.

.

wtorek, 4 października 2011

Wypalanie, czyli wokowe ABC

Wszystkie informacje zawarte w tym wpisie są kompilacją tego co znalazłam w necie, głównie na You Tube. To było moje pierwsze spotkanie nie tylko z wypalaniem, ale i z wokiem. Wyrocznią w tym temacie wpis nie jest, ale postarałam się, aby informacje były jak najsensowniejsze, choćby po to, żeby mieć dobrze przygotowanego woka.
Wypalenie jest konieczne w przypadku tradycyjnego woka ze stali węglowej. Chodzi o to, by wnętrze woka pokryło się warstewką węgla. Ta warstwa jest czarna, gładka, błyszcząca i zapobiega przywieraniu smażonych potraw.
Nowy wok trzeba porządnie umyć płynem do mycia naczyń, żeby pozbyć się resztek smaru potrzebnego przy produkcji (a dokładnie podczas ręcznego kucia młotkiem, dzięki ręcznemu wyklepywaniu stal ma gęstszą strukturę niż przy zwykłym wytłoczeniu okrągłego kształtu). Osuszony wok trzeba potraktować ostrym druciakiem albo drobniutkim papierem ściernym (ja użyłam papieru). Po pierwsze trzeba wyszlifować miejsca gdzie pojawiła się rdza, a po drugie we wnętrzu patelni należy zrobić dużo mikrorysek, żeby węglowa warstewka miała się czego trzymać. Opłukujemy opiłki, wycieramy do sucha papierowym ręcznikiem.
Teraz przenosimy się na dwór. Potrzebny będzie jakiś palnik, np. taka przenośna, turystyczna kuchenka gazowa, papierowe ręczniki i olej do smażenia. W necie spotkałam się z opinią, że można zamknąć drzwi od kuchni, szeroko otworzyć okno i wypalać w domu. Absolutnie nie polecam. Dymu z palonego oleju są całe chmury, w kuchni natychmiast zrobiłoby się ciemno i dusząco, a smród spalonego oleju zostałby w całym mieszkaniu na przynajmniej dwa miesiące... Mieszkam w bloku, ale mam szczęście posiadać wyrozumiałych teściów z ogródkiem. Mam nadzieję, że sąsiedzi nie mieli pretensji, bo zadymiłam też dwie sąsiednie działki.
Ale, do rzeczy. Smarujemy wnętrze woka olejem i stawiamy na gaz. Pod wpływem temperatury i palącego się oleju powierzchnia woka czernieje w tym miejscu gdzie ma styczność z ogniem. Przesuwamy wok nad palnikiem i od czasu do czasu przesmarowujemy nasączonym w oleju ręcznikiem, aż całe wnętrze zrobi się czarne i błyszczące. Efekt wypalania dobrze widać po różnicy w wyglądzie stali w środku i na rączce woka.
Mój wok ma jedną jaśniejszą plamę, tam nie chciał całkiem zczernieć, nie mam pojęcia czemu.
Wypalonego woka nie wolno myć płynem do mycia naczyń ani niczym ostrym, żeby nie zniszczyć węglowej warstewki. Po pierwszym użyciu (poprzedni wpis z kalafiorem w roli głównej, klik ) umyłam wok wypłukaną gąbką do zmywania i dorobiłam się starcia fragmentu czarnej warstwy (tak w okolicach środka na zdjęciu). Dziś robiłam drugą partię kalafiora i po smażeniu opłukałam patelnię gorącą wodą i wytarłam do sucha papierowym ręcznikiem, i tak właśnie będę czyścić woka.
Taka stal węglowa bardzo szybko rdzewieje, więc woka trzeba od razu wycierać do sucha. Jeśli rdza pojawi się na zewnętrznej stronie trzeba ją po prostu zetrzeć. Jak zardzewieje środek, np. po dłuższym nieużywaniu, należy zrobić restart woka, czyli jeszcze raz go wypalić.

PS dopisek z września 2015. Od momentu zrobienia tego wpisu wypaliłam z rodziną i znajomymi jeszcze 3 woki, które w chwili obecnej nadal nam wiernie służą. Z uwag wynikających z większego doświadczenia dodam, że im mocniejsze źródło ognia do wypalenia tym lepiej. Woka wypalonego na kuchence turystycznej przez pierwszy rok trzeba było co 3-4 miesiące dodatkowo przepalać, bo czarna lśniąca warstewka miała tendencję do znikania, a kiedy ona znikała, to potrawy przywierały do powierzchni woka. Dodatkowe przepalanie obejmowało przetarcie papierem ściernym szwankujących kawałków i ponowne wypalenie ich z olejem. Po roku użytkowania wok się ogarnął i działa bez zarzutu do tej pory.
Wok wypalony na palniku do woków o dużej mocy oraz drugi wypalony palnikiem do papy (takim używanym do kładzenia papy na dachach) sprawował się od początku dobrze i nie potrzebował poprawek.
Wok nie lubi samotności, im częściej i dłużej użytkowany wok, tym lepiej się sprawuje jego czarna, lśniąca warstewka :)
Woki nienawidzą płynu do mycia naczyń, płuczemy je gorącą wodą i wycieramy do sucha papierowym ręcznikiem. Jeden z woków został umyty tradycyjnie przez pewną nieświadomą, nadgorliwą kobietę i musiał zostać wypalony jeszcze raz.

poniedziałek, 3 października 2011

Pierwsze WOKowanie (kalafior)

Jakoś ze cztery miesiące temu kupiłam sobie woka. Takiego tradycyjnego, klepanego ręcznie ze stali węglowej, trochę przyrdzewiałego, pachnącego jeszcze smarem potrzebnym przy okładaniu go młotkiem podczas produkcji. Zanim można używać trzeba go wypalić, niestety. Dlatego pierwsza próba wypadła parę miesięcy po kupnie. Ale o wypalaniu kiedyś później. Najpierw pierwsza potrawa z woka. Na razie niezbyt egzotyczna, bardzo prosta, smaczna, jeszcze na oleju rzepakowym. Z wokiem i innymi olejami dopiero będę eksperymentować i nabierać doświadczenia, i już się na to cieszę. Wystarczyło zrobić zwykły kalafior i wiem, że warto było poświęcić czas na wypalanie.
Potrzeba:
*pół średniego kalafiora
*małą cebulę pokrojoną w grube półkrążki
*drobno pokrojony kawałek żółtej lub zielonej papryki (ale nie czerwonej, ma zbyt intensywny smak do takiego zestawienia) i posiekany grubo czosnek (3-4 ząbki, ale ja jestem czosnkofilna, więc ewentualnie może być mniej)
*pokrojony w cienkie paski świeży szpinak (kilka liści) i posiekana dymka (jedna lub dwie sztuki)
*przyprawa 5 smaków, płatki chilli, sól
 

Rozgrzać w woku olej. Smażyć należy cały czas mieszając na ostrym ogniu. Wrzucić cebulę, podsmażyć, dodać kalafior, podsmażyć. Wsypać łyżeczkę (nie pełną) 5 smaków, szczyptę płatków chilli i szczyptę soli, przesmażyć. Dodać paprykę z czosnkiem, przesmażyć. Zgasić gaz i wmieszać w całość szpinak z dymką.
Te wszystkie "przesmażyć" w woku dzieją się błyskawicznie, wszystkie składniki, pokrojone, trzeba mieć przygotowane wcześniej. Całe smażenie trwało tak z 5-7 minut.



Dziś taki kalafior był śniadaniem z kromką chleba, może być też "jarzynką" do klasycznego obiadu.
Nie znoszę rozgotowanych warzyw, tu bardzo spodobała mi się konsystencja kalafiorka, chrupki, ale nie surowy, super.
Teraz niestety muszę zebrać się do pracy, a jak wrócę to napiszę coś o woka wypalaniu.

piątek, 30 września 2011

post drugi konfitra z czarnego bzu

Tak wyszło przypadkiem (bo mam akurat pełną dokumentację fotograficzną :) , że post drugi to też przetwór owocowy. Przepis wzięty z bloga Bea w kuchni (klik) . Robiłam pierwszy raz w życiu coś z czarnego bzu, wyszło naprawdę pysznie, choć skubanie jagódek wymagało trochę cierpliwości. Po "odpadach poprodukcyjnych" z pigwówki następna pyszna rzecz do herbaty albo gofrów czy naleśników.
Potrzeba:
*oczyszczone owoce czarnego bzu (tylko te dojrzałe, ciemno granatowe. Niedojrzałe, czerwone albo zielone są trochę trujące... w ogóle czarny bez bez obróbki termicznej niestety nie jest zdrowy i nie wolno go jeść na surowo)
*cukier
*sok z cytryny
*proporcje: 1 kg owoców czarnego bzu, ok. 400-500 g cukru, sok z 1/2 cytryny

Owoce umyć, osuszyć, włożyć do garnka z grubym dnem, dolać troszkę wody, cukier oraz połowę soku z cytryny. Zagotować i gotować na wolnym ogniu, mieszając od czasu do czasu. Na początku gotowania całość dość dziwnie pachnie, takim zielskiem, trochę jak ziemniaczane łęty. Przyznam, że mnie to zaniepokoiło, bo zapach był mało smakowity, ale w trakcie obróbki termicznej znika i ostatecznie w konfiturze nie ma go ani śladu. Mniej więcej w połowie gotowania dodać resztę soku z cytryny i gotować do otrzymania "odpowiedniej konsystencji". Przełożyć do wyparzonych słoików.


Jeśli chodzi o "odpowiednią konsystencję" to póki konfitura jest gorąca trudno ocenić ostateczną gęstość. Chciałam uzyskać dość rzadką konfiturę typowo do herbaty, taką trochę jak płynny miód. Podczas gotowania zdawało mi się, że konfitura cały czas jest płynna... ale kiedy ostygła okazała się gęsta jak dżem. Czyli trzeba wziąć poprawkę, że stygnąc tężeje :) Mimo drobnej pomyłki w konsystencji jest pyszna.


Dopisek z września 2015. Cztery lata później, sypię o wiele mniej cukru. Mniej słodka teraz smakuje mi bardziej. W tym roku na 2kg owocków wrzuciłam cukru 1 szklankę z górką (ok. 300g). Ci z Was, kochani czytelnicy, którzy nie jesteście bardzo słodkolubni na początek wrzućcie 1/4 cukru i spróbujcie pod koniec gotowania, wtedy sobie dosłodzicie albo nie. Oczywiście w przypadku konfitury mało słodkiej warto użyć mniejszych słoiczków, bo taki przetwór ma krótszą trwałość po otwarciu słoiczka niż wysoko słodzony.

pierwszy post czyli pigwówka na zdrowie i dobry początek

No to... ten no... post pierwszy...
Na dobrą wróżbę niech pierwsza będzie nalewka. I to nie byle jaka, pyszna i pięknie pachnąca, z owoców jesiennych, bardzo aromatycznych i żółciutkich jak odchodzące letnie słońce. Przepis dostałam od Cioci Iwonki, której będę za niego wdzięczna do końca życia : )

Do nalewki potrzeba:
*owoce pigwowca japońskiego (to nie to samo co pigwy, są małe, kwaśne, bardzo aromatyczne, żółciutkie, najlepsze do nalewek, ale zupełnie nie do konfitur, roślina to popularny "krzak" ogrodowy)
*cukier
*ulubiona wódka
*ilość zależy od tego ile owoców pigwowca uda nam się nazbierać i na ile krojenia będziemy mieć cierpliwość ;)


Owoce myjemy i kroimy w ćwiartki wydłubując pestki ze środka (i te co twardsze fragmenty łupinki ze środka jeśli chcemy owocki później zjeść, a wierzcie mi, że chcecie. nie trzeba wykrawać całej łupinki, tylko te twardsze fragmenty przy szypułce i piętce). Układamy w słoikach co kilka warstw przesypując cukrem. Wierzch zasypujemy cukrem tak, żeby zwartą warstwą przykrył owoce. Czekamy około dwóch dni, aż owocki (które wydają się całkiem suche z początku) puszczą sok. Sok przecedzamy przez sitko i mieszamy z wódką:
-1/3 soku i 2/3 wódki, pigwówka będzie mocno słodka, bardzo aromatyczna i niezbyt mocna, pyszna podana z kawałkiem sernika lub lodami;
-1/4 soku i 3/4 wódki, pigwówka aromatyczna, bogatsza w procenty, ostrzejsza w smaku, ale nadal deserowa.
Ja robię z drugiej proporcji, ostrzejszą.
Do każdej butelki w celach ozdobnych dorzucam kilka kawałków owocków.
Teraz trzeba już "tylko" poczekać, aż całość się przegryzie. Po dwóch miesiącach można delektować się smakiem, ale im dłużej poczekamy tym będzie lepsza : )
Jak już poczekamy, spróbujemy i okaże się, że wyszło za słodkie, można dolać jeszcze trochę wódki (lub spirytusu) i ... znów odstawić do przegryzienia.


Bardzo aromatyczne i smakowite odpady poprodukcyjne:
Na zimny późnojesienny i zimowy czas są "resztki poprodukcyjne". Pyszna jest mocna czarna herbata zaparzona z łyżeczką pigwowców w syropie. Smacznie jest dorzucić je do śmietankowego budyniu, sernika albo do piwa zamiast soku, można też użyć do świątecznego piernika. Odcedzone z soku pigwowce wysypać cienką warstwą na patelnię, podlać niewielką ilością wody, posypać po wierzchu cukrem i zagotować na dużym ogniu. Kiedy woda z cukrem stanie się dość gęstym syropem przełożyć do wyparzonych słoiczków, zakręcić mocno, postawić do góry dnem do ostygnięcia.
Smacznego