Niby nic, ot kanapka, teoretycznie nie ma o czym pisać.
Ale jaka dobra ta kanapka.
Jak nie będziecie mieli pomysłu na kolację, to proszę. Już macie pomysł :)
Potrzeba:
-świeżutka, mięciutka ciabatta,
-masło,
-żurawina lub borówki jak do mięsa,
-kilka listków świeżej melisy,
-aromatyczny, długodojrzewający żółty ser
Jak zrobić kanapkę, to chyba nie muszę pisać :)
Jeśli konieczniemy chcemy jakieś mięso, to pasować będzie szynka szwarcwaldzka lub podsmażone na chrupko cienutkie plasterki wędzonego boczku/bekonu. Jeśli ktoś nie jest fanem ostrych żółtych serów można dać wędzony oscypek.
PS nie pomijajcie melisy, bez niej to już nie będzie to samo.
.
czwartek, 22 maja 2014
wtorek, 20 maja 2014
Ziemniaki pieczone, z piecyka, a jak ogniskowe
Bardzo smakowite.
Nie jest to jednak przepis na ziemniaki w ich zwykłej obiadowej roli, czyli jako dodatku do mięsa. To ziemniaki grające pierwsze skrzypce, są bardzo sycące, a ich smak i aromat będzie dominował na talerzu. Stanowią bazę obiadu i na mięso nie będzie już miejsca.
Podejmy je z surówką, sałatą czy warzywami (polecam ze szparagami, fasolką szparagową lub brokułami), do tego może być jajko na twardo/miękko/sadzone albo zsiadłe mleko/kefir/maślanka.
Nieźle będzie też tak: na talerzu same ziemniaki, a obok kubek chłodnikopodobny, czyli kubek z kefirem/maślanką/zsiadłym mlekiem wymieszanym z posiekaną drobno ulubioną zieleniną (szczypiorki, natki, koperki, rzodkiewki, ogórki, botwinki, kiełki, pomidory, itp., itd.) oraz odrobiną soli i pieprzu.
Smakowity, pełnowartościowy i sycący obiadek, nie tylko na piątek.
Potrzeba (na 2 osoby):
-8-10 niedużych ziemniaków,
-5 łyżek mąki żytniej (chlebowej nie razowej),
-czubata łyżka wędzonej słodkiej papryki (jak nie macie to trudno, bez niej ziemniaki będą mniej ogniskowe, ale nadal pyszne),
-nieczubata łyżka soli
Na talerz wysypujemy mąkę i przyprawy, mieszamy.
Ziemniaki myjemy dokładnie, większe kroimy na pół. Staramy się wybrać bulwy z ładną, cienką skórką i wtedy ich nie obieramy. Mokre ziemniaki dokładnie, grubą warstwą obtaczamy w mące z przyprawami. Układamy pojedynczą warstwą w żaroodpornym naczyniu albo na papierze do pieczenia.
Pieczemy w 200 stopniach ok. 50-60 min. (u mnie zwykle to 1 godz. 15 min., ale ja na razie piekę w gazowym piecku kuchenki starszej ode mnie :). Długość pieczenia zależy od wielkości ziemniaków i rodzaju piekarnika, kartofelki wyciągamy kiedy będą miękkie w środku.
Przyznam, że za pierwszym razem nie byłam pewna co z tego wyjdzie. Czy ziemniaki pieczone bez oliwy, bez przykrycia będą się nadawać do zjedzenia i nie wyschną na wiórek. W połowie pieczenia ziemniaki były nadal całkiem twarde i zastanawiałam się czy w ogóle zmiękną przez najbliższe 2 godziny. Po godzinie dało się przebić widelcem skorupkę, w środku były już miękkie, ale twarda skórka na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądała na jadalną.
Wszystkie te obawy okazały się bezpodstawne, chrupiąca skorupka jest pyszna i kryje w sobie mięciutkie, aromatyczne wnętrze. Zupełnie inny smak niż kartofel gotowany.
Na początku popełniłam takie pieczone w mące ziemniaki z tego przepisu, stąd mąka żytnia zamiast pszennej, dodaje ziemniakom boskiego zapachu świeżo pieczonego żytniego chleba. Niedawno natknęłam się na ten przepis i ukradłam dodatek wędzonej papryki, co pysznie podkręciło smak i nadało pyrkom posmaku jesiennego ogniska.
Nie jest to jednak przepis na ziemniaki w ich zwykłej obiadowej roli, czyli jako dodatku do mięsa. To ziemniaki grające pierwsze skrzypce, są bardzo sycące, a ich smak i aromat będzie dominował na talerzu. Stanowią bazę obiadu i na mięso nie będzie już miejsca.
Podejmy je z surówką, sałatą czy warzywami (polecam ze szparagami, fasolką szparagową lub brokułami), do tego może być jajko na twardo/miękko/sadzone albo zsiadłe mleko/kefir/maślanka.
Nieźle będzie też tak: na talerzu same ziemniaki, a obok kubek chłodnikopodobny, czyli kubek z kefirem/maślanką/zsiadłym mlekiem wymieszanym z posiekaną drobno ulubioną zieleniną (szczypiorki, natki, koperki, rzodkiewki, ogórki, botwinki, kiełki, pomidory, itp., itd.) oraz odrobiną soli i pieprzu.
Smakowity, pełnowartościowy i sycący obiadek, nie tylko na piątek.
Potrzeba (na 2 osoby):
-8-10 niedużych ziemniaków,
-5 łyżek mąki żytniej (chlebowej nie razowej),
-czubata łyżka wędzonej słodkiej papryki (jak nie macie to trudno, bez niej ziemniaki będą mniej ogniskowe, ale nadal pyszne),
-nieczubata łyżka soli
Na talerz wysypujemy mąkę i przyprawy, mieszamy.
Ziemniaki myjemy dokładnie, większe kroimy na pół. Staramy się wybrać bulwy z ładną, cienką skórką i wtedy ich nie obieramy. Mokre ziemniaki dokładnie, grubą warstwą obtaczamy w mące z przyprawami. Układamy pojedynczą warstwą w żaroodpornym naczyniu albo na papierze do pieczenia.
Pieczemy w 200 stopniach ok. 50-60 min. (u mnie zwykle to 1 godz. 15 min., ale ja na razie piekę w gazowym piecku kuchenki starszej ode mnie :). Długość pieczenia zależy od wielkości ziemniaków i rodzaju piekarnika, kartofelki wyciągamy kiedy będą miękkie w środku.
Przyznam, że za pierwszym razem nie byłam pewna co z tego wyjdzie. Czy ziemniaki pieczone bez oliwy, bez przykrycia będą się nadawać do zjedzenia i nie wyschną na wiórek. W połowie pieczenia ziemniaki były nadal całkiem twarde i zastanawiałam się czy w ogóle zmiękną przez najbliższe 2 godziny. Po godzinie dało się przebić widelcem skorupkę, w środku były już miękkie, ale twarda skórka na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądała na jadalną.
Wszystkie te obawy okazały się bezpodstawne, chrupiąca skorupka jest pyszna i kryje w sobie mięciutkie, aromatyczne wnętrze. Zupełnie inny smak niż kartofel gotowany.
Na początku popełniłam takie pieczone w mące ziemniaki z tego przepisu, stąd mąka żytnia zamiast pszennej, dodaje ziemniakom boskiego zapachu świeżo pieczonego żytniego chleba. Niedawno natknęłam się na ten przepis i ukradłam dodatek wędzonej papryki, co pysznie podkręciło smak i nadało pyrkom posmaku jesiennego ogniska.
wtorek, 6 maja 2014
Żółto i mniszkowo, kwiatki mniszka w cieście
Zanudzałam linkami do postów z tego bloga znajomych na fejsie, a teraz czas, żeby pojawił się blogu. To na pewno nie ostatni wpis inspirowany alchemicznymi, magicznymi wręcz recepturami z Herbiness. Mam w planach wypróbowanie wielu z nich, a że królikowi Ziomkowi szykuje się wyprowadzka za około dwa miesiące z warszawskich bloków na podwarszawską wiochę, to zyskam swobodny dostęp do zielsków. Wtedy popuszczę wodze kulinarnej chwastowej wyobraźni. Na mojej przyszłej własnej wiosce wystarczy, że z nożyczkami w ręku wyjdę na podwórko i już pełno pysznego zielska mam pod ręką.
Na ten przykład żółciutkie, słoneczne mniszki.
Te zasłoikowane, to z moich przyszłych włości. Natomiast kwiatki w cieście pochodzą z ogródka teściów i smażone były gościnnie w kuchni teściowej (bo na moich przyszłych włościach kuchni jeszcze nie ma).
Smażone mniszki w cieście naleśnikowym są bardzo, bardzo, bardzo smaczne (przepis będący moją inspiracją tu).
Potrzeba:
-mąka pszenna,
-jajko,
-200ml mleka,
-szczypta soli, 2 łyżki miodu, 3 łyżki maku, pół łyżeczki startej skórki z cytryny,
-kwiatki mniszka
Do miski wbijamy jajko, wlewamy mleko i przyprawy (czwarta gwiazdka listy składników), i energicznie rozkłócamy widelcem, co by się wszystko dobrze wymieszało. Do masy dodajemy po trochu mąkę, cały czas mieszając, aż całość będzie miała konsystencję gęstej śmietany.
Kwiatki mniszka (bez łodyżek) wytrząsamy z ewentualnych mieszkańców (albo jak musimy płuczemy w misce z wodą, ale namawiam do odwagi i nie mycia, bo myjąc kwiatki pozbywamy się cennego kwiatowego pyłku, który nie tylko jest aromatyczny, ale też i zdrowy). Wrzucamy do ciasta, mieszamy.
Smażymy na lekko natłuszczonej patelni grube naleśniki. Dodatek miodu sprawia, że łatwo się przypalają, więc trzeba ich pilnować.
Ilość kwiatków jest dość dowolna, u mnie było ok. 10 sztuk na naleśnik, ale smaczniej by było jakby dać ich ze dwa razy więcej. Żółciutkie kwiatki nadają naleśnikom kwiatowy, lekko gorzkawy, ale i słodki jednocześnie posmak. Z ciastem doprawionym miodem, skórką z cytryny, makiem i miodem komponują się wybornie.
Bardziej malowniczo będą wyglądać kwiatki pojedynczo smażone, kwiatek na łodyżce maczamy w cieście i kładziemy na patelni, smażymy z obu stron. Pierwszą partię mniszków ambitnie tak właśnie usmażyłam, ale więcej pojedynczo ich smażyć nie będę (no chyba, że akurat będę miała potrzbę, żeby było ładniej na talerzu :). Takie kwiatki w cieście wyglądają ślicznie, ale są bardziej pracochłonne, a efekt smakowy jest podobny, dlatego resztę po prostu wmieszałam do ciasta (bez łodyżek, krótko je ucięłam przy kwiatku). Smakują wtedy równie dobrze, a smażenie jest o wiele łatwiejsze i łatwiej je zjeść.
To jest pyszne :) Polecam.
A na swoich przyszłych włościach nazbierałam 371g kwiatków, czyli kilka słusznych garści, okazało się to wcale nie trudne i niezbyt czasochłonne, bo mniszki lubią rosnąć stadami.
Z tych kwiatków nastawiłam ocet mniszkowy i słoik syropu mniszkowego (ocet mniszkowy u Herbiness). Jak samkuje napiszę późnię, jak się dowiem co z tego wyszło. Syrop mniszkowy (ten najmniejszy słoik) już po dobie pachnie pysznie, ale spróbuję go dopiero za tydzień, bo tyle powinien się macerować. Z octem to dłuższe ćwiczenie cierpliwości, bo na efekty trzeba poczekać 3 tygodnie.
Uszaty potwór oczywiście też wtrynił swoje trzy grosze w produkcję mniszkowych przysmaków. Zwierzu uwielbia mlecze, a takie ich nagromadzenie w kuchni musiało mu pachnieć niezwykle kusząco. Puchata bestia nie dała mi spokoju w kuchni, póki nie dałam mu słusznej porcji kwiatków, które błyskawicznie zniknęły w wąsatej mordce.
niedziela, 20 kwietnia 2014
piątek, 18 kwietnia 2014
Urodzinki królika
Dziś świętujemy 5 urodziny potwora puchatego.
Ziomek zaczyna szósty rok swojego żywota i choć u królików oznacza to, że powoli zaczyna wkraczać w wiek królika seniora, to zwierzu energii nadal ma mnóstwo, bryka i psoci. Zdaje się, że będzie wesołym i żwawym panem po 50-tce :)
Pan i pani królika mają nadzieję, że będzie na tyle dzielny, zdrowy i żywotny, co by Maleństwo miało okazję go zapamiętać, a nie znać tylko ze wspólnych fotografii.
Rodzinka życzy uszakowi wiele zdrowia, a pancia z tej okazji postarała się o prezent, czyli sporą gałąź lipy z dużą ilością świeżutkich, zieloych listków i paczkę suszonych płatków kwiatów.
Ziomek zaczyna szósty rok swojego żywota i choć u królików oznacza to, że powoli zaczyna wkraczać w wiek królika seniora, to zwierzu energii nadal ma mnóstwo, bryka i psoci. Zdaje się, że będzie wesołym i żwawym panem po 50-tce :)
Pan i pani królika mają nadzieję, że będzie na tyle dzielny, zdrowy i żywotny, co by Maleństwo miało okazję go zapamiętać, a nie znać tylko ze wspólnych fotografii.
Rodzinka życzy uszakowi wiele zdrowia, a pancia z tej okazji postarała się o prezent, czyli sporą gałąź lipy z dużą ilością świeżutkich, zieloych listków i paczkę suszonych płatków kwiatów.
czwartek, 17 kwietnia 2014
Młoda kapustka, mniej tradycyjnie, z białym winem
Miałam zrobić tradycyjną młodą kaputkę (tu), ale na stole w kuchni stało wytrawne białe wino, czekając, aż użyję go do zrobienia marynowanego czosnku (czosnek nastawiony, ale to mój pierwszy raz i dopiero zobaczę co z tego wyjdzie).
Stało tak sobie i pomyślałam, że tradycyjną wersję kapustki zrobię kiedy indziej, a dziś czas na eksperymenty.
Bardzo pysznie wyszło.
Potrzeba:
- niewielka główka młodej kapusty (0,8 - 1 kg),
- duża cebula i 3-6 sporych ząbków czosnku (zależy jak czosnkowo lubicie, ja dałam 6),
- duży pęczek koperku i pół pęczka natki pietruszki,
- 300 ml białego wytrawnego wina
- sól, pieprz, łyżka curry*, chlust maggi,
- czubata łycha masła i oliwa do smażenia
Kapustę szatkujemy (ja lubię w większych kawałkach, ale wy kroicie jak chcecie), cebulę kroimy w półplasterki, czosnek niezbyt drobno siekamy. Wszystko partiami podsmażamy na patelni, kolejne podsmażone partie wrzucamy do gara, do którego wcześniej wlaliśmy wino z rozmieszanymi w nim przyprawami. Lekkie skarmelizowanie brzegów niektórych kawałków kapusty czy cebuli tylko podkręci smak. Listki natki i koperku kroimy grubiej, łodyżki drobno, dorzucamy, porządnie mieszamy całą zawartość gara.
Na wierzch kładziemy łychę masła i włączmy gaz.
Dusimy na wolnym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż do pożądanej miękkości kapusty (ja wolę taką jeszcze lekko chrupką, al dente).
Podajemy z tłuczonymi ziemniakami i jajkiem sadzonym albo ziemniakami i mięskiem, lub z łososiem, albo tak jak ja dziś na śniadanie po prostu z pieczywem.
*z dotychczas przetestowanych najbardziej lubię curry kamisa, ale oczywiście dodajecie to, które lubicie najbardziej
Stało tak sobie i pomyślałam, że tradycyjną wersję kapustki zrobię kiedy indziej, a dziś czas na eksperymenty.
Bardzo pysznie wyszło.
Potrzeba:
- niewielka główka młodej kapusty (0,8 - 1 kg),
- duża cebula i 3-6 sporych ząbków czosnku (zależy jak czosnkowo lubicie, ja dałam 6),
- duży pęczek koperku i pół pęczka natki pietruszki,
- 300 ml białego wytrawnego wina
- sól, pieprz, łyżka curry*, chlust maggi,
- czubata łycha masła i oliwa do smażenia
Kapustę szatkujemy (ja lubię w większych kawałkach, ale wy kroicie jak chcecie), cebulę kroimy w półplasterki, czosnek niezbyt drobno siekamy. Wszystko partiami podsmażamy na patelni, kolejne podsmażone partie wrzucamy do gara, do którego wcześniej wlaliśmy wino z rozmieszanymi w nim przyprawami. Lekkie skarmelizowanie brzegów niektórych kawałków kapusty czy cebuli tylko podkręci smak. Listki natki i koperku kroimy grubiej, łodyżki drobno, dorzucamy, porządnie mieszamy całą zawartość gara.
Na wierzch kładziemy łychę masła i włączmy gaz.
Dusimy na wolnym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż do pożądanej miękkości kapusty (ja wolę taką jeszcze lekko chrupką, al dente).
Podajemy z tłuczonymi ziemniakami i jajkiem sadzonym albo ziemniakami i mięskiem, lub z łososiem, albo tak jak ja dziś na śniadanie po prostu z pieczywem.
*z dotychczas przetestowanych najbardziej lubię curry kamisa, ale oczywiście dodajecie to, które lubicie najbardziej
sobota, 12 kwietnia 2014
Zupa z liści, rzodkiewkowo-sałatowa
Lubię bardzo liście rzodkiewek, ale rzadko wykorzystuję je w kuchni. Raz, że zwykle są zżółkłe i brzydkie, dwa, że większość jest pędzona nawozami i liście zawierają mnóstwo azotanów i azotynów (jak zresztą większość tych najwcześniejszych nowalijek).
Tym razem jednak trafił mi się ładny i wielki pęczek ze świeżutkimi, zielonymi liśćmi, aż szkoda było wyrzucić; a że trochę azotanów raz na jakiś czas nie zabija, to zapraszam Was na smakowitą zupę z liści.
Niby niewiele składników, ot zupa, taki tam zielony krem, ale jest pyszna, a dzięki ziemniakom jest bardzo pożywna i spokojnie wystarczy na sycący obiad.
Potrzeba (na obiad dla 2 os.):
-duży pęczek rzodkiewek z ładnymi liśćmi,
-nieduża główka sałaty rzymskiej lub masłowej,
-nieduża cebula i 4 ząbki czosnku,
-8-10 średnich ziemniaków,
-bulion warzywny lub woda i opakowanie zupki typu gorący kubek (np. serowa, brokułowa, jarzynowa lub krem z kury),
-sól, pieprz, szczypta ziół prowansalskich,
-masło,
-kiełki rzodkiewki, listki bazylii, rzodkiewki, liście sałaty i grzanki do podania
Bulionem lub wodą (ok. 750 ml) zalewamy drobno pokrojone ziemniaki i gotujemy do miękkości. Na maśle (2 łyżki) szklimy cebulę i czosnek, i wraz z masłem z patelni dodajemy do ziemniaków pod koniec gotowania. Wrzucamy liście z pęczka rzodkiewek razem z łodyżkami i większość sałaty (zostawiamy te najmłodsze listki ze środka) i jak troszkę zmiękną (mają się tylko zblanszować, a nie ugotować) wyłączmy gaz. Jeśli użyliśmy wody, a nie bulionu, to teraz dorzucamy do garnka saszetkę zupki typu gorący kubek i mieszamy (najlepszy będzie krem brokułowy lub jarzynowy, fajnie też smakuje serowa, ale ma intensywny smak i będzie mocno wyczuwalna w smaku).
Zostawiamy żeby trochę przestygło (chyba że macie blender, który daje radę i w gorącym) i miksujemy na krem, jeśli jest zbyt gęste dodajemy trochę wody lub bulionu.
Do kremu dodajemy zioła, pieprz i sól do smaku. Całość stawiamy na gaz, często mieszając doprowadzamy do wrzenia i gotujemy kilka minut.
Rozlewamy na talerze i wrzucamy na środek 2-3 posiekane rzodkiewki, trochę kiełków, pocięty w drobne paseczki liść sałaty i liść lub dwa bazylii, wokół posypujemy grzaneczkami (u mnie kupne, ziołowe).
Smacznego zielonego.
A kiedyś będę mieć ogródek i własne rzodkiewki, wtedy ich liście znacznie częściej będę zajadać w sałatkach i zupach. Wtedy dostaną się też Ziomkowi, bardzo je lubi, ale kupnych nie dostaje, bo króliki są znacznie bardziej wrażliwe na szkodliwą chemię w jedzeniu niż ludzie.
Zupka inspirowana przepisem z ulotki sklepowej tu.
Tym razem jednak trafił mi się ładny i wielki pęczek ze świeżutkimi, zielonymi liśćmi, aż szkoda było wyrzucić; a że trochę azotanów raz na jakiś czas nie zabija, to zapraszam Was na smakowitą zupę z liści.
Niby niewiele składników, ot zupa, taki tam zielony krem, ale jest pyszna, a dzięki ziemniakom jest bardzo pożywna i spokojnie wystarczy na sycący obiad.
Potrzeba (na obiad dla 2 os.):
-duży pęczek rzodkiewek z ładnymi liśćmi,
-nieduża główka sałaty rzymskiej lub masłowej,
-nieduża cebula i 4 ząbki czosnku,
-8-10 średnich ziemniaków,
-bulion warzywny lub woda i opakowanie zupki typu gorący kubek (np. serowa, brokułowa, jarzynowa lub krem z kury),
-sól, pieprz, szczypta ziół prowansalskich,
-masło,
-kiełki rzodkiewki, listki bazylii, rzodkiewki, liście sałaty i grzanki do podania
Bulionem lub wodą (ok. 750 ml) zalewamy drobno pokrojone ziemniaki i gotujemy do miękkości. Na maśle (2 łyżki) szklimy cebulę i czosnek, i wraz z masłem z patelni dodajemy do ziemniaków pod koniec gotowania. Wrzucamy liście z pęczka rzodkiewek razem z łodyżkami i większość sałaty (zostawiamy te najmłodsze listki ze środka) i jak troszkę zmiękną (mają się tylko zblanszować, a nie ugotować) wyłączmy gaz. Jeśli użyliśmy wody, a nie bulionu, to teraz dorzucamy do garnka saszetkę zupki typu gorący kubek i mieszamy (najlepszy będzie krem brokułowy lub jarzynowy, fajnie też smakuje serowa, ale ma intensywny smak i będzie mocno wyczuwalna w smaku).
Zostawiamy żeby trochę przestygło (chyba że macie blender, który daje radę i w gorącym) i miksujemy na krem, jeśli jest zbyt gęste dodajemy trochę wody lub bulionu.
Do kremu dodajemy zioła, pieprz i sól do smaku. Całość stawiamy na gaz, często mieszając doprowadzamy do wrzenia i gotujemy kilka minut.
Rozlewamy na talerze i wrzucamy na środek 2-3 posiekane rzodkiewki, trochę kiełków, pocięty w drobne paseczki liść sałaty i liść lub dwa bazylii, wokół posypujemy grzaneczkami (u mnie kupne, ziołowe).
Smacznego zielonego.
A kiedyś będę mieć ogródek i własne rzodkiewki, wtedy ich liście znacznie częściej będę zajadać w sałatkach i zupach. Wtedy dostaną się też Ziomkowi, bardzo je lubi, ale kupnych nie dostaje, bo króliki są znacznie bardziej wrażliwe na szkodliwą chemię w jedzeniu niż ludzie.
Zupka inspirowana przepisem z ulotki sklepowej tu.
wtorek, 1 kwietnia 2014
Bakłażanowe spaghetti niby bolognese
Jakoś tak wyszło, że znalazłam w lodówce bakłażana, który zapodział się tam i prosił się o szybkie zjedzenie. Został więc szybko zjedzony w sosie do spaghetti. Nie chciało mi się kombinować, więc zrobiłam sos jak bolognese tylko zamiast mielonego wystąpił bakłażan.
Nie wiem czemu nie wpadłam na to wcześniej. Może po prostu o najprostsze pomysły najtrudniej, a do tej pory nie miałam zmęczonego życiem, samotnego bakłażana w prawie pustej lodówce.
Nie to, że nie lubię klasycznego sosu z mielonym mięskiem, ale bakłażany ubóstwiam i jakby mi życie dało do wyboru nigdy już nie zjeść spaghetti z mielonym albo z bakłażanem, to na przyszłość śmiało wybieram bakłażany.
Warzywo- czy mięsożrecy spróbujcie oberżynowego spaghetti. To jest pyszne.
Potrzeba (na 2 głodne osoby):
-średni bakłażan,
-puszka krojonych pomidorów i 2-3 łyżki koncentratu pomidorowego,
-niewielka cebula i 2-6 ząbków czosnku (w zależności od tego jak bardzo czosnkolubni jesteście, my jesteśmy bardzo, więc daję 6 i robię bardzo czosnkowe spaghetti),
-oregano, sól, pieprz, szczypta chilli (jeśli lubicie)
-parmezan lub pecorino oraz posiekana świeża bazylia
-świeżo ugotowany w osolonej wodzie (ale koniecznie nierozgotowany) makaron spaghetti (warto rozejrzeć się i wybrać ten, co ma w składzie 100% pszenicy durum, będzie lepszy niż udawacze niestuprocentowi)
Piękny, lśniący, o głęboko fioletowej barwie owoc oberżyny (czy ja już kiedyś wspominałam, że kocham bakłażany?) kroimy na plastry ok. 1 cm grubości. Na blacie kładziemy papierowy ręcznik, solimy go obficie i układamy plastry bakłażana, pruszymy porządnie solą z wierzchu i przykrywamy drugim papierowym ręcznikiem, dociskając go do powierzchni plastrów. Zostawiamy w spokoju na około 20 minut.
Cebulę siekamy niezbyt drobno, a czosnek dość drobno.
Plastry bakłażana dociskając wycieramy suchym papierowym ręcznikiem i potem mokre od słonego i gorzkiego soku papiery wyrzucamy. Połowę siekamy bardzo drobno, drugą połowę kroimy grubiej (gotowy sos będzie miał wtedy o wiele ciekawszą konsystencję).
Wstawiamy wodę na makaron, a na drugim palniku na dużej patelni przesmażamy na oliwie do smażenia z łyżką masła cebulę i czosnek. Potem dodajemy partiami bakłażana i przesmażamy. Dodajemy przyprawy i zalewamy pomidorami z puszki wymieszanymi z koncentratem, dusimy ok. 20 min. aż bakłażan zmięknie, a sos trochę odparuje.
Na talerz nakładamy spaghetti, sos i posypujemy z wierzchu startym serem i posiekanymi liśćmi bazylii.
Smacznego.
Fotki gotowego dania na razie nie będzie, bo jestem jełopa i zostawiłam mój aparat foto u teściowej prawie dwa tygodnie temu. Na razie macie więc zdjęcie bakłażana z mojego fotkowego archiwum,a jak już odzyskam aparat, to zrobię bakłażonowy sos ponownie i pokażę jak pysznie i czerwono się prezentuje.
PS z dn. 25.04
Dziś też było na obiad takie bakłażanowe niby bolognese. Pyszne i tym razem sfotografowane. Tym razem nie miałam bazylii, posypałam natką pietruszki, też smacznie, ale z bazylią lepiej.
Nie wiem czemu nie wpadłam na to wcześniej. Może po prostu o najprostsze pomysły najtrudniej, a do tej pory nie miałam zmęczonego życiem, samotnego bakłażana w prawie pustej lodówce.
Nie to, że nie lubię klasycznego sosu z mielonym mięskiem, ale bakłażany ubóstwiam i jakby mi życie dało do wyboru nigdy już nie zjeść spaghetti z mielonym albo z bakłażanem, to na przyszłość śmiało wybieram bakłażany.
Warzywo- czy mięsożrecy spróbujcie oberżynowego spaghetti. To jest pyszne.
Potrzeba (na 2 głodne osoby):
-średni bakłażan,
-puszka krojonych pomidorów i 2-3 łyżki koncentratu pomidorowego,
-niewielka cebula i 2-6 ząbków czosnku (w zależności od tego jak bardzo czosnkolubni jesteście, my jesteśmy bardzo, więc daję 6 i robię bardzo czosnkowe spaghetti),
-oregano, sól, pieprz, szczypta chilli (jeśli lubicie)
-parmezan lub pecorino oraz posiekana świeża bazylia
-świeżo ugotowany w osolonej wodzie (ale koniecznie nierozgotowany) makaron spaghetti (warto rozejrzeć się i wybrać ten, co ma w składzie 100% pszenicy durum, będzie lepszy niż udawacze niestuprocentowi)
Piękny, lśniący, o głęboko fioletowej barwie owoc oberżyny (czy ja już kiedyś wspominałam, że kocham bakłażany?) kroimy na plastry ok. 1 cm grubości. Na blacie kładziemy papierowy ręcznik, solimy go obficie i układamy plastry bakłażana, pruszymy porządnie solą z wierzchu i przykrywamy drugim papierowym ręcznikiem, dociskając go do powierzchni plastrów. Zostawiamy w spokoju na około 20 minut.
Cebulę siekamy niezbyt drobno, a czosnek dość drobno.
Plastry bakłażana dociskając wycieramy suchym papierowym ręcznikiem i potem mokre od słonego i gorzkiego soku papiery wyrzucamy. Połowę siekamy bardzo drobno, drugą połowę kroimy grubiej (gotowy sos będzie miał wtedy o wiele ciekawszą konsystencję).
Wstawiamy wodę na makaron, a na drugim palniku na dużej patelni przesmażamy na oliwie do smażenia z łyżką masła cebulę i czosnek. Potem dodajemy partiami bakłażana i przesmażamy. Dodajemy przyprawy i zalewamy pomidorami z puszki wymieszanymi z koncentratem, dusimy ok. 20 min. aż bakłażan zmięknie, a sos trochę odparuje.
Na talerz nakładamy spaghetti, sos i posypujemy z wierzchu startym serem i posiekanymi liśćmi bazylii.
Smacznego.
Fotki gotowego dania na razie nie będzie, bo jestem jełopa i zostawiłam mój aparat foto u teściowej prawie dwa tygodnie temu. Na razie macie więc zdjęcie bakłażana z mojego fotkowego archiwum,a jak już odzyskam aparat, to zrobię bakłażonowy sos ponownie i pokażę jak pysznie i czerwono się prezentuje.
PS z dn. 25.04
Dziś też było na obiad takie bakłażanowe niby bolognese. Pyszne i tym razem sfotografowane. Tym razem nie miałam bazylii, posypałam natką pietruszki, też smacznie, ale z bazylią lepiej.
wtorek, 25 marca 2014
Potrawa bardzo romantyczna, czyli duszone kurze serduszka
Duszone kurze serduszka to miał być romantyczny wpis walentynkowy, ale jakoś akurat 14 lutego czasu ani weny na pisanie nie miałam.
Taki gulasz to jednak potrawa nie tylko romantyczna, ale też pyszna i bardzo tania, i nawet zdrowa (bo serca są mięsem chudym i w żelazo bogatym). Dlatego, mimo że durne walentynki dawno minęły, to na romantyczny garnek pełen serduszek zawsze jest czas.
Potrzeba:
-butelka jasnego piwa,
-1kg kurzych serduszek,
-2 cebule,
-4-8 ząbków czosnku (ilość zależy od tego jak bardzo jesteście czosnkolubni, ja lubię dużo),
-kilka gałązek świeżego tymianku i z 10 igiełek świeżego rozmarynu (albo pół łyżeczki roztartego w palcach suszonego tymianku i szczypta suszonego rozmarynu),
-łyżka majeranku, liść laurowy, 2-4 kulki ziela angielskiego, sól, pieprz, ew. chlust maggi,
-masło,
-niepełna łyżka mąki ziemniaczanej do zagęszczenia sosu
Na początek jedyna wada tej potrawy, trzeba się troszkę napracować. Po umyciu serc pod bieżącą wodą ostrym nożem pracowicie ścinamy wystające z wierzchu żyłę i tętnicę oraz przerosty tłuszczu z każdego serduszka (ale to mięsko tak tanie i smaczne, że się opłaca poświęcić mu trochę czasu).
Na patelni rozgrzewamy oliwę do smażenia lub olej i partiami przesmażamy na ostrym ogniu serca, tak żeby się zrumieniły. Wrzucamy do garnka z grubym dnem. Na tą samą patelnię dodajemy troszkę świeżej oliwy i rumienimy cebulę, dodajemy do gara. Wrzucamy przyprawy, zioła i pokrojony w plasterki czosnek. Zalewamy piwem, jeśli piwa jest za mało uzupełniamy wodą, tak żeby płyn prawie zakrywał serca, dodajemy czubatą łyżkę masła.
Dusimy pod przykryciem na wolnym ogniu ok. półtorej godziny, czasem mieszając. Pod koniec gotowania rozrabiamy mąkę ziemniaczaną w ćwiartce szklanki zimnej wody, po czym powoli dodajemy do garnka intensywnie mieszając, żeby zagęścić sos.
Podajemy ze świeżo tłuczonymi z masłem ziemniakami lub kaszą gryczaną i surówką czy warzywami.
Taki gulasz to jednak potrawa nie tylko romantyczna, ale też pyszna i bardzo tania, i nawet zdrowa (bo serca są mięsem chudym i w żelazo bogatym). Dlatego, mimo że durne walentynki dawno minęły, to na romantyczny garnek pełen serduszek zawsze jest czas.
Potrzeba:
-butelka jasnego piwa,
-1kg kurzych serduszek,
-2 cebule,
-4-8 ząbków czosnku (ilość zależy od tego jak bardzo jesteście czosnkolubni, ja lubię dużo),
-kilka gałązek świeżego tymianku i z 10 igiełek świeżego rozmarynu (albo pół łyżeczki roztartego w palcach suszonego tymianku i szczypta suszonego rozmarynu),
-łyżka majeranku, liść laurowy, 2-4 kulki ziela angielskiego, sól, pieprz, ew. chlust maggi,
-masło,
-niepełna łyżka mąki ziemniaczanej do zagęszczenia sosu
Na początek jedyna wada tej potrawy, trzeba się troszkę napracować. Po umyciu serc pod bieżącą wodą ostrym nożem pracowicie ścinamy wystające z wierzchu żyłę i tętnicę oraz przerosty tłuszczu z każdego serduszka (ale to mięsko tak tanie i smaczne, że się opłaca poświęcić mu trochę czasu).
Na patelni rozgrzewamy oliwę do smażenia lub olej i partiami przesmażamy na ostrym ogniu serca, tak żeby się zrumieniły. Wrzucamy do garnka z grubym dnem. Na tą samą patelnię dodajemy troszkę świeżej oliwy i rumienimy cebulę, dodajemy do gara. Wrzucamy przyprawy, zioła i pokrojony w plasterki czosnek. Zalewamy piwem, jeśli piwa jest za mało uzupełniamy wodą, tak żeby płyn prawie zakrywał serca, dodajemy czubatą łyżkę masła.
Dusimy pod przykryciem na wolnym ogniu ok. półtorej godziny, czasem mieszając. Pod koniec gotowania rozrabiamy mąkę ziemniaczaną w ćwiartce szklanki zimnej wody, po czym powoli dodajemy do garnka intensywnie mieszając, żeby zagęścić sos.
Podajemy ze świeżo tłuczonymi z masłem ziemniakami lub kaszą gryczaną i surówką czy warzywami.
wtorek, 18 marca 2014
Owocowy wege bigos
Efekt bardzo smakowity i aromatyczny, kwaśny i słodkawy jednocześnie, z wyczuwalną nutką śliwek i miodu. Właściwie to wyszedł mi lepszy niż niejeden tradycyjny bigos z mięsem.
Trzeba go zrobić dzień wcześniej, żeby zdążył się przegryźć, bo zaraz po ugotowaniu nie jest taki dobry.
Ilość składników jest podana na wielki gar, tak żeby było na dwa obiady odrazu i jeszcze do zamrożenia (na fotce jest w litrowym kubełku, gotowy do wrzucenia do zamrażalnika).
Potrzeba:
-1,5 kg kapusty kiszonej,
-3 cebule,
-6 dużych ząbków czosnku,
-2 jabłka (takie raczej słodkie),
-2 gruszki,
-paczka (200g) suszonych śliwek*,
-duża garść suszonych grzybów,
-puszka krojonych pomidorów,
-1-3 łyżki ciemnego miodu, gryczanego lub spadziowego,
-1-2 łyżki wędzonej słodkiej papryki, 7 liści laurowych, łyżka ziarenek ziela angielskiego, łyżka jagód jałowca, łyżka majeranku, łyżeczka mielonego kminku, łyżka świeżo zmielonego czarnego pieprzu, ewentualnie sól lub chlust maggi (ale prawdopodobnie wystarczy słoność kapusty i nie trzeba dodawać soli),
-opcjonalnie orzeszki piniowe do podania
Grzyby zalewamy wrzątkiem, odstawiamy. Kapustę wrzucamy do gara z grubym dnem (sok spod kapusty na wszelki wypadek zostawiamy, gdyby w trakcie gotowania okazało się, że bigos jest za mało kwaśny). Gruszki i jabłka kroimy w niezbyt drobną kostkę (jeśli nie mają woskowanej skórki, to nie obieramy), śliwki siekamy, czosnek kroimy w plasterki i ładujemy do gara razem z puszką pomidorów.
Cebule kroimy w półplasterki i przesmażamy na maśle, dobrze jeśli część cebuli mocno się zrumieni i dodajemy do garnka razem z masłem.
Grzyby lądują w garze razem z wodą w której się moczyły, jeśli są w zbyt dużych kawałkach to można je przesiekać.
Dodajemy przyprawy (poza miodem), mieszmay dokładnie i wstawiamy na gaz. Gotujemy 1,5-2 godziny na małym ogniu, mieszając od czasu do czasu. Pod koniec gotowania dodajemy miód, po łyżce, do smaku w zależności od kwaśnościa kapusty.
Pożeramy z pieczywaem lub świeżo tłuczonymi ziemniakami.
Smacznie będzie jeśli tuż przed podaniem posypiemy porcję bigosu podprażonymi na suchej patelni orzeszkami piniowymi. Nie za dużo, bo są bardzo aromatyczne.
Bigos inspirowany tym przepisem. Zmodyfikowany, bo nie miałam chęci na nic mięsnego, a do tego w taką pogodę nie chciało mi się iść na zakupy po brakujęce składniki.
*Osobną sprawą jest brak wędzonych śliwek, ku mojemu niezmiernemu smutkowi mieszkając w Wawce bardzo trudno je dostać. Jeśli jednak je macie to oczywiście zamieniamy wędzoną paprykę na zwykłą, a zwykłe suszone śliwki na garść wędzonych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




