczki i wiśnie ustępują miejsca słodkim śliwkom, jabłkom, gruszkom i winogronom. Z ciekawszych smaków gorąco polecam śliwki uleny oraz nektarynki lub brzoskwinie w połączeniu z jabłkami (pół na pół).
Na fotce występują (od lewej):
*wiśnia albo wiśnia z czarną porzeczką (mają taki sam kolor, więc tu akurat otwierający butelkę ma niespodziankę),
*wiśnie i śliwki uleny,
*jabłko z rabarbarbarem,
*brzoskwinie z jabłkiem (albo nektarynki z jabłkiem, też mają taki sam kolor),
*jabłka (papierówki) z goździkiem i kawałeczkiem kory cynamonu.
Ten wpis to tylko przypomnienie, szczegółowo o robieniu kompotów przeczytacie tu.
Na początku robiłam mniejszy garnek kompotu raz na 2-3 dni. Od zeszłej jesieni (i ogromnej ilości działkowych ciemnych winogron do przerobienia na raz) zmieniłam taktykę. Okazało się, że najwygodniejszą opcją jest zrobienie wielkiego gara kompotu i zabutelkowanie na później. Potem mamy kilkanaście kolorowych butelek, które tylko czekają, aż komuś zachce się pić.
Potrzebne są tylko butelki (np. po soczkach Tymbark, oranżadzie, piwie czy inne z kapslem), kapsle i kapslownica (do kupienia w internecie albo sklepach z artykułami do domowego wyrobu win i piwa).
Gotujemy kompot bez cukru i dajemy mu kilka godzin na ostygnięcie (i przegryzienie się, będzie smaczniejszy niż taki odcedzony od razu). Przecedzamy. Próbujemy czy i jak dużo trzeba mu cukru (różnie bywa, zależy od owoców). Stawiamy na gaz, doprowadzamy do wrzenia, dosładzamy do smaku i skręcamy gaz (żeby tylko lekko się gotował). Wrzący kompot nalewamy do umytych butelek, każdą od razu kapslując i kładąc na boku, żeby gorący kompot zakrywał kapsel*. W tej pozycji studzimy.
Na fotce właśnie butelkuje się kompot śliwkowy.
A koszty? U mnie zwykle do 3zł za litr czyli w normie w porównaniu do napojów sklepowych. Na bazarku prawie za każdym razem trafia się sprzedawca z przecenionymi owocami (bo lekko przejrzałymi, mniejszymi czy brzydszymi, a takie świetnie nadają się na kompot). Czasem zaatakowany zostaje ogródek teściowej, wtedy to już w ogóle wychodzi darmo ;)
*Nie bawię się w wyparzanie butelek ani pasteryzowanie. Wystarczy tylko dobrze umyć butelkę, zakapslowanie w niej wrzącego kompotu zupełnie wystarczy do zakonserwowania napoju. Zdarzało się niektórym kompotom czekać nawet kilka miesięcy na wypicie i jeszcze żaden mi się nie popsuł.
Nie polecam szklanych butelek z zakrętką, bo po jednym czy dwóch użyciach zamknięty w nich kompot zyskuje wyraźną nutę smakową i zapachową zakrętki od słoika
sobota, 3 sierpnia 2013
Chrzanowo-musztardowe schabowe
Tydzień, domek nad jeziorem i niemuszenie niczego.
I taki widok znad laptopa, koło którego na talerzu leżą kolorowe kanapki i stoi kubek aromatycznej herbaty.
Po kąpieli w jeziorze i pływaniu łódką trzeba coś wrzucić na ząb. Najlepiej coś konkretnego i nieskomplikowanego w przygotowaniu. Jeśli mamy do dyspozycji piekarnik możemy sobie zrobić schaboszczaki, i to nie byle jakie, ale upieczone w marynacie chrzanowej i zawinięte w szynkę szwarcwaldzką. Mniam.
Potrzeba:
*po grubym plastrze schabu na głowę
*plastry szynki szwarcwaldzkiej, wędzonej szynki lub wędzonego boczku (tyle żeby dokładnie owinąć schab)
*musztarda, chrzan, sól i pieprz
Musztardę i chrzan (w proporcji 1:1 lub w łagodniejszej wersji 2:1) mieszamy z niewielką ilością oliwy. Każdy plaster schabu z obu stron prószymy solą i pieprzem, po czym z obu grubo smarujemy pastą musztardową. Jeśli użyta musztarda była mocno słona, to solimy delikatnie. Owijamy schabowe szynką i układamy jedną warstwą w posmarowanym oliwą naczyniu żaroodpornym. Z wierzchu lekko prószymy świeżo mielonym pieprzem.
Pieczemy w 180 stopniach ok. 30 min.
Podajemy z surówką i ziemniakami okraszonymi sosem z pieczenia kotletów. Mięciutkie, aromatyczne mięso w chrupiącej, smakowitej skorupce z szynki.
Dobre także na zimno na pajdzie dobrego chleba.
Jeśli chcemy w ten sam sposób można zrobić schab w całości. Wtedy oczywiście dłużej pieczemy (najłatwiej z wbitym w pieczeń termometrem, żeby wiedzieć kiedy będzie gotowe).
Choć nie ukrywam, że obiady w domku nad jeziorem obiady wyglądają częściej tak : )
Cukinia podsmażona na masełku z czosnkiem i cebulką, uduszona potem w pomidorach z dodatkiem fasolki z puszki.
piątek, 29 marca 2013
Kolorowych jajek
Ależ ten czas pędzi strasznie i podstępnie... Dopiero co jadłam w styczniu boczniaki a'la flaczki, a tu już koniec marca i Wielkanoc...
Zamiast bab i mazurków zaproponuję Wam nietypowe pisanki. Fajnie się prezentują i w koszyczku ze święconką i na stole na niedzielne śniadanie.
Jajka trzeba ugotować na twardo, ostudzić, obtłuc skorupkę ze wszystkich stron. Potem wystarczy wziąć pędzelek i pomalować dokładnie całą skorupkę barwnikiem spożywczym. Najwcześniej po około pół godzinie, jak skorupka podeschnie, obieramy i mamy takie kolorowe jajko.
Zamiast bab i mazurków zaproponuję Wam nietypowe pisanki. Fajnie się prezentują i w koszyczku ze święconką i na stole na niedzielne śniadanie.
Jajka trzeba ugotować na twardo, ostudzić, obtłuc skorupkę ze wszystkich stron. Potem wystarczy wziąć pędzelek i pomalować dokładnie całą skorupkę barwnikiem spożywczym. Najwcześniej po około pół godzinie, jak skorupka podeschnie, obieramy i mamy takie kolorowe jajko.
Trzeba pamiętać o dokładnym obtłuczeniu skorupki ze wszystkich stron, żeby nie powstały takie oto białe plamy.
Na zdjęciu na razie jedno jajko do fotki na bloga, a w sobotę rano będzie też czerwone, niebieskie, fioletowe i różowe. Pomalowałam też kiedyś jedno czarnym barwnikiem, ale wyglądało trochę zbyt dziwnie :)
Radosnej Wielkanocy i wesołych jajek Wam życzę najserdeczniej
piątek, 4 stycznia 2013
Boczniaki a'la flaczki
Lekka, rozgrzewająca i aromatyczna zupka. Na odpoczynek po świątecznych i noworocznych szaleństwach obżarciowych.
Nie jestem specjalnym fanem tradycyjnych flaków. Bardzo lubię zestaw przypraw dodawany do tej zupy, jednak charakterystyczny posmak flaków, nie mówiąc już o ich zapachu w trakcie gotowania zupełnie mi nie podchodzi. Tym bardziej więc posmakowała mi ta zupa... smakuje właściwie jak flaczki, ale lepiej. Co ciekawe mimo, że z grzybów, wcale nie jest jak grzybowa.
Na fotce w wersji wegetariańskiej na bulionie warzywnym, ale może być też na wołowym lub drobiowym wywarze.
Potrzeba:
Boczniaki kroimy w cienkie paseczki i dodajemy do zupy po ok. 10 minutach od zagotowania (kiedy warzywa już zaczną mięknąć) i gotujemy kolejne 15-20 min. Jeśli dajemy mięsko z rosołu, to dodajemy je razem z boczniakami.
Pod koniec gotowania próbujemy i dodajemy maggi do smaku, ewentualnie dodajemy więcej pieprzu, ostrej papryki czy majeranku.
Zajadamy z pieczywem.
*Można z boczniakowych flaków zrobić danie bardziej sycące także jeśli bulion był z zamrażarki (albo robimy wersję od biedy, czyli z kostki). Razem z warzywami (jeszcze przed zagotowaniem) wkładamy do garnka ze dwie pałki z kurczaka (polecam obdarcie ich ze skórki przed gotowaniem). Przed podaniem wyjmujemy je, oddzielamy mięsko od kości i pokrojone wkładamy z powrotem do zupy.
**Jeśli masło komuś bardzo nie pasuje, bo dieta czy coś, to można i zdrowiej. Do podsmażenia cebulki dajemy masła odrobinkę tylko, a oczka tłuszczu na zupie robimy inaczej. Po nalaniu zupy na talerz kropimy porcję jakimś fajnym, tłoczonym na zimno olejem, np. rzepakowym lub lnianym, mieszamy i podajemy.
Nie jestem specjalnym fanem tradycyjnych flaków. Bardzo lubię zestaw przypraw dodawany do tej zupy, jednak charakterystyczny posmak flaków, nie mówiąc już o ich zapachu w trakcie gotowania zupełnie mi nie podchodzi. Tym bardziej więc posmakowała mi ta zupa... smakuje właściwie jak flaczki, ale lepiej. Co ciekawe mimo, że z grzybów, wcale nie jest jak grzybowa.
Na fotce w wersji wegetariańskiej na bulionie warzywnym, ale może być też na wołowym lub drobiowym wywarze.
Potrzeba:
- 200-250g boczniaków
- duża marchewka, kawałek selera, pietruszka, kawałek pora, nie za duża cebula, 1-2 ząbki czosnku
- sól, pieprz, łyżka słodkiej papryki i trochę ostrej (do smaku), szczypta gałki muszkatołowej, nieczubata łyżeczka imbiru w proszku, 3-4 łyżki majeranku, kilka ziaren angielskiego ziela i liść laurowy, chlust maggi
- 1,5 litra bulionu warzywnego, drobiowego lub wołowego (od biedy 1,5 litra wody i 2 warzywne kostki rosołowe; przy użyciu kostek trzeba ostrożnie z soleniem)
- masło
- ewentualnie (ale bardzo niekoniecznie) drobno pokrojone mięso drobiowe lub wołowe z gotowania bulionu*
- proporcje na 4 solidne, całoobiadowe porcje (lub 6 mniejszych)
Boczniaki kroimy w cienkie paseczki i dodajemy do zupy po ok. 10 minutach od zagotowania (kiedy warzywa już zaczną mięknąć) i gotujemy kolejne 15-20 min. Jeśli dajemy mięsko z rosołu, to dodajemy je razem z boczniakami.
Pod koniec gotowania próbujemy i dodajemy maggi do smaku, ewentualnie dodajemy więcej pieprzu, ostrej papryki czy majeranku.
Zajadamy z pieczywem.
*Można z boczniakowych flaków zrobić danie bardziej sycące także jeśli bulion był z zamrażarki (albo robimy wersję od biedy, czyli z kostki). Razem z warzywami (jeszcze przed zagotowaniem) wkładamy do garnka ze dwie pałki z kurczaka (polecam obdarcie ich ze skórki przed gotowaniem). Przed podaniem wyjmujemy je, oddzielamy mięsko od kości i pokrojone wkładamy z powrotem do zupy.
**Jeśli masło komuś bardzo nie pasuje, bo dieta czy coś, to można i zdrowiej. Do podsmażenia cebulki dajemy masła odrobinkę tylko, a oczka tłuszczu na zupie robimy inaczej. Po nalaniu zupy na talerz kropimy porcję jakimś fajnym, tłoczonym na zimno olejem, np. rzepakowym lub lnianym, mieszamy i podajemy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)