Nie jestem zagorzałym buraczanym fanem. Nie pieję z zachwytu nad barszczem z uszkami czy zasmażanymi tartymi buraczkami, gotowane z wody to już w ogóle w grę nie wchodzą.
Do tej pory jedyną szczerze lubianą przeze mnie formą buraka były buraki kiszone.
W tym roku okazało się, że lubię też buraki pieczone oraz taką właśnie sałatkę z buraków... gotowanych na parze.
Słodki burak zestawiony z wyrazistym, kwaskowym, czosnkowym sosem.
No i takiego buraka, to ja rozumiem.
Pycha.
Potrzeba:
-3 średnie buraki
-pół małej cebuli lub mała szalotka
-zimnotłoczony olej rzepakowy, olej rydzowy lub olej z orzechów włoskich (jaki macie i lubicie), ewentualnie oliwa (choć smak oliwy pasuje tu najmniej)
-1 lub 2 ząbki czosnku
-ocet jabłkowy
-sól, pieprz
-opcjonalnie drobno posiekana natka pietruszki lub świeży tymianek
Buraki kroimy w sporą kostkę (taką o boku 1cm) i gotujemy na parze (20-25min.). Jeśli nie macie parowaru oczywiście można ugotować buraki w wodzie (gotujemy w całości, kroimy jak przestygną). Polecam jednak gotowanie na parze, buraki będą smaczniejsze.
Drobno siekamy cebulę i wrzucamy do miski z burakami oraz opcjonalną zieleniną.
Do kubka wlewamy dwie łyżki octu i 3-4 łyżki oleju, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, trochę solimy i porządnie pieprzymy świeżo mielonym pieprzem. Dokładnie mieszamy.
Sos wlewamy do buraków i mieszamy, aż dokładnie je pokryje.
Taka sałatka będzie pasować do tradycyjnego obiadu w postaci ziemniaków z mięsem, do obiadu jarskiego z ziemniakami z sadzonym jajkiem lub wege kotletem albo do gulaszu z kaszą.
Można buraki posypać posiekaną zielenią.
Tymianek lub pietruszka zmieniają charakter sałatki. Obie wersje, czysto buraczkowa i z zielonym, są różne, ale równie smacznie.
Sos powinien być mocny, wyrazisty, kwaśny i pieprzno-czosnkowy, żeby smakowicie złamać słodycz buraków. Ale jeśli nie lubicie jak jest zbyt kwaśno i czosnkowo za pierwszym razem dajcie na początek jedną łyżkę octu i jeden ząbek czosnku, wymieszajcie sos z burakami i spróbujcie sałatkę. Drugą łyżkę octu i drugi ząbek czosnku zawsze można wmieszać później, kiedy po spróbowaniu uznacie, że chcecie je dodać. Dodać octu zawsze można, ale "odkwaśnić" się już nie da.
.
niedziela, 8 listopada 2015
niedziela, 18 października 2015
Gulasz z dzika z czerwonym winem i tymiankiem
Drugi przepis z dzikiem w roli głównej, danie niestety równie niefotogeniczne jak pierwsze (dzik z kurkami), ale smakujące przednio.
Aromatyczny, rozgrzewający gulasz w sam raz na jesienny czy zimowy obiad.
Do pożarcia z ziemniakami w kawałkach lub ziemniaczanym puree, pieczonymi ziemniakami, frytkami lub ze świeżym pieczywem (które można maczać w sosiku) oraz, np. z buraczkami, miksem sałat z vinegrtem lub surówką z selera, jabłek i orzechów, itp.
Potrzeba (2-3 porcje):
-400g mięsa z dzika, pokrojone w kawałki wielkości gulaszowej (tu gulaszowe z łopatki i karku)
-nieduża cebula
-3 ząbki czosku
-średnia marchewka i mała pietruszka
-ćwiartka małego selera
-5 cm kawałek pora (biała część)
-ćwiartka czerwonej papryki
-czubata łyżeczka tymianku, 3 ziarna jałowca, 3 ziarna ziela angielskiego, 4 goździki, liść laurowy, niepełna łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
-łyżka startej skórki z cytryny
-kilka (4-5) suszonych, wędzonych śliwek (ewentualnie, od biedy zwykłe suszone śliwki)
-szklanka (250 ml) czerwonego, wytrawnego wina
-łyżka miodu i dwie łyżki octu jabłkowego
-dwie duże łyżki gęsiego smalcu (ewentualnie masła)
Czosnek, marchewkę, pietruszkę i por kroimy w cienkie plasterki, cebulę w półplasterki, seler i paprykę w drobną kostkę.
Ze śliwek wyjmujemy pestki. Wieczorem do garnka wkładamy wszystkie składniki poza miodem i tłuszczem. Dolewamy wody, tylko tyle, żeby mięso było przykryte, mieszamy i odstawiamy na noc.
Rano podpalamy gaz, dodajmy miód i tłuszcz, i gotujemy gulasz na średnim ogniu ok. 1 godz. od zagotowania, najpierw pod przykryciem. W połowie gotowania odkrywamy garnek i gotujemy dalej na mniejszym ogniu, bez przykrycia. Sosik powinien w tym czasie zredukować się mniej więcej o połowę. Pod koniec gotowania solimy do smaku.
Wyłączmy gaz i dajemy gulaszowi odpocząć kilka godzin do przegryzienia się smaków.
W porze obiadowej odgrzewamy i zajadamy.
Smakowite, kruche, aromatyczne mięsko i pyszny sos.
Jeśli sosu zostanie nam dużo, to następnego dnia polecam zrobić kluski śląskie i podać je na oddzielny obiad z sosem z dzika i sałatką. Też będzie z tego pyszny obiadek i do tego ekonomiczny.
Uwagi techniczne:
*przyprawy w ziarenkach i goździki dobrze jest umieścić w zaparzaczu do herbaty (wiecie, takim sitku z metalowej siatki) i gotować w gulaszu w takiej właśnie klatce. Wtedy łatwo je usunąć i przy jedzeniu nie trzeba uważać, żeby ich nie rozgryźć :)
*wędzone śliwki nadają całemu gulaszowi niecodzienny aromat. Jeśli, jak ja, nie mieszkacie w rejonie ich występowania, to można wędzone węgierki zamówić przez internet albo (ja tak robię) kupić w większej ilości przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy są dostępne w sklepach i na bazarkach w całej Polsce na wigilijne kompoty i pomrozić w porcjach po kilka sztuk.
Dzik został zakupiony w ramach biedronkowej akcji gotujemy jak u mamy, ale jak mieszkacie w Warszawie nie musicie pędzić do tego dyskontu. Dostawca dziczego gulaszu, to stacjonarny sklep Dziki trop, mieszczący się na ulicy Gagarina i otwarty od poniedziałku do soboty.
Aromatyczny, rozgrzewający gulasz w sam raz na jesienny czy zimowy obiad.
Do pożarcia z ziemniakami w kawałkach lub ziemniaczanym puree, pieczonymi ziemniakami, frytkami lub ze świeżym pieczywem (które można maczać w sosiku) oraz, np. z buraczkami, miksem sałat z vinegrtem lub surówką z selera, jabłek i orzechów, itp.
Potrzeba (2-3 porcje):
-400g mięsa z dzika, pokrojone w kawałki wielkości gulaszowej (tu gulaszowe z łopatki i karku)
-nieduża cebula
-3 ząbki czosku
-średnia marchewka i mała pietruszka
-ćwiartka małego selera
-5 cm kawałek pora (biała część)
-ćwiartka czerwonej papryki
-czubata łyżeczka tymianku, 3 ziarna jałowca, 3 ziarna ziela angielskiego, 4 goździki, liść laurowy, niepełna łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
-łyżka startej skórki z cytryny
-kilka (4-5) suszonych, wędzonych śliwek (ewentualnie, od biedy zwykłe suszone śliwki)
-szklanka (250 ml) czerwonego, wytrawnego wina
-łyżka miodu i dwie łyżki octu jabłkowego
-dwie duże łyżki gęsiego smalcu (ewentualnie masła)
Czosnek, marchewkę, pietruszkę i por kroimy w cienkie plasterki, cebulę w półplasterki, seler i paprykę w drobną kostkę.
Ze śliwek wyjmujemy pestki. Wieczorem do garnka wkładamy wszystkie składniki poza miodem i tłuszczem. Dolewamy wody, tylko tyle, żeby mięso było przykryte, mieszamy i odstawiamy na noc.
Rano podpalamy gaz, dodajmy miód i tłuszcz, i gotujemy gulasz na średnim ogniu ok. 1 godz. od zagotowania, najpierw pod przykryciem. W połowie gotowania odkrywamy garnek i gotujemy dalej na mniejszym ogniu, bez przykrycia. Sosik powinien w tym czasie zredukować się mniej więcej o połowę. Pod koniec gotowania solimy do smaku.
Wyłączmy gaz i dajemy gulaszowi odpocząć kilka godzin do przegryzienia się smaków.
W porze obiadowej odgrzewamy i zajadamy.
Smakowite, kruche, aromatyczne mięsko i pyszny sos.
Jeśli sosu zostanie nam dużo, to następnego dnia polecam zrobić kluski śląskie i podać je na oddzielny obiad z sosem z dzika i sałatką. Też będzie z tego pyszny obiadek i do tego ekonomiczny.
Uwagi techniczne:
*przyprawy w ziarenkach i goździki dobrze jest umieścić w zaparzaczu do herbaty (wiecie, takim sitku z metalowej siatki) i gotować w gulaszu w takiej właśnie klatce. Wtedy łatwo je usunąć i przy jedzeniu nie trzeba uważać, żeby ich nie rozgryźć :)
*wędzone śliwki nadają całemu gulaszowi niecodzienny aromat. Jeśli, jak ja, nie mieszkacie w rejonie ich występowania, to można wędzone węgierki zamówić przez internet albo (ja tak robię) kupić w większej ilości przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy są dostępne w sklepach i na bazarkach w całej Polsce na wigilijne kompoty i pomrozić w porcjach po kilka sztuk.
Dzik został zakupiony w ramach biedronkowej akcji gotujemy jak u mamy, ale jak mieszkacie w Warszawie nie musicie pędzić do tego dyskontu. Dostawca dziczego gulaszu, to stacjonarny sklep Dziki trop, mieszczący się na ulicy Gagarina i otwarty od poniedziałku do soboty.
sobota, 17 października 2015
Dzik (lub wieprzowe polędwiczki) z kurkami
Obiad w pół godziny, kilka składników, efekt wykwintny, rewelacyjny, aromatyczny i pyszny.
Potrzeba (na 2 duże porcje):
-mięso z dzika, ewentualnie polędwiczka wieprzowa (400g)*
-dwie duże garście kurek (świeżych lub mrożonych)
-nieduża cebula
-2 duże ząbki czosnku
-pół szklanki białego wytrawnego wina
-sól, pieprz
-masło i oliwa
Mięso kroimy w małe kawałki*, cebulę w cienkie półplasterki, czosnek w cienkie plasterki.
Na dużej patelni z grubym dnem rozgrzewamy oliwę (taką do smażenia, nie extra virgin), dodajemy 2 czubate łyżki masła, jak się roztopi wrzucamy cebulę, smażymy do zeszklenia.
Dodajemy mięso i smażymy na ostrym ogniu mieszając, do 10 min.
Dorzucamy czosnek i kurki, obficie pieprzymy i trochę solimy.
Smażymy do miękkości kurek (3-5 min.). Wlewamy wino i zwiększmy ogień na maksa, żeby szybko je odparować. Chwilka i wyłączmy gaz.
Podajemy z buraczkami lub miksem sałat z winegretem i świeżym pieczywem z chrupiącą skórką, frytkami lub pieczonymi ziemniaczkami.
Mało fotogeniczne, ale bardzo smakowite.
*Wcześniej kilka razy robiłam takie danie z polędwiczki wieprzowej, polędwiczkę można po prostu pokroić w plastry o grubości 1,5cm. Z polędwiczką jest pysznie, ale z dzikiem pysznie o wiele bardziej. Dzik tu obecny to mięso z łopatki i karku pokrojone w kostkę 1,5cm, małe kawałki, żeby szybko się usmażyły. Niestety z dziczyzną mam małe doświadczenie, więc nie wiem, które inne części dziczej tuszy też nadają się do krótkiego smażenia, co by mięsko było mięciutkie, a nie do żucia. Z dojrzewaniem świeżego mięsa z dziczyzny też doświadczenia żadnego nie mam i nie podpowiem, co ze świeżym zrobić. Dzika ze zdjęcia zakupiłam w ramach akcji mamine gotowanie w znanym sklepie z biedronką w logo, to opakowanie miało ważność do 29. 10, więc jeszcze macie szansę się załapać.
PS po zapytaniu wujka google okazało się, że Dziki trop, dostawca biedronkowej dziczyzny, to stacjonarny sklep w Warszawie. Jak kto jest ze stolicy, to wcale nie musi pędzić do biedronki, może sobie kupić dzika w sklepie mieszczącym się niedaleko Łazienek. Cieszy mnie to bardzo, bo poza kurkowym dzikiem zrobiłam też gulasz z czerwonym winem (który też na blogu się pojawi) i chętnie poznam ten rodzaj mięsa bliżej.
Potrzeba (na 2 duże porcje):
-mięso z dzika, ewentualnie polędwiczka wieprzowa (400g)*
-dwie duże garście kurek (świeżych lub mrożonych)
-nieduża cebula
-2 duże ząbki czosnku
-pół szklanki białego wytrawnego wina
-sól, pieprz
-masło i oliwa
Mięso kroimy w małe kawałki*, cebulę w cienkie półplasterki, czosnek w cienkie plasterki.
Na dużej patelni z grubym dnem rozgrzewamy oliwę (taką do smażenia, nie extra virgin), dodajemy 2 czubate łyżki masła, jak się roztopi wrzucamy cebulę, smażymy do zeszklenia.
Dodajemy mięso i smażymy na ostrym ogniu mieszając, do 10 min.
Dorzucamy czosnek i kurki, obficie pieprzymy i trochę solimy.
Smażymy do miękkości kurek (3-5 min.). Wlewamy wino i zwiększmy ogień na maksa, żeby szybko je odparować. Chwilka i wyłączmy gaz.
Podajemy z buraczkami lub miksem sałat z winegretem i świeżym pieczywem z chrupiącą skórką, frytkami lub pieczonymi ziemniaczkami.
Mało fotogeniczne, ale bardzo smakowite.
*Wcześniej kilka razy robiłam takie danie z polędwiczki wieprzowej, polędwiczkę można po prostu pokroić w plastry o grubości 1,5cm. Z polędwiczką jest pysznie, ale z dzikiem pysznie o wiele bardziej. Dzik tu obecny to mięso z łopatki i karku pokrojone w kostkę 1,5cm, małe kawałki, żeby szybko się usmażyły. Niestety z dziczyzną mam małe doświadczenie, więc nie wiem, które inne części dziczej tuszy też nadają się do krótkiego smażenia, co by mięsko było mięciutkie, a nie do żucia. Z dojrzewaniem świeżego mięsa z dziczyzny też doświadczenia żadnego nie mam i nie podpowiem, co ze świeżym zrobić. Dzika ze zdjęcia zakupiłam w ramach akcji mamine gotowanie w znanym sklepie z biedronką w logo, to opakowanie miało ważność do 29. 10, więc jeszcze macie szansę się załapać.
PS po zapytaniu wujka google okazało się, że Dziki trop, dostawca biedronkowej dziczyzny, to stacjonarny sklep w Warszawie. Jak kto jest ze stolicy, to wcale nie musi pędzić do biedronki, może sobie kupić dzika w sklepie mieszczącym się niedaleko Łazienek. Cieszy mnie to bardzo, bo poza kurkowym dzikiem zrobiłam też gulasz z czerwonym winem (który też na blogu się pojawi) i chętnie poznam ten rodzaj mięsa bliżej.
niedziela, 11 października 2015
Bo dobra kawa nie jest zła, po turecku, z ziarnami kakaowca
Smakowita, aromatyczna kawa na leniwe, weekendowe śniadanie lub popołudnie z książką czy laptopem w fotelu.
Dobra w promieniach październikowego słońca, będzie wręcz niezastąpiona, gdy za oknem nastaną listopadowe śniegi z deszczem.
Moc poprawy humoru i smakowitość zawdzięcza ziarnom kakaowca, zakupionym w stanie surowym, świeżo uprażonym w rondelku tuż przed parzeniem kawy. One są sekretem tego napitku, ale to składnik trudno dostępny, jak ich nie macie, to można dodać łyżkę dobrego, ciemnego kakao. Nie będzie to całkiem to samo, ale spokojnie, nie zniechęcajcie się, z kakao też będzie aromatycznie i smakowicie, i humoropoprawczo.
Potrzeba:
na kubek 350ml
-dwie czubate łyżeczki kawy
-4-5 surowych ziaren kakao lub czubata łyżka kakao
-3 strączki kardamonu, zgniecione w palcach
-kawałek kory cynamonu
-łyżeczka brązowego cukru lub miodu (lub do smaku, jeśli lubicie słodko)
-4 ziarenka czarnego pieprzu, lekko rozgniecione (opcjonalnie)
W małym garnuszku (albo tygielku do kawy jak macie) kładziemy na dno ziarna kakao i prażymy z obu stron na małym gazie, aż zaczną pachnieć gorzką czekoladą (u mnie 3-4 minuty z każdej strony). Kruszymy w palcach, rozpadną się na ziarenka i łupinki. Do garnuszka wrzucamy też resztę składników. Wszystko zalewamy zimną wodą (jako miarki używam ulubionego kubka, tego w którym potem piję kawę, napełniam wodą po sam brzeg), doprowadzamy do wrzenia i po zagotowaniu trzymamy na niewielkim gazie jeszcze 5min. Wyłączamy gaz i odstawiamy na kolejne 5 min., żeby napar odpoczął i fusy opadły na dno. Przelewamy przez sitko do kubka, przelewamy powoli, żeby nie zmącić napitku, co by nam się potem fusy nie plątały w kubku.
Ta kawa najlepiej smakuje czarna, ale jeśli uznajecie tylko zabieloną to pasować tu będzie kapka mleka skondensowanego lub słodkie mleczko z tubki zamiast cukru.
Zasiadamy w fotelu pod miękkim kocykiem i pijemy małymi łyczkami delektując się wspaniałym smakiem i aromatem. Z taką kawą w dłoniach nie straszna jest nawet najpaskudniejsza pogoda za oknem.
Brzmi skomplikowanie, ale w rzeczywistości zaparzenie takiej kawy wcale nie jest trudne.
Czarny pieprz może i brzmi dziwnie, ale wbrew pozorom harmonijnie i smakowicie wtapia się w całość, nie bójcie się go dodać. Sprawi, że kawa będzie jeszcze bardziej rozgrzewająca.
Jeśli słodzicie miodem, to lepiej dodać go do kawy dopiero w kubku, nie gotować, żeby nie zabić jego cennych właściwości.
Z cynamonem nie ma co przesadzać, żeby nie zdominował smaku, dodaję niedużą drzazgę (ta na zdjęciu ma ok. 0,5 cm szerokości i 2 cm długości).
Jeśli macie po wypiciu kawy problemy z zaśnięciem, to nie pijcie tej pod wieczór, bo kakao samo w sobie działa pobudzająco i wzmaga pobudzające działanie kawy.
Dobra w promieniach październikowego słońca, będzie wręcz niezastąpiona, gdy za oknem nastaną listopadowe śniegi z deszczem.
Moc poprawy humoru i smakowitość zawdzięcza ziarnom kakaowca, zakupionym w stanie surowym, świeżo uprażonym w rondelku tuż przed parzeniem kawy. One są sekretem tego napitku, ale to składnik trudno dostępny, jak ich nie macie, to można dodać łyżkę dobrego, ciemnego kakao. Nie będzie to całkiem to samo, ale spokojnie, nie zniechęcajcie się, z kakao też będzie aromatycznie i smakowicie, i humoropoprawczo.
Potrzeba:
na kubek 350ml
-dwie czubate łyżeczki kawy
-4-5 surowych ziaren kakao lub czubata łyżka kakao
-3 strączki kardamonu, zgniecione w palcach
-kawałek kory cynamonu
-łyżeczka brązowego cukru lub miodu (lub do smaku, jeśli lubicie słodko)
-4 ziarenka czarnego pieprzu, lekko rozgniecione (opcjonalnie)
W małym garnuszku (albo tygielku do kawy jak macie) kładziemy na dno ziarna kakao i prażymy z obu stron na małym gazie, aż zaczną pachnieć gorzką czekoladą (u mnie 3-4 minuty z każdej strony). Kruszymy w palcach, rozpadną się na ziarenka i łupinki. Do garnuszka wrzucamy też resztę składników. Wszystko zalewamy zimną wodą (jako miarki używam ulubionego kubka, tego w którym potem piję kawę, napełniam wodą po sam brzeg), doprowadzamy do wrzenia i po zagotowaniu trzymamy na niewielkim gazie jeszcze 5min. Wyłączamy gaz i odstawiamy na kolejne 5 min., żeby napar odpoczął i fusy opadły na dno. Przelewamy przez sitko do kubka, przelewamy powoli, żeby nie zmącić napitku, co by nam się potem fusy nie plątały w kubku.
Ta kawa najlepiej smakuje czarna, ale jeśli uznajecie tylko zabieloną to pasować tu będzie kapka mleka skondensowanego lub słodkie mleczko z tubki zamiast cukru.
Zasiadamy w fotelu pod miękkim kocykiem i pijemy małymi łyczkami delektując się wspaniałym smakiem i aromatem. Z taką kawą w dłoniach nie straszna jest nawet najpaskudniejsza pogoda za oknem.
Brzmi skomplikowanie, ale w rzeczywistości zaparzenie takiej kawy wcale nie jest trudne.
Czarny pieprz może i brzmi dziwnie, ale wbrew pozorom harmonijnie i smakowicie wtapia się w całość, nie bójcie się go dodać. Sprawi, że kawa będzie jeszcze bardziej rozgrzewająca.
Jeśli słodzicie miodem, to lepiej dodać go do kawy dopiero w kubku, nie gotować, żeby nie zabić jego cennych właściwości.
Z cynamonem nie ma co przesadzać, żeby nie zdominował smaku, dodaję niedużą drzazgę (ta na zdjęciu ma ok. 0,5 cm szerokości i 2 cm długości).
Jeśli macie po wypiciu kawy problemy z zaśnięciem, to nie pijcie tej pod wieczór, bo kakao samo w sobie działa pobudzająco i wzmaga pobudzające działanie kawy.
wtorek, 22 września 2015
Konfitura, czarny bez i czerwone wino
Czarnobzowa konfitura, to mój ulubiony owocowy przetwór.
Przepis tradycyjny już był tu, a dziś przedstawiam Wam wersję bardziej wykwintną. Troszkę obawiałam się kombinacji z wersją tradycyjną, ale zupełnie niepotrzebnie, delikatny aromat grzanego wina super się z czarnym bzem komponuje. W przyszłym roku chyba zrobię tylko opcję z winem.
W domu raczej nie schodzą mi truskawkowe dżemy czy inne słodkie słoiki, ale na konfiturę z bzu zawsze znajdą się chętni. Boska jest do mocnej czarnej herbaty czy to po prostu na spodku obok kubka czy to wymieszana z naparem. Pyszna do naleśników lub do położenia na serniku. Wspaniała do świeżej chałki z masłem.
Potrzeba:
-1,5-2 kg owoców czarnego bzu
-butelka półsłodkiego czerwonego wina*
-kilka goździków (ok. 5 szt.) i kawałek kory cynamonu (ok. 3cm)
-szklanka cukru
-sok z jednej cytryny
-z tych proporcji wyszły mi 4 słoiczki 200ml
Na początek czeka nas najgorsza część roboty. Upierdliwe i pracochłonne skubanie. Baldachy trzeba przebrać, żeby oddzielić czarne, dojrzałe owocki od tych zielonych, czerwonych lub zeschłych**. Najwygodniej przeczesać baldachy widelcem omijając owocki niedojrzałe.
Przebrane owoce przepłukać, wsypać do garnka z grubym dnem lub na dużą, porządną patelnię, wsypać cukier, wlać wino, włożyć goździki i cynamon zamknięte w zaparzaczu do herbaty lub, np. obwiązane bawełnianą nitką (chodzi o to, żeby przyprawy łatwo się dało potem wyjąć), dodać sok z cytryny. Zagotować i trzymać na średnim ogniu tak długo, aż z wina zrobi się gęsty syrop. Na początku gotowania czarny bez wcale nie pachnie najsmaczniej, nieprzyjemnie pachnie zielskiem, ale spokojnie, gotowy pachnie pysznie.
Zostawić pod przykryciem do następnego dnia***. Spróbować, ewentualnie dosłodzić lub dodać więcej soku z cytryny. Zagotować i gorące przekładać w wyparzone słoiki, postawiać do góry dnem i zostawić tak, aż do ostygnięcia.
Smakowity i bardzo zdrowy jest też kompot z jabłek z dodatkiem czarnego bzu tu.
Niektórzy polecają przecierać przetwory z bzu przez sitko, żeby pozbyć się chrupiących pestek. Mnie te pestki nie przeszkadzają, powiem więcej, lubię je. Raz przetarłam konfiturę przez sitko i według mnie straciła na tym. Ale co kto lubi, decyzja należy oczywiście do Was.
*Nie musi to być oczywiście wino z górnej półki, ale też i nie najtańszy badziew. Dodajemy takie wino jakie smakuje Wam samo w sobie w kieliszku.
**Cała roślina zawiera trującą sambunigrynę, dlatego nie można zjadać owoców na surowo i odrzuca się niedojrzałe owoce i szypułki. Jednak spokojnie, nie ma się czego bać, po zagotowaniu nic trującego nie zostanie, kilka przeoczonych zielonych jagódek też nam nie zaszkodzi.
***Zagotowuję jeszcze następnego dnia, żeby dobić ewentualne bakterie, których przetrwalniki mogły przeżyć pierwsze gotowanie. Taki jest mój sposób na konserwację przetworów. Oczywiście można przełożyć w słoiczki po pierwszym gotowaniu i zapasteryzować następnego dnia. Prawdopodobnie nie jest to wcale konieczne i wystarczy po prostu nałożyć gorące w słoiczki, ale jak już się człek tyle naskubał, to wolę nie ryzykować ;)
Przepis tradycyjny już był tu, a dziś przedstawiam Wam wersję bardziej wykwintną. Troszkę obawiałam się kombinacji z wersją tradycyjną, ale zupełnie niepotrzebnie, delikatny aromat grzanego wina super się z czarnym bzem komponuje. W przyszłym roku chyba zrobię tylko opcję z winem.
W domu raczej nie schodzą mi truskawkowe dżemy czy inne słodkie słoiki, ale na konfiturę z bzu zawsze znajdą się chętni. Boska jest do mocnej czarnej herbaty czy to po prostu na spodku obok kubka czy to wymieszana z naparem. Pyszna do naleśników lub do położenia na serniku. Wspaniała do świeżej chałki z masłem.
Potrzeba:
-1,5-2 kg owoców czarnego bzu
-butelka półsłodkiego czerwonego wina*
-kilka goździków (ok. 5 szt.) i kawałek kory cynamonu (ok. 3cm)
-szklanka cukru
-sok z jednej cytryny
-z tych proporcji wyszły mi 4 słoiczki 200ml
Przebrane owoce przepłukać, wsypać do garnka z grubym dnem lub na dużą, porządną patelnię, wsypać cukier, wlać wino, włożyć goździki i cynamon zamknięte w zaparzaczu do herbaty lub, np. obwiązane bawełnianą nitką (chodzi o to, żeby przyprawy łatwo się dało potem wyjąć), dodać sok z cytryny. Zagotować i trzymać na średnim ogniu tak długo, aż z wina zrobi się gęsty syrop. Na początku gotowania czarny bez wcale nie pachnie najsmaczniej, nieprzyjemnie pachnie zielskiem, ale spokojnie, gotowy pachnie pysznie.
Zostawić pod przykryciem do następnego dnia***. Spróbować, ewentualnie dosłodzić lub dodać więcej soku z cytryny. Zagotować i gorące przekładać w wyparzone słoiki, postawiać do góry dnem i zostawić tak, aż do ostygnięcia.
Smakowity i bardzo zdrowy jest też kompot z jabłek z dodatkiem czarnego bzu tu.
Niektórzy polecają przecierać przetwory z bzu przez sitko, żeby pozbyć się chrupiących pestek. Mnie te pestki nie przeszkadzają, powiem więcej, lubię je. Raz przetarłam konfiturę przez sitko i według mnie straciła na tym. Ale co kto lubi, decyzja należy oczywiście do Was.
*Nie musi to być oczywiście wino z górnej półki, ale też i nie najtańszy badziew. Dodajemy takie wino jakie smakuje Wam samo w sobie w kieliszku.
**Cała roślina zawiera trującą sambunigrynę, dlatego nie można zjadać owoców na surowo i odrzuca się niedojrzałe owoce i szypułki. Jednak spokojnie, nie ma się czego bać, po zagotowaniu nic trującego nie zostanie, kilka przeoczonych zielonych jagódek też nam nie zaszkodzi.
***Zagotowuję jeszcze następnego dnia, żeby dobić ewentualne bakterie, których przetrwalniki mogły przeżyć pierwsze gotowanie. Taki jest mój sposób na konserwację przetworów. Oczywiście można przełożyć w słoiczki po pierwszym gotowaniu i zapasteryzować następnego dnia. Prawdopodobnie nie jest to wcale konieczne i wystarczy po prostu nałożyć gorące w słoiczki, ale jak już się człek tyle naskubał, to wolę nie ryzykować ;)
środa, 15 lipca 2015
Rybne mielaki, czyli aromatyczne i lekkie kebaby z ryby z kaparami
Rzadko trzymam się przepisów kropka w kropkę, zwykle traktuję je jak pomysł i robię po swojemu.
Jest jednak książka, którą kocham, do której przepisów podchodzę z pokorą i realizuję je bez zmian (lub prawie bez zmian).
Ta książka to "Jerozolima" autorstwa Ottolenghi i Tamimi, a zawarte w niej receptury są genialne i nic nie trzeba w nich zmieniać.
Dziś przedstawiam Wam rybne kebaby z tej książki, lekkie i aromatyczne kotleciki, bez intensywnego rybiego zapachu, idealne na lato; i na upały i podczas chłodniejszych, deszczowych dni.
Danie, które może być obiadem jednocześnie dla malucha i rodziców, bo jest smacznym pomysłem na rybę bez ości.
Potrzeba:
*500g filetów z białej ryby (np. dorsz, mintaj),
*pół pokruszonej czerstwej kajzerki,
*nieduże jajko,
*3 łyżki grubo posiekanych kaparów,
*pół pęczka koperku lub natki,
*2-3 cebulki dymki, posiekane,
*skórka otarta z 1 cytryny
*1-2 łyżki soku z cytryny,
*łyżeczka kuminu (przesiekanego lub utłuczonego w moździerzu),
*1/2 łyżeczki mielonej kurkumy,
*1/2 łyżeczki soli,
*świeżo mielony pieprz
Rybę tniemy na cienkie plasterki, a plasterki siekamy w drobną kostkę, pozbywając się przy okazji ewentualnych ości.
Przekładamy rybkę do miski, dajemy resztę składników i dokładnie wyrabiamy rękami.
Mokrymi dłońmi (żeby masa się nie lepiła do rąk) formujemy niewielkie placuszki lub paluchy (powinno wyjść ok. 12 sztuk), układamy je na talerzu i przykryte folią wkładamy do lodówki na 30 minut (lub kilka godzin, jeśli robimy je rano, a zjeść chcemy na obiad).
Kotleciki smażymy na średnim ogniu, ok. 4-6minut, aż zrumienią się równomiernie.
W książce proponują podać je z sałatką z opalanego bakłażana i kiszoną cytryną, u mnie pożarte zostały z młodymi ziemniaczkami i sałatą z winegretem.
Wybaczcie, że fotka taka biedna, ale dopiero pod koniec obiadu pomyślałam, że warto by te kotleciki sfotografować.
Opcja dla posiadaczy małego dziecia: posiekaną rybę mieszamy w misce najpierw z tymi przyprawami ( i w takiej ilości), które dzieć zje. Formujemy kilka kotlecików dla dziecia, a potem dorzucamy resztę przypraw, mieszamy i robimy kotleciki dla dorosłych (najlepiej jak będą różnić się kształtem). U mnie w wersji dla dziecia pomijam tylko większość cytrynowej skórki, sól i kapary.
Warto zrobić od razu z podwojonej ilości składników i zamrozić (już po usmażeniu). Są świetne jako awaryjny obiad prosto z zamrażarki, bo szybko się rozmrażają.
Jest jednak książka, którą kocham, do której przepisów podchodzę z pokorą i realizuję je bez zmian (lub prawie bez zmian).
Ta książka to "Jerozolima" autorstwa Ottolenghi i Tamimi, a zawarte w niej receptury są genialne i nic nie trzeba w nich zmieniać.
Dziś przedstawiam Wam rybne kebaby z tej książki, lekkie i aromatyczne kotleciki, bez intensywnego rybiego zapachu, idealne na lato; i na upały i podczas chłodniejszych, deszczowych dni.
Danie, które może być obiadem jednocześnie dla malucha i rodziców, bo jest smacznym pomysłem na rybę bez ości.
Potrzeba:
*500g filetów z białej ryby (np. dorsz, mintaj),
*pół pokruszonej czerstwej kajzerki,
*nieduże jajko,
*3 łyżki grubo posiekanych kaparów,
*pół pęczka koperku lub natki,
*2-3 cebulki dymki, posiekane,
*skórka otarta z 1 cytryny
*1-2 łyżki soku z cytryny,
*łyżeczka kuminu (przesiekanego lub utłuczonego w moździerzu),
*1/2 łyżeczki mielonej kurkumy,
*1/2 łyżeczki soli,
*świeżo mielony pieprz
Rybę tniemy na cienkie plasterki, a plasterki siekamy w drobną kostkę, pozbywając się przy okazji ewentualnych ości.
Przekładamy rybkę do miski, dajemy resztę składników i dokładnie wyrabiamy rękami.
Mokrymi dłońmi (żeby masa się nie lepiła do rąk) formujemy niewielkie placuszki lub paluchy (powinno wyjść ok. 12 sztuk), układamy je na talerzu i przykryte folią wkładamy do lodówki na 30 minut (lub kilka godzin, jeśli robimy je rano, a zjeść chcemy na obiad).
Kotleciki smażymy na średnim ogniu, ok. 4-6minut, aż zrumienią się równomiernie.
W książce proponują podać je z sałatką z opalanego bakłażana i kiszoną cytryną, u mnie pożarte zostały z młodymi ziemniaczkami i sałatą z winegretem.
Wybaczcie, że fotka taka biedna, ale dopiero pod koniec obiadu pomyślałam, że warto by te kotleciki sfotografować.
Opcja dla posiadaczy małego dziecia: posiekaną rybę mieszamy w misce najpierw z tymi przyprawami ( i w takiej ilości), które dzieć zje. Formujemy kilka kotlecików dla dziecia, a potem dorzucamy resztę przypraw, mieszamy i robimy kotleciki dla dorosłych (najlepiej jak będą różnić się kształtem). U mnie w wersji dla dziecia pomijam tylko większość cytrynowej skórki, sól i kapary.
Warto zrobić od razu z podwojonej ilości składników i zamrozić (już po usmażeniu). Są świetne jako awaryjny obiad prosto z zamrażarki, bo szybko się rozmrażają.
środa, 10 czerwca 2015
Kwiatowy szprycer na upalne popołudnia
Błękitne niebo, cykanie świerszczy, schłodzone wino i bukiet polnego kwiecia...
Romantycznie to brzmi, prawda?
Mnie jednak do romantyków daleko i kwiatki wolę zjeść niż wetknąć do wazonika ;) Jak spróbujecie tego napitku to i Wam polne kwiecie zacznie kojarzyć się także spożywczo, nie tylko z bukietem.
Napój idealny na upalne popołudnia i wieczory, smakowity i orzeźwiający.
Potrzeba:
-butelka półsłodkiego białego wina,
-kubek (300ml) słodko pachnących kwiatów* (np. koniczyny i robinii, zwanej akacją),
-opcjonalnie dla dodania owocowego posmaku 1-2 truskawki (albo kilka malin, albo pół plastra świeżego ananasa, albo kilka dojrzałych mirabelek),
-woda gazowana lub wino musujące,
-kostki lodu
Kwiaty (i pokrojoną w plastry truskawkę) wrzucamy do dużego dzbanka, zalewamy winem, przykrywamy szczelnie (np. folią spożywczą) i wstawiamy do lodówki, żeby się w winie wymoczyły i oddały mu swój bezcenny smak i aromat. Potrzebować będą co najmniej ze trzech, czterech godzin, ale zdecydowanie najlepiej wstawić je do lodówki dzień wcześniej.
Reszta jest już prosta.
Do szklaneczki lub kieliszka wkładamy kostkę lodu, przez sitko nalewamy wino do 2/3 objętości i uzupełniamy wodą gazowaną (niezbyt mocno schłodzoną, jak będzie zbyt zimna, to nie będzie czuć bąbelków). Jeśli napój planujemy na imprezę i nie chcemy wina rozcieńczać, to zamiast wody gazowanej możemy użyć wina musującego.
Można dać po kilka kwiatków lub płatków do dekoracji.
* Napitek ze zdjęć jest zrobiony głównie na bazie rozkosznie słodko pachnącej koniczyny białej i łąkowej (różowej) oraz kwiatów robinii (potocznie zwanej akacją), ale to nie jedyne kwiaty, których można użyć do kwiatowego szprycera. Możecie mieszać lub trzymać się jednego rodzaju. Pasować będą też płatki dzikiej róży lub piwonii, kwiaty jeżyn lub malin, jaśminu, chabru, wyki, bzu lilaka. Jeśli lubicie jego zapach dajcie rumianek. Teraz już po ptokach, ale na przyszły rok, jakby upały przyszły wcześniej można dać kwiaty jabłoni, pigwowca, wiśni, śliwy, np. mirabelki, fiołka wonnego. To pierwsze gatunki, które przychodzą mi do głowy, ale oczywiście nie jedyne, których można użyć.
W lipcu można użyć kwiaty lipy i/lub wiązówki błotnej.
Kwiatowe ABC:
Romantycznie to brzmi, prawda?
Mnie jednak do romantyków daleko i kwiatki wolę zjeść niż wetknąć do wazonika ;) Jak spróbujecie tego napitku to i Wam polne kwiecie zacznie kojarzyć się także spożywczo, nie tylko z bukietem.
Napój idealny na upalne popołudnia i wieczory, smakowity i orzeźwiający.
Potrzeba:
-butelka półsłodkiego białego wina,
-kubek (300ml) słodko pachnących kwiatów* (np. koniczyny i robinii, zwanej akacją),
-opcjonalnie dla dodania owocowego posmaku 1-2 truskawki (albo kilka malin, albo pół plastra świeżego ananasa, albo kilka dojrzałych mirabelek),
-woda gazowana lub wino musujące,
-kostki lodu
Kwiaty (i pokrojoną w plastry truskawkę) wrzucamy do dużego dzbanka, zalewamy winem, przykrywamy szczelnie (np. folią spożywczą) i wstawiamy do lodówki, żeby się w winie wymoczyły i oddały mu swój bezcenny smak i aromat. Potrzebować będą co najmniej ze trzech, czterech godzin, ale zdecydowanie najlepiej wstawić je do lodówki dzień wcześniej.
Kwiatowe wino z fotki zrobione zostało w półlitrowym kuflu.
Głupi to był pomysł, nie dość, że za mało, to jeszcze bardzo trudno było to przelać.
Reszta jest już prosta.
Do szklaneczki lub kieliszka wkładamy kostkę lodu, przez sitko nalewamy wino do 2/3 objętości i uzupełniamy wodą gazowaną (niezbyt mocno schłodzoną, jak będzie zbyt zimna, to nie będzie czuć bąbelków). Jeśli napój planujemy na imprezę i nie chcemy wina rozcieńczać, to zamiast wody gazowanej możemy użyć wina musującego.
Można dać po kilka kwiatków lub płatków do dekoracji.
* Napitek ze zdjęć jest zrobiony głównie na bazie rozkosznie słodko pachnącej koniczyny białej i łąkowej (różowej) oraz kwiatów robinii (potocznie zwanej akacją), ale to nie jedyne kwiaty, których można użyć do kwiatowego szprycera. Możecie mieszać lub trzymać się jednego rodzaju. Pasować będą też płatki dzikiej róży lub piwonii, kwiaty jeżyn lub malin, jaśminu, chabru, wyki, bzu lilaka. Jeśli lubicie jego zapach dajcie rumianek. Teraz już po ptokach, ale na przyszły rok, jakby upały przyszły wcześniej można dać kwiaty jabłoni, pigwowca, wiśni, śliwy, np. mirabelki, fiołka wonnego. To pierwsze gatunki, które przychodzą mi do głowy, ale oczywiście nie jedyne, których można użyć.
W lipcu można użyć kwiaty lipy i/lub wiązówki błotnej.
Kwiatowe ABC:
- Kwiaty zbieramy w dni słoneczne i bez opadów. Deszcz spłukuje z nich to najcenniejsze, czyli pyłek, poza tym w pochmurną pogodę, nie wygrzane słońcem kwiaty nie są dość aromatyczne.
- Swego czasu bardzo zdziwiło mnie, że większość kwiatów wcale nie jest słodka. Wiele z nich jest kwaśnych (jabłoń, pigwowiec), a nawet pikantnych lub gorzkich. Na ten przykład kwiaty nasturcji, rzodkiewki czy rzeżuchy smakują zdecydowanie obiadowo, nie deserowo i się do szprycera nie nadadzą. Kwiaty czeremchy czy głogu za to wyglądają pięknie, ale jak dla mnie to bardziej śmierdzą niż pachną.
- Uwaga, także na naszych rodzimych łąkach, krzakach i lasach zdarzają się kwiaty mogące zaszkodzić, a nawet trujące, np. piękny i niewinnie wyglądający kąkol lub żółciutki szelężnik. Jeśli nie jesteście pewni co to za kwiat lepiej zostawić go na łące.
sobota, 18 kwietnia 2015
Urodzinki
Dziś zwierzu świętuje szóste urodziny.
Jakby to przeliczyć na lata ludzkie miałby dziś 60tkę.
Przez ostatni rok upływ czasu trochę uwidocznił się w zwierzowym zachowaniu. Już mu się nie chce tak codziennie zwiedzać dokładnie wszystkich kątów.
Więcej czasu spędza leniwie się wylegując, coraz staranniej wybierając przy tym najwygodniejsze miejsca.
W urodzinowym prezencie wyjątkowo pozwoliłam mu dziś zjeść herbatnika.
Z radością też donoszę, że całkiem dogadał się z kotem. Cieszyć się z jego obecności, to już chyba raczej nie zacznie, ale ustalili między sobą co kotu wolno, a czego nie. Kot niechętnie przyjął do wiadomości, że Ziomek nie zamierza się z nim bawić, ani teraz, ani nigdy i obecność Momo już zupełnie Ziomka nie stresuje. Ostatnio uszak nawet łaskawie pozwolił kotu położyć się obok na ciepłych kafelkach pod kominkiem.
Jakby to przeliczyć na lata ludzkie miałby dziś 60tkę.
Przez ostatni rok upływ czasu trochę uwidocznił się w zwierzowym zachowaniu. Już mu się nie chce tak codziennie zwiedzać dokładnie wszystkich kątów.
Więcej czasu spędza leniwie się wylegując, coraz staranniej wybierając przy tym najwygodniejsze miejsca.
W urodzinowym prezencie wyjątkowo pozwoliłam mu dziś zjeść herbatnika.
Z radością też donoszę, że całkiem dogadał się z kotem. Cieszyć się z jego obecności, to już chyba raczej nie zacznie, ale ustalili między sobą co kotu wolno, a czego nie. Kot niechętnie przyjął do wiadomości, że Ziomek nie zamierza się z nim bawić, ani teraz, ani nigdy i obecność Momo już zupełnie Ziomka nie stresuje. Ostatnio uszak nawet łaskawie pozwolił kotu położyć się obok na ciepłych kafelkach pod kominkiem.
piątek, 17 kwietnia 2015
Kartoflanka z arabską nutą
Niech Was nie zwiedzie bury wygląd, zupa jest smakowita, sycąca i bardzo aromatyczna.
Jeśli tylko macie blender żyrafę, to polecam taki obiadek szczególnie w czas dziwnej tegorocznej wiosny, kiedy kolory już się pojawiają i słońce też już jest, ale ciągle zimno.
Można robić ją w wielu wersjach smakowych, zamiast kolendry i kuminu może być, np. potężna łycha majeranku i trochę wędzonej papryki albo curry.
Zupa ta jest obok pomidorowej ulubioną zupą mojego 1,5 rocznego dziecia.*
Potrzeba :
(z tych proporcji wychodzi obiad na 2 dni dla 2 dorosłych i dziecia)
-ok.1kg ziemniaków
-dwie spore pietruszki, dwie marchewki, duża cebula, duży por (biała i jasnozielona część), nieduży seler (albo pół jeśli nie lubicie), 3-5 ząbków czosnku (my lubimy dużo, więc daję 5)
-3 czubate łyżki masła
- sól, pieprz, niecała łyżeczka suszonego tymianku, ziarna kuminu (nie kminku!) i kolendry, chilli, liść laurowy i 2 suszone liście limonki kaffir (które spokojnie można pominąć, ale bardzo polecam sobie takie zakupić), ewentualnie chlust maggi
-opcjonalnie 5-6 strączków okry lub szklanka zielonego groszku albo garść strączków fasolki szparagowej
-do podania aromatyczny żółty ser, zielone (szałwia, szczypiorek lub pietruszka), mogą być też posiekane orzechy włoskie, ewentualnie kawałki wędzonego kurczaka lub podsmażony boczek jeśli koniecznie chcecie z mięsem
Pół cebuli, pietruszki, marchew, por, seler i ziemniaki kroimy na mniejsze kawałki i gotujemy. Ja robię to w parowarze (30-35min) i bardzo Wam taką opcję polecam, bo warzywa będą bardziej aromatyczne. Jeśli nie macie parowaru, to żadna przeszkoda oczywiście, zalewamy warzywa niewielką ilością wody (tak tylko żeby je przykryła) i gotujemy, aż ziemniaki zmiękną.
W czasie gdy warzywa się gotują łyżkę ziaren kolendry (jeśli bardzo lubicie, jak my, to ta łyżka może być kopiata) i 1-2 łyżeczki kuminu rozcieramy w moździerzu (nie na pyłek, ot tak żeby się pokruszyły). Ziarna podprażamy chwilę (ze 4 minutki) na suchej patelni, żeby wydobyć aromat i przesypujemy z powrotem do moździerza.
Na tej samej patelni roztapiamy 2 łyżki masła. Pół cebuli kroimy w cienkie plasterki i dusimy na masełku, pod koniec dodając zgniecione ząbki czosnku (nie dajemy czosnku od razu, żeby się nie przypalił). Zestawiamy patelnię z ognia.
Warzywa z parowaru przekładamy do garnka i dolewamy 1-1,5l zimnej wody (a jeśli gotowaliśmy je w garnku, to czekamy, aż trochę przestygną) i blendujemy na w miarę gładki krem (mnie grudki nie przeszkadzają, ale jeśli jesteście perfekcjonistami to możecie przetrzeć zupę przez sitko). Powinien wyjść gęsty, czasem bardzo gęsty krem.
Teraz dorzucamy przyprawy, zawartość patelni razem z tłuszczem, pozostałą łyżkę masła i pokrojoną na plasterki okrę albo mrożony groszek (jeśli jest z puszki lepiej wrzucić na koniec, już po zdjęciu gara z ognia), albo pokrojoną na ok. 1cm kawałki fasolkę.
Jeśli trzeba mieszając dolewamy jeszcze wodę, aż do uzyskania pożądanej konsystencji.
Wstawiamy na gaz i gotujemy, często mieszając, jeszcze 10-15min. od momentu zawrzenia. Zielone warzywa nie powinny się rozgotować, żeby było coś na ząb w gładkiej zupie.
Po rozlaniu na talerze posypujemy jakimś ostrzejszym żółtym serem, posiekanym zielonym i ewentualnie orzechami (ale akurat do zdjęcia nie miałam w szafce).
*Jeśli i Wy macie małego człowieka, to dodając przyprawy nie wrzucamy z resztą soli i chilli, a pieprzu tylko część. Kiedy zupa jest gotowa odlewamy do małego garnka część dla dziecka i dopiero potem dodajemy sól, chilli i resztę pieprzu, i mieszamy dokładnie. Dzieciowi oczywiście też można posypać serem i zieleniną jeśli lubi.
Jeśli tylko macie blender żyrafę, to polecam taki obiadek szczególnie w czas dziwnej tegorocznej wiosny, kiedy kolory już się pojawiają i słońce też już jest, ale ciągle zimno.
Można robić ją w wielu wersjach smakowych, zamiast kolendry i kuminu może być, np. potężna łycha majeranku i trochę wędzonej papryki albo curry.
Zupa ta jest obok pomidorowej ulubioną zupą mojego 1,5 rocznego dziecia.*
Potrzeba :
(z tych proporcji wychodzi obiad na 2 dni dla 2 dorosłych i dziecia)
-ok.1kg ziemniaków
-dwie spore pietruszki, dwie marchewki, duża cebula, duży por (biała i jasnozielona część), nieduży seler (albo pół jeśli nie lubicie), 3-5 ząbków czosnku (my lubimy dużo, więc daję 5)
-3 czubate łyżki masła
- sól, pieprz, niecała łyżeczka suszonego tymianku, ziarna kuminu (nie kminku!) i kolendry, chilli, liść laurowy i 2 suszone liście limonki kaffir (które spokojnie można pominąć, ale bardzo polecam sobie takie zakupić), ewentualnie chlust maggi
-opcjonalnie 5-6 strączków okry lub szklanka zielonego groszku albo garść strączków fasolki szparagowej
-do podania aromatyczny żółty ser, zielone (szałwia, szczypiorek lub pietruszka), mogą być też posiekane orzechy włoskie, ewentualnie kawałki wędzonego kurczaka lub podsmażony boczek jeśli koniecznie chcecie z mięsem
Pół cebuli, pietruszki, marchew, por, seler i ziemniaki kroimy na mniejsze kawałki i gotujemy. Ja robię to w parowarze (30-35min) i bardzo Wam taką opcję polecam, bo warzywa będą bardziej aromatyczne. Jeśli nie macie parowaru, to żadna przeszkoda oczywiście, zalewamy warzywa niewielką ilością wody (tak tylko żeby je przykryła) i gotujemy, aż ziemniaki zmiękną.
W czasie gdy warzywa się gotują łyżkę ziaren kolendry (jeśli bardzo lubicie, jak my, to ta łyżka może być kopiata) i 1-2 łyżeczki kuminu rozcieramy w moździerzu (nie na pyłek, ot tak żeby się pokruszyły). Ziarna podprażamy chwilę (ze 4 minutki) na suchej patelni, żeby wydobyć aromat i przesypujemy z powrotem do moździerza.
Na tej samej patelni roztapiamy 2 łyżki masła. Pół cebuli kroimy w cienkie plasterki i dusimy na masełku, pod koniec dodając zgniecione ząbki czosnku (nie dajemy czosnku od razu, żeby się nie przypalił). Zestawiamy patelnię z ognia.
Warzywa z parowaru przekładamy do garnka i dolewamy 1-1,5l zimnej wody (a jeśli gotowaliśmy je w garnku, to czekamy, aż trochę przestygną) i blendujemy na w miarę gładki krem (mnie grudki nie przeszkadzają, ale jeśli jesteście perfekcjonistami to możecie przetrzeć zupę przez sitko). Powinien wyjść gęsty, czasem bardzo gęsty krem.
Teraz dorzucamy przyprawy, zawartość patelni razem z tłuszczem, pozostałą łyżkę masła i pokrojoną na plasterki okrę albo mrożony groszek (jeśli jest z puszki lepiej wrzucić na koniec, już po zdjęciu gara z ognia), albo pokrojoną na ok. 1cm kawałki fasolkę.
Jeśli trzeba mieszając dolewamy jeszcze wodę, aż do uzyskania pożądanej konsystencji.
Wstawiamy na gaz i gotujemy, często mieszając, jeszcze 10-15min. od momentu zawrzenia. Zielone warzywa nie powinny się rozgotować, żeby było coś na ząb w gładkiej zupie.
Po rozlaniu na talerze posypujemy jakimś ostrzejszym żółtym serem, posiekanym zielonym i ewentualnie orzechami (ale akurat do zdjęcia nie miałam w szafce).
*Jeśli i Wy macie małego człowieka, to dodając przyprawy nie wrzucamy z resztą soli i chilli, a pieprzu tylko część. Kiedy zupa jest gotowa odlewamy do małego garnka część dla dziecka i dopiero potem dodajemy sól, chilli i resztę pieprzu, i mieszamy dokładnie. Dzieciowi oczywiście też można posypać serem i zieleniną jeśli lubi.
piątek, 27 marca 2015
Ciastka z jabłkiem, całkiem lub prawie bezcukrowe
Słodkie U królika to rzadkość, bo za deserami jakoś specjalnie nie przepadam. Za jedzeniem to jeszcze jako tako, ale za robieniem to już w ogóle.
Te ciastka jednak zadomowiły się w mojej kuchni na stałe. Nie są wykwintne ani odkrywcze, przed teściową czy gośćmi się nimi nie popiszecie. Są za to bardzo smakowite i zupełnie niekłopotliwe do zrobienia. To nie tylko kalorie, ale i wartościowa przegryzka czy podwieczorek dla dziecka.
Za jednym pieczeniem otrzymujemy wersję posypaną cukrem dla dorosłych i wersję bez cukru dla dziecia małego i wszystkich tych, co uważają cukier za białą śmierć.
Ogromnym plusem tego przepisu jest jego wspaniała plastyczność.
Potrzeba:
*mąka pszenna, masło, mielony twaróg (w równych ilościach, np. po 200g)
*cynamon (albo kardamon, albo tarta skórka pomarańczowa, albo gałka muszkatołowa, co kto woli)
*słodkie jabłka (albo gruszki, albo brzoskwinie, albo śliwki, albo ananas, albo inne owoce do nadziania)
*opcjonalnie cukier puder (lub gruby kryształ)
*opcjonalnie miód
Jabłka kroimy w ósemki (można nie obierać, ciastka będą bardziej aromatyczne, ale będzie za to skórka do pogryzienia). Mąkę, miękkie, ogrzane masło i twaróg zagniatamy na nielepiące się do rąk ciasto (jak za bardzo się lepi, to podsypujemy jeszcze odrobiną mąki). Jeśli mamy niezbyt słodkie jabłka, to do ciasta warto dodać łyżkę czy dwie miodu. Cienko rozwałkowujemy (na grubość ok. 3mm) i wykrawamy kółka jak na pierogi . Z proporcji po 200g masła, mąki i twarogu wyjdzie ok. 20 sporych ciastek. Na każdym kółku układamy kawałek jabłka, prószymy cynamonem i składamy jak pieróg, ale nie zlepiamy brzegów. Układamy ciastka na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Pieczemy do zrumienienia w 180 stopniach (czyli 10-15 min w zależności od użytych mąk i właściwości piekarnika, u mnie 10 min na termoobiegu). Po upieczeniu posypujemy cukrem pudrem (lub posypujemy grubym cukrem przed pieczeniem).
I już.
Smacznego.
Wariacje:
*Mąka może być tylko biała (całość będzie delikatniejsza i słodsza) albo z dodatkami. Możemy dodać pełnoziarnistą pszenną, żytnią, orkiszową, owsianą albo mąkę ryżową, kukurydzianą, ciecierzycową, amarantusową, kasztanową, orzechową... co Wam wyobraźnia podpowie.
Ja lubię z dodatkiem żytniej pełnoziarnistej i kilkoma łyżkami zmielonych orzechów włoskich. Z razową mąką spód może być trochę wilgotnawy od soku z owoców. Razowych mąk używam zamiast 1/3 ilości białej, amarantusowej czy orzechów kilka łyżek.
*Twaróg może być gładki, np. twaróg mielony do serników, wtedy będziemy mieć delikatne ciastka albo można rozdrobnić widelcem zwykły twaróg z kostki (dość dokładnie, żeby ciasto się zlepiło, ale z grudkami) i wtedy będziemy mieć rustykalne ciastka z grudkami sera (to też smakuje dobrze).
*Zamiast jabłek mogą być gruszki (np. posypane kardamonem), półplastry świeżego ananasa (np. oprószone gałką muszkatołową albo startą skórką pomarańczową ze szczyptą mielonych goździków), śliwki (np. oprószone cynamonem), itp., itd.
*Jeśli owoce są bardzo soczyste warto oprószyć je mąką ryżową lub cukrem pudrem, wtedy nie rozmoczą tak spodu.
Pomysł autorstwa Weroniki Kl zaczerpnięty z facebook'owej grupy BLW przepisy ze zdrowymi recepturami dla dzieci i dorosłych.
Te ciastka jednak zadomowiły się w mojej kuchni na stałe. Nie są wykwintne ani odkrywcze, przed teściową czy gośćmi się nimi nie popiszecie. Są za to bardzo smakowite i zupełnie niekłopotliwe do zrobienia. To nie tylko kalorie, ale i wartościowa przegryzka czy podwieczorek dla dziecka.
Za jednym pieczeniem otrzymujemy wersję posypaną cukrem dla dorosłych i wersję bez cukru dla dziecia małego i wszystkich tych, co uważają cukier za białą śmierć.
Ogromnym plusem tego przepisu jest jego wspaniała plastyczność.
Potrzeba:
*mąka pszenna, masło, mielony twaróg (w równych ilościach, np. po 200g)
*cynamon (albo kardamon, albo tarta skórka pomarańczowa, albo gałka muszkatołowa, co kto woli)
*słodkie jabłka (albo gruszki, albo brzoskwinie, albo śliwki, albo ananas, albo inne owoce do nadziania)
*opcjonalnie cukier puder (lub gruby kryształ)
*opcjonalnie miód
Jabłka kroimy w ósemki (można nie obierać, ciastka będą bardziej aromatyczne, ale będzie za to skórka do pogryzienia). Mąkę, miękkie, ogrzane masło i twaróg zagniatamy na nielepiące się do rąk ciasto (jak za bardzo się lepi, to podsypujemy jeszcze odrobiną mąki). Jeśli mamy niezbyt słodkie jabłka, to do ciasta warto dodać łyżkę czy dwie miodu. Cienko rozwałkowujemy (na grubość ok. 3mm) i wykrawamy kółka jak na pierogi . Z proporcji po 200g masła, mąki i twarogu wyjdzie ok. 20 sporych ciastek. Na każdym kółku układamy kawałek jabłka, prószymy cynamonem i składamy jak pieróg, ale nie zlepiamy brzegów. Układamy ciastka na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Pieczemy do zrumienienia w 180 stopniach (czyli 10-15 min w zależności od użytych mąk i właściwości piekarnika, u mnie 10 min na termoobiegu). Po upieczeniu posypujemy cukrem pudrem (lub posypujemy grubym cukrem przed pieczeniem).
I już.
Smacznego.
Wariacje:
*Mąka może być tylko biała (całość będzie delikatniejsza i słodsza) albo z dodatkami. Możemy dodać pełnoziarnistą pszenną, żytnią, orkiszową, owsianą albo mąkę ryżową, kukurydzianą, ciecierzycową, amarantusową, kasztanową, orzechową... co Wam wyobraźnia podpowie.
Ja lubię z dodatkiem żytniej pełnoziarnistej i kilkoma łyżkami zmielonych orzechów włoskich. Z razową mąką spód może być trochę wilgotnawy od soku z owoców. Razowych mąk używam zamiast 1/3 ilości białej, amarantusowej czy orzechów kilka łyżek.
*Twaróg może być gładki, np. twaróg mielony do serników, wtedy będziemy mieć delikatne ciastka albo można rozdrobnić widelcem zwykły twaróg z kostki (dość dokładnie, żeby ciasto się zlepiło, ale z grudkami) i wtedy będziemy mieć rustykalne ciastka z grudkami sera (to też smakuje dobrze).
*Zamiast jabłek mogą być gruszki (np. posypane kardamonem), półplastry świeżego ananasa (np. oprószone gałką muszkatołową albo startą skórką pomarańczową ze szczyptą mielonych goździków), śliwki (np. oprószone cynamonem), itp., itd.
*Jeśli owoce są bardzo soczyste warto oprószyć je mąką ryżową lub cukrem pudrem, wtedy nie rozmoczą tak spodu.
Pomysł autorstwa Weroniki Kl zaczerpnięty z facebook'owej grupy BLW przepisy ze zdrowymi recepturami dla dzieci i dorosłych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
