.

.

piątek, 9 lipca 2021

zmiany

Królik powstał dawno temu, inna ja, inna kuchnia, inny dom, zwierzyna domowa całkiem się wymieniła, dziecków przybyło...

Niektóre stare posty to tak obfite słowotwórstwo, że... mnie samej się to ciężko teraz czyta :D

Dlatego zapraszam na kontynuację bloga, ale jednak od nowa.

Ta sama ja, ale w teraźniejszej, roślinnej odsłonie :)

u królika 2

środa, 31 lipca 2019

Kartoflanka z kwasem z ogórków, czyli "uboga ogórkowa"

Właściwie to powinnam zatytuować ten post po prostu "uboga ogórkowa".
Uboga, bo mało składników, ale zdecydowanie nie uboga w smak.
Coś tak prostego naprawdę jest pyszne i sycące, a cała sztuczka tkwi w smażeniu składników przed ugotowaniem oraz w domowym soku z ogórków, które kisiliśmy z dużą ilością kopru, chrzanu i przypraw. Woda z kupnych ogórków nie ma tu sensu, nie warto.
Przykro mi, wersja dietetyczna nie wchodzi tu w grę.


Potrzeba:
*duża cebula
*kilka ząbków czosnku (u mnie co najmniej 5, ale przyznaję, że my czosnkolubni jesteśmy)
*kilogram ziemniaków
*świeżo mielony pieprz
*sok spod kiszonych ogórków
*oliwa i ciut masła (lub sama oliwa) do smażenia
*koperek
 i już

Cebulę kroimy w kostkę, czosnek zgniatamy bokiem noża i siekamy, ziemniaki kroimy w niewielką kostkę.
Na patelni rozgrzewamy 2 łyżki oliwy (z wytłoczyn, taka do smażenia) i dajemy pod koniec troszkę masła, podsmażamy cebulę z czosnkiem. Wrzucamy wraz z tłuszczem do garnka. Ponawnie dajemy oliwę (trochę więcej niż do cebuli) i ciut masła i smażymy 1/3 pokrojonych ziemniaków. Na większym ogniu, odważnie, mają się porządnie, smakowicie przyrumienić. Na koniec wlewamy na patelnię trochę wody, mieszamy żeby zebrać to rumiane, przysmażone z dna patelni i wlewamy do garnka.
Dodajemy resztę ziemniaków, pieprz i wlewamy tylko tyle wody, żeby przykryła ziemniaki.
Gotujemy do miękkości ziemniaków.
Wrzucamy garść posiekanego koperku i wlewamy kwas z ogórków. Ja dwie szklanki, ale ogólnie to do smaku, zależy jak kwaśne lubicie.
Zagotowujemy, próbujemy, ewentualnie dosalamy do smaku jeśli sok z ogórków na słoność nie wystarczył.
Na talerzu posypujemy świeżym koperkiem.
Pycha.
Ważne żeby część ziemniaków przysmażyć dla smaku, ale nie wszystkie, bo reszta puści skrobię w trakcie gotowania i zrobi się mięciutka.
Ta zupa, gęsta od ziemniaków ma smakowitą konsystencję i nie warto dodawać posiekanych ogórków ani żadnego mięsa.
Niby nic, ale smaku pełno.
Mniam :)
Wiem, na zdjęciu pół miseczki tylko i średnio to wygląda, ale to jest zdjęcie dokładki ;)
A na zakończenie ogórek wąsaty wersja prenatalna :)




poniedziałek, 21 stycznia 2019

Dzika herbatka zimowa, sosna i róża

Od dawna już na spacerach skubię sobie różne różności do zaparzenia po powrocie.
Bez suszenia, na świeżo, na szybko.
Freestyle.
Po prostu dla przyjemności, spontanicznie, bez rozkminiania nad zdrowotnością, nad tym "na co to pomaga" :)
Mamy teraz styczeń, ale na herbatki sezon jest zawsze.
Dzisiejszy zbiór spacerowy to garść owoców róży i gałązka sosny, i to jest naprawdę świetne połączenie.
O tej porze roku nadal da się znalezć ładne owoce róży.


Potrzeba:
- garść owoców róży
- garść posiekanego sosnowego igliwia
- łyżeczka miodu
- 400ml wody
- albo co tam innego znajdziecie ;)


Różę (w całości, delikatnie umytą. delikatnie, żeby nie rozgnieść, bo o tej porze roku owoce są bardzo miękkie) oraz posiekane igliwie zalewamy wrzątkiem.
Dzbanek owijamy ręcznikiem, żeby zachować ciepło i zostawiamy na 20 minut.
Przez drobne sitko wlewamy do kubka, dosładzamy miodem do smaku.

Sosnowe igliwie daje aromat i kwasowość, róża kolor i owocowy smak, miód równoważy kwaśność igliwia.

Aromatycznie, smakowicie i zdrowo-witaminowo :)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Pożegnanie

Żegnaj zwierzu puchaty.
Do zobaczenia kiedyś, gdzieś po tamtej stronie.
Będę tęsknić za puchatym, pachnącym siankiem futerkiem, miękkimi uszami, które tak uwielbiały być głaskane i za wścibskim, łakomym pyszczkiem.
Po prawie 10 latach razem w domu strasznie pusto się zrobiło bez ciebie.

środa, 7 marca 2018

Kimchi placek

Kuchnia fusion w swojskim wydaniu. Kimchi, jajka, pasta miso i... chleb.
Bardzo smakowite i proste, jeśli robicie* kimchi.
Na śniadanie, ciepłą kolację albo prosty obiad w towarzystwie jakiejś surówki.


 Potrzeba (dla 1 os.):
-2 jajka
- gruuuba pajda chleba
- łyżka pasty miso
- pieprz
- kimchi, 2/3-1 szklanka
- keczup i zielone do podania
- ewentualnie żółty ser lub plaster szynki

Jajka rozkłócamy z pieprzem i miso.
Dodajemy do jajek podrobiony w palcach chleb, mieszamy i zostawiamy na chwilę, żeby chleb nasiąknął.
W tym czasie kroimy kimchi na drobne kawałki. Wrzucamy do masy jajecznej i mieszamy.
Ewentualnie sól, ale jest duże prawdopodobieństwo, że nie będzie potrzebna, bo kimchi i miso są już słone.
Masę wykładamy na rozgrzany olej i formujemy w gruby placek.
Na początku jest delikatny, dół trzeba dobrze ściąć, żeby dał się przewrócić, a i to wymaga ostrożności.
Po przerzuceniu kładziemy na wierzch plaster żółtego sera lub szynki, ale nie jest to niezbędne.
Podajemy polane keczupem i posypane szczypiorkiem lub nacią kolendry.
I już.
Mniam.

*Nie podam jedynego słusznego, dokładnego przepisu na kimchi. Na początku testowałam różne przepisy. Teraz robię na oko, dostosowane do swojego i konkubenta smaku. Często daję zwykłą ostrą paprykę nie koreańską (do smaku, nie tak ostro jak w oryginale). Ta oryginalna jet super, ale jak nie mam to się nie certolę. Daję też mniej sosu rybnego niż w wielu oryginalnych przepisach. Tak w skrócie kroję główkę kapusty pekińskiej w większą kostkę, przesypuję solą, odstawiam aż zmięknie. Rzodkiew w półplasterki, marchewkę ścieram na tarce, siekam drobno czosnek, imbir, cebulę, szczypiorek. Mieszam wszystko dodając łyżkę kleiku ryżowego i chlust sosu rybnego. I kisimy :)

sobota, 16 grudnia 2017

Potrawka pieczarkowa z soczewicą

Wygląda toto buro i ponuro.
Nawet wyłożenie kilku łyżek potrawki specjalnie do fotki na śliczny, kwietny talerzyk nic nie pomogło.
Smakuje jednak świetnie.
Sycące, aromatyczne danie, idealna potrawa na słotną jesień, zimną zimę i wczesną, kapryśną wiosnę.
Potrawa zdrowa, ale zdecydowanie nie fit.
W tym roku zauroczyło mnie połączenie grzybów, mleka kokosowego i majeranku.
Brzmi to może nietypowo, ale mleko kokosowe świetnie się sprawdza w tych jedzeniach, gdzie zwykle stosuje się śmietanę. Oczywiście możecie dać śmietanę. Ale polecam mleczko kokosowe nie tylko w potrawach indyjskich, tajskich, ale w naszych, polskich jak sos grzybowy, zupa grzybowa czy mięso duszone z grzybami.
Kokos wcale nie jest mocno wyczuwalny, całość smakuje tradycyjnie, ale ciut inaczej, ciekawiej. 
To jest bure i pyszne!


Potrzeba (3 osoby, obiad na dwa dni):
-1 szklanka suchej zielonej soczewicy
-kilogram pieczarek (najlepiej tych drobniejszych)
-duża cebula
-3-6ząbków czosnku ( zależności od tego jak bardzo czosnkofilni jesteście, ja daję 6 sporych ząbków)
-200ml mleczka kokosowego lub śmietany 18%
-sól, pieprz, nieczubata łyżeczka curry, czubata łyżka majeranku, ciut ostrej papryki jeśli lubicie, czubata łyżka płatków drożdżowych (można pominąć, ale warto dodać)
-mała marchewka, mała pietruszka, 10 cm białej części pora, nieduży kawałek selera, wszystko posiekane w drobną kostkę
-tłuszcz do smażenia, może być oliwa pomace, masło lub aromatyczny kaczy smalec, co macie i co wolicie
-do podania natka pietruszkowa lub selerowa i kawałek dobrego pieczywa


Soczewicę zalewamy wrzątkiem  i odstawiamy na godzinkę do namoczenia, potem odcedzamy (dzięki temu szybciej się ugotuje).
Pieczarki czyścimy (ja obieram), większe kroimy na kawałki.
Cebulę kroimy w półplasterki, czosnek drobno siekamy.
Na patelnię na rozgrzany tłuszcz wrzucamy cebulę, chwilę przesmażamy, potem dorzucamy czosnek, przesmażamy i dodajemy pokrojone w drobną kostkę warzywa. Warzyw nie za dużo, mają wzbogacić smak, ale nie być mocno wyczuwalne, pierwsze skrzypce mają wszak grać pieczarki.
Delikatnie rumienimy, uważamy żeby nie przypalić czosnku.
Wsypujemy przyprawy, przesmażamy chwilkę, dorzucamy pieczarki i soczewicę, mieszamy, dolewamy mleczko kokosowe.
Dusimy ok. 20 min., do miękkości soczewicy.
Jeśli całość wyjdzie zbyt wodnista (zależy jakie pieczarki kupimy, niektóre mogą mieć tyle wody, że zrobi się bardziej zupa niż potrawka) można zagęścić mąką ziemniaczaną (nieczubatą łyżkę mąki ziemniaczanej rozprowadzamy w 1/4 szklanki zimnej wody, dolewamy cienkim strumieniem, cały czas mieszając, chwilkę gotujemy do zgęstnienia). Jeśli płynu okaże się zbyt mało i soczewica wciągnie wszystko zanim się ugotuje dolejcie trochę wody.
Podajemy posypane natką z kawałkiem pieczywa. Będzie tu pasować praktycznie każdy rodzaj, od ciężkiego żytniego chleba na zakwasie przez ciabbattę po zwykłą sklepową kajzerkę.

czwartek, 30 listopada 2017

Herbatnki. Delikatnie cytrynowe.

Chrupiące, lekko cytrynowe ciasteczka.
Pyszne.
Nie tracą na smaku na następny dzień (są smaczne co najmniej 3 dni, dłużej nigdy nie przetrwały).
Do kubka kawy, czekolady, herbaty, mleka jeśli lubicie albo po prostu do podjadania.
Wykrawać trzeba foremkami o niezbyt skomplikowanych wzorach, bo trochę tracą kształt podczas pieczenia.
Jeśli macie dzieci można poćwiczyć cierpliwość oddając w ich ręce zadanie wycinania ciastek. Jeśli nie macie dzieci to zrobicie je bardzo szybko ;)
Zamiast cytrynowych można zrobić limonkowe lub pomarańczowe.


Potrzeba:
- 200g mąki
- 100g masła
- 60-80g cukru
- jajko
- skórka otarta z połowy cytryny
- łyżeczka soku z cytryny
- 2 łyżki cukru wanilinowego

Wszystkie składniki wrzucamy do miski (masło musi być miękkie) i zagniatamy ręką w jednolitą kulę.
Cukru w oryginale w przepisie jest 80g. Dla mnie z tą ilością ciasteczka są zdecydowanie za słodkie, daję więc 60g plus cukier wanilinowy. Jeśli lubicie mocno słodkie ciastka dajcie 80g.
Kulę owijamy folią i wkładamy do lodówki na godzinę czy dłużej.
Po wyjęciu kulkę kroimy na cztery czy pięć kawałków.
Rozwałkowujemy na grubość 3-5mm i wykrawamy ciastka. Im mniej mąki podsypniemy tym lepiej dla ciastek.
Pieczemy w 180 stopniach do zezłocenia się ciastek (10-15 min. w zależności od piekarnika).
Po wystygnięciu możecie polukrować, jeśli się Wam chce, bo mnie nie ;)
Przepis wzięłam stąd klik.
Smacznego :)

czwartek, 9 listopada 2017

Krupnik grzybowy

Kocham zupy, a szczególnie mocno kocham je jesienią.
Kto ma w zamrażarce grzybową wodę może zrobić sobie taki mariaż krupniku i grzybowej.
Sycący i pyszny, idealny na listopad. Jeśli nie macie grzybowej wody trzeba dodać garść suszonych grzybów.
Tak, wiem jak to wygląda :D Zaiste niefotogeniczny wygląd ma to danie, ale jesiennym burym popołudniem nie wygląd się liczy, a smak i moc rozgrzewająca.


Potrzeba:
- dwie marchewki, 10cm pora, pół selera, pietruszka, nieduża cebula, 3 ząbki czosnku, duży ziemniak
- 2/3 szklanki kaszy jęczmiennej perłowej lub pęczaku
- wędzone żeberka lub kawałek wędzonego boczku
- dwa duże podgrzybki lub koźlaki (bez grzybowej wody można więcej), albo kilka pieczarek
- 1l wody grzybowej i 1,5l wody lub 2,5l wody i garść suszonych grzybów
- sól, kilka kulek pieprzu, dwa liście laurowe, 2-3 kulki ziela angielskiego, czubata łyżka majeranku, łyżka ziaren kozieradki (jak nie macie pomińcie, ale warto je mieć)

Do garnka wkładamy warzywa: marchewki, por, czosnek pokrojone w cienkie plasterki, cebula w półkrążki, ziemniak w niedużą kostkę, 1/3 pietruszki i 1/3 kawałka selera w drobniutką kostkę, resztę w kawałku, żeby było łatwo wyjąć i wywalić. Wkładamy też mięso i przyprawy. Przyprawy naprawdę warto zamknąć w zaparzaczu do herbaty, takiej kulce z drucianej siatki na łańcuszku i w nim gotować je w garze. Dzięki temu potem łatwo je wyjąć i nie plączą się nam w zupie. Zalewamy wodą z wodą grzybową lub samą wodą wraz z pokruszonymi w palcach na drobne kawałki suszonymi grzybami.
Gotujemy, aż mięso i ziemniaki będą miękkie. Zdejmujemy garnek z ognia, wyjmujemy mięso, oddzielamy od kostek i tłuszczu, pokrojone w kawałki wkładamy z powrotem do garnka.
Dodajemy kaszę i pokrojone w nieduże kawałki grzyby. Gotujemy jeszcze 20 min., ewentualnie można dolać ciut wody jeśli zupa wyjdzie zbyt gęsta.
Podajemy z natką pietruszki.
I już.

PS na zdjęciu z natką suszoną, ale oczywiście lepsza jest ze świeżą.

niedziela, 15 października 2017

Dynia w słoiku a'la ananas

Jeśli wierzyć starym książkom kucharskim w rodzaju "Jak gotować" Disslowej czy tomów Lucyny Ćwierczakiewiczowej to dynia jak ananas była obowiązkowym przetworem w każdej porządnej spiżarni.
W internecie jest dużo przepisów na dynię a'la ananas jednak większość z nich owo podobieństwo opiera jedynie na dość słodkiej zalewie (proporcje zalewy wzięłam stąd klik). I tyle. Zrobiłam, ale to nie było to.
W przedwojennych książkach kucharskich do wielu receptur, m.in. właśnie do ananasopodobnej dyni używano kropli ananasowych. Aromatu, który drzewiej był popularny, a dziś w sklepach praktycznie nie występuje. Zamówiłam więc aromat ananasowy przez internet.
I to jest to! Taka marynowana dynia jest rewelacyjna!
Tak, wiem, sztuczne aromaty są teraz niemodne, ale co mi tam.
Dynia jest chrupka, słodka, ale to słodycz zrównoważona lekką kwaśnością, a aromat ananasowy nadaje świetnego posmaku. Nadal czuć, że to dynia, ale jest zdecydowanie fajniejsza niż taka zwykła.


Składniki:
-1l wody
-200g cukru
-100ml octu 10%
-dynia pokrojona w kostkę (ok. 1-1,5cm), u mnie ćwiartka dyni średniej wielkości
-aromat ananasowy w proszku

Kostki dyni jak najściślej układamy w słoikach (nie da się całkiem ścisło ich poukładać, ale staramy się jak możemy). Zagotowujemy wodę z cukrem i octem, jak zawrze zmniejszamy ogień i dodajemy aromat ananasowy. Mojego dałam ćwierć łyżeczki, ale to zależy od tego jaki aromat kupimy, cy będzie w proszku czy w kroplach. Po prostu dajemy po odrobince mieszając, aż zalewa nabierze przyjemnego ananasowego aromatu.
Gorącą zalewą zalewamy dynię, zalewamy prawie pod samą zakrętkę, od razu zakręcamy i stawiamy słoiki do góry dnem. Wieczka powinny się zassać
Następnego dnia pasteryzujemy słoiki. Można tradycyjnie męczyć się pasteryzując w garze z wodą (ok. 20 min od zagotowania się wody), ale ja wolę w piekarniku. Wstawiam do zimnego piekarnika, nastawiam na 70-80 stopni i trzymam 20-30 min od momentu nagrzania piekarnika (wszystkie wieczka powinny się wybrzuszyć) i zostawiam w nim słoiki do ostygnięcia, aż wszystkie wieczka ponownie się zassają.


Taką dynię możemy użyć do sałatek, do duszenia lub pieczenia mięs, którym pasują owoce, np. do schabu czy kaczki, w miseczce jako przegryzkę na imprezowym stole, jako dodatek do talerza wędlin lub deski serów, a także do deserów.

Przetwór nietypowy i smakowity.

A resztę aromatu możecie zużyć do ciast, kremów, budyniów, serników albo innych marynowanych owoców, np. gruszek. Ananasowy aromat bardzo smakowicie podkręci smak naleśników lub racuchów z jabłkiem, albo nadzienia do szarlotki.

Uwagi techniczne:
-nie umiem napisać na ile słoików wystarczy podana ilość zalewy, musicie być przygotowani, że zalewy pewnie trzeba będzie dorobić. Do mniejszej liczby dużych słoików potrzeba mniej zalewy niż do większej ilości małych. Większa ilość małych jest za to według mnie bardziej praktyczna w użyciu. Zależy też jak jesteście dobrzy w puzzlach przestrzennych, czyli jak sprytnie potraficie poukładać dyniowe kostki w słoiku. Tak "pi razy drzwi razy oko" ta zalewa powinna wystarczyć na pięć, sześć słoików 250ml, takich tradycyjnych od dżemów.
-w niektórych słoikach te fragmenty dyniowych kostek, które były ponad zalewą odbarwiły się na biało. Nie wpływa to na smak, a jedynie na wygląd. Żeby temu odbarwieniu zapobiegnąć trzeba by wrzucić dynię do wrzącej zalewy, momencik zagotować i dynią wraz z zalewą napełniać słoiki. Jest to jednak o wiele bardziej upierdliwe, gorącymi kostkami o wiele trudniej sensownie zapełnić słoiki. Dla mnie trud zdecydowanie nie wart podjęcia. Ale uczciwie ostrzegam jeśli jesteście bardzo wrażliwymi estetami.

poniedziałek, 9 października 2017

Kolorowa, jesienna kasza. Z dynią i grzybami.

Wiem, większość z Was teraz intensywnie tęskni za latem.
A ja? Kocham jesień.
Mgły, nitki babiego lata, obfitość jesiennych warzyw i owoców. Melancholijne nastroje na tle szaleństwa jesiennych kolorów, żółci i czerwieni.
Aromatyczne grzyby i słodka, intensywnie pomarańczowa dynia.
Jak jest dynia i grzyby, to już niewiele więcej potrzeba.
Zapraszam na pełną smaku jesienną kaszę.


Potrzeba (na 4 porcje):
- ćwiartka dyni hokkaido lub piżmowej
- leśne grzyby 400-500g (albo więcej jak chcecie), u mnie miks koźlarzy, podgrzybków, kilka kurek, co tam znajdziecie
- nieduża cebula, 3 ząbki czosnku, kawałek białej części pora, pół niedużej pietruszki drobno posiekanej
- łyżeczka curry, łyżka majeranku, sól, pieprz
- oliwa do smażenia lub smalec (polecam kaczy), czy jakiś inny tłuszcz do smażenia
- 2 pełne szklanki suchej kaszy, tu jęczmienna perłowa, ale może być też pęczak lub niepalona gryczana
- garść natki pietruszki
- czubata łyżka masła

Czosnek siekamy, cebulę kroimy w grubszą kostkę, pora w cienkie talarki. Na dużej patelni rozgrzewamy tłuszcz i przesmażamy cebulkę, pora i czosnek. Dorzucamy curry i majeranek, chwilę przesmażmy, dodajemy dynię pokrojoną w niedużą kostkę (hokkaido nie trzeba obierać) i pietruszkę, chwilę przesmażamy. Dorzucamy na patelnię grzyby w dużych kawałkach i kaszę, podlewamy czym mamy, wodą lub bulionem (warzywny bardziej mi tu pasuje smakiem niż na mięsie), a najlepiej wodą z obgotowywania grzybów (większe grzyby trafiły do tego obiadu, a mniejsze po obgotowaniu do marynowania, ta woda po obgotowywaniu grzybów, to świetna przyprawa ).
Na początek podlewamy trzema szklankami płynu i dusimy wszystko na małym ogniu do miękkości kaszy i ugotowania grzybów. Często mieszamy. W miarę zapotrzebowania dolewamy po trochu wody czy wywaru tyle ile będzie go chciała wchłonąć kasza.
Pod koniec gotowania dodajemy czubatą łyżkę masła.
Do podania obficie posypujemy posiekaną natką pietruszki.
I już.
Smacznego.


Jeśli chcecie jeszcze bardziej na wypasie można na wierzch jesiennej kaszy położyć jajko sadzone.
Jeśli nie wyobrażacie sobie obiadu bez mięsa, to można dodać pokrojony w kostkę boczek lub kiełbasę chorizo na etapie podsmażania cebuli i czosnku.

czwartek, 14 września 2017

Przyprawa-petarda, czyli woda grzybowa

To nie przepis będzie, a inspiracja.
Po udanym grzybobraniu kupa roboty w kuchni. W zależności od gatunku, wielkości i stanu grzybka część na suszenie, część do marynowania, część do zamrażarki na różne aromatyczne sosy i zupy.
Grzyby przeznaczone do marynowania i zamrażania wpierw trzeba obgotować.
Obgotowujemy w osolonej wodzie i potem... wiele osób tę wodę do zlewu wylewa...
Cóż za okrutne marnotrawstwo!
Taka woda po obgotowywaniu grzybów to wspaniała, aromatyczna przyprawa! Warto ją zachować.
A potem dodać ją do duszenia mięsa, do zup (np. grzybowego krupniku), użyć zamiast wody do gotowania kaszy lub zamiast wody/bulionu do risotto, do duszenia gołąbków, można w niej ugotować pierogi lub makaron, możliwości jest mnóstwo.
Po prostu aromatyczną, grzybową wodę po obgotowywaniu grzybów mrozimy i wyciągamy z zamrażarki, kiedy mamy ochotę nadać jakiemuś daniu grzybowy aromat.


Uwagi techniczne:
-Warto poczekać, aż ostygnie, a potem przecedzić przez gęste sitko ostrożnie nabierając wywar chochelką tak, żeby nie mieszać grzybowej wody i zostawiając ostatni centymetr z dna garnka. Czemu? Bo na dnie zawsze osadzi się jeszcze resztka pisaku i leśnych śmieci, których jeść nie mamy ochoty.
-Wiem, że na zdjęciu jest ta woda grzybowa w butelkach. Ale... doświadczenie, które przyszło po jakimś czasie od zrobienia tego zdjęcia mówi mi, że jedynym słusznym sposobem przechowania grzybowej wody na późniejsze czasy jest mrożenie. Grzybowa woda jest substancją niesamowicie niestabilną biologicznie i ożywającą jak zombi. Żeby nie wiem jak dobrze ją pasteryzować i tak część ożyje! Jakieś 80% moich prób utrwalenia tej wody w butelkach/słoikach się nie powiodło. Jak nie zaczęły fermentować, to zawartość mętniała i zaczynała śmierdzieć, mimo że dwie partie potraktowałam tyndalizacją. Nie wiem jak to jest, ale mimo sporego doświadczenia nie umiem tej wody po obgotowywaniu grzybów utrwalić termicznie...
Dlatego rekomenduję  jedynie jej mrożenie i potem używanie tej aromatycznej, grzybowej przyprawy (i to naprawdę polecam gorąco) do czego Wam tylko wyobraźnia podpowie ;)
Smacznych, grzybnie aromatyzowanych potraw Wam życzę :)

PS obie butelki ze zdjęcia, wyjątkowo pięknie pachnące, bo praktycznie z samych podgrzybków wylądowały po dwóch tygodniach w zlewie, to była przysłowiowa kropla przelewająca czarę. Od tego momentu aromatyczną grzybową wodę utrwalam już tylko za pomocą zamrażarki.

środa, 21 czerwca 2017

Pstrąg w soli pieczony

Bardzo nieskomplikowane, a rybka wychodzi pyszna,  soczysta i (co mnie zawsze zadziwia) idealnie trafiona na słoność.

Potrzeba (na 2 osoby i dziecko):
- duży pstrąg (darujcie, jakoś nigdy nie zważyłam żadnego, żeby w gramach podać)
- 1-1,5 kg soli
- białe, wytrawne wino
- cytryna, czosnek, świeżo mielony pieprz, tymianek (najlepiej suszony plus kilka gałązek świeżego)


Do środka pstrąga wkładamy kilka plastrów cytryny, ząbek lub dwa czosnku pokrojonego w plasterki, kilka gałązek świeżego tymianku (ewentualnie pół łyżeczki suszonego) i prószymy pieprzem.
Do dużej miski wrzucamy sól, do niej skórkę startą z reszty cytryny, łyżkę pieprzu i dwie łyżki suszonego tymianku, mieszamy. Cały czas mieszając palcami dodajemy wino, po trochu, małymi chlustami, aż sól osiągnie konsystencję mokrego piasku. Takiego jak na budowanie zamków z piasku :)
W naczyniu do pieczenia z 1/3 soli uklepujemy dla ryby łóżeczko, kładziemy pstrąga i oblepiamy dokładnie resztą soli. Głowa i płetwa ogonowa może wystawać.

Wkładamy do nagrzanego do 190 stopni piekarnika i pieczemy 30-40 min.
Wyciągamy, obtłukujemy solną skorupkę, dodajemy sałatkę i dobre pieczywo/ziemniaki/ryż i cieszymy się soczystym, pachnącym mięskiem.


środa, 14 czerwca 2017

Borek

Sycący, smakowity, pachnący, w dodatku szybki i prosty w przygotowaniu.
Po prostu same zalety ma.
Przepisów na bliskowschodni borek jest tyle co u nas na bigos, mój jest kompilacją receptur z netu (m.in. z bloga Turcja od kuchni) i z książki (którą kocham) "Jerozolima" Ottoliniego.

Potrzeba:
- opakowanie ciasta francuskiego (taka standardowa rolka, 250-300g )
- 200-300g białego sera (lub twarogu i sera typu feta/oscypka/bryndzy w proporcji pół na pół)
- duże jajko
- 10 cm białej części pora i pół niedużej cebuli
- garść posiekanej natki pietruszki
- łyżka nasion czarnuszki, czubata łyżeczka kuminu, sól, pieprz
- sezam do posypania


Pora kroimy w cienkie półplasterki, cebulę w drobną kostkę. Kumin i czarnuszkę niedbale rozcieramy w moździerzu (ewentualnie jeśli nie posiadacie moździerza sam kumin można przesiekać nożem). W misce widelcem rozdrabniamy twaróg, dodajemy jajko i mieszamy, w miarę dokładnie, ale ser może być z grudkami, to nie szkodzi. Dodajemy przyprawy, natkę, pora i cebulę, mieszamy.
Rozwijamy ciasto francuskie, rozcinamy na połówki. Na jedną wykładamy farsz i rozsmarowujemy, żeby masa miała w miarę jednolitą grubość. Zostawiamy wolne brzegi, tak ok. centymetra.
Przykrywamy drugim płatem ciasta, dociskamy brzegi (jak użyjecie do tego widelca wyjdzie wzorek typu grzebyk).
Robimy w placku dziurki widelcem lub nożem (żeby para powstała podczas pieczenia miała którędy ujść), smarujemy wierzch mlekiem/ jogurtem/ śmietaną/ rozkłóconym jajkiem, prószymy solą, obficie posypujemy sezamem.
Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni i trzymamy tam, aż wierzch ładnie się zrumieni (20-30 min).


Zajadamy sam lub z sałatką na obiad lub ciepłą kolację. Wyjątkowo dobrze pasuje do borka tradycyjna ogórkowa mizeria. Smaczny także na następny dzień odgrzany w piekarniku albo mikrofali.

Ser gra tu główną rolę, więc jego jakość ma duże znaczenie dla smaku, dobrze jest zerknąć na skład i kupić prawdziwy twaróg. Farsz będzie też smaczniejszy z prawdziwym wsiowym lub eko jajkiem.

sobota, 15 kwietnia 2017

Świątecznie

Radosnych świąt Wam życzę,
pogodny ducha i poczucia humoru przy rodzinnym świątecznym stole,
a waszym wątrobom i żołądkom tradycyjnie życzę powodzenia w trawieniu :)


sobota, 31 grudnia 2016

Kompot z suszu, wersja na deser (nie tylko w Wigilię)


Do tej pory był tylko klasyk, jako napój.
Tym razem na wigilijny stół zrobiłam w dwóch wersjach, jedną do picia, drugą na deser, opcję słodszą i gęstą od smakowitych owoców, z migdałami.
Wyszedł może niezbyt urodziwy, ale tak smakowity i aromatyczny zimowy deser, że dokupiłam na targu suszu (po świętach był w cenie promocyjnej ;) i zapakowałam kompot w słoiki, żeby cieszyć się nim też w styczniu i lutym.
Zajadamy schłodzony lub na ciepło, np. na rozgrzewkę po zimowym spacerze.
Niezły patent na zdrowy podwieczorek dla dzieci.

Potrzeba:
- po ok. 150g suszonych jabłek i gruszek (takich ze skórką i ogryzkiem)
- suszona wędzona gruszka i garść wędzonych śliwek z pestkami
- paski skórki z pomarańczy, ścięte bez białej warstwy (z ok. 1/3 średniej wielkości pomarańczy)
- łyżeczka goździków, większa laska cynamonu
oraz
- po kubku (300ml) migdałów*, suszonych moreli, suszonych śliwek bez pestek, suszonych jabłek połamanych na nieduże kawałki (takich ładniejszych, bez ogryzków)
- po pół kubka suszonej żurawiny i rodzynek
- 2-3 laski wanilii** lub torebka cukru wanilinowego/waniliowego
- 2 czubate łyżki aromatycznego miodu (np. gryczany, spadziowy)
- puszka brzoskwiń wraz z syropem
- co tam jeszcze lubicie, u mnie suszone wiśnie, mogą być też figi, daktyle, orzechy włoskie, itp.

Zalewamy w garnku pierwsze cztery pozycje z listy składników 3 litrami zimnej wody i gotujemy na niedużym ogniu pół godziny od zawrzenia. Zostawiamy pod przykryciem na kilka godzin (najwygodniej na noc), żeby spokojnie ostygł i naciągnął smak.
Cedzimy przez gęste sitko, dodajemy całą resztę składników poza brzoskwiniami i znów gotujemy pół godziny od zawrzenia, na sam koniec dajemy brzoskwinie (warto pokroić je na mniejsze części, najwygodniej ćwiartki) wraz z syropem. Próbujemy, ewentualnie dosładzamy (ale prawdopodobnie nie będzie trzeba, słodki syrop z brzoskwiń i miód powinny wystarczyć), odstawiamy do wystudzenia i przegryzienia się znów na kilka godzin.
I można zajadać.
Jeśli zaczęliśmy poprzedniego dnia wieczorem, to będzie gotowy akurat późnym popołudniem na wigilijny stół.


Ale... kiedy dłużej postoi zrobi się gęstszy i smakowitszy, po tygodniu zamknięcia w słoikach całość pysznie się przegryzie.
Jeśli chcecie jak ja zrobić zapas w słoiki, to (jak to z innymi przetworami) po tym kilku-kilkunastogodzinnym odpoczynku zagotowujemy całość jeszcze raz, gotujemy przez chwilkę na większym ogniu, po czym zmniejszmy gaz na minimum i wrzący pakujemy w czyste słoiki, zakręcamy i stawiamy słoiki do góry dnem do ostygnięcia.
Z trzech partii, które zrobiłam, każda wyszła ciut inna, susz pochodził z różnych źródeł, do jednej dałam najzwyklejszy cukier wanilinowy. Jednak nie ma co tu się przejmować brakiem powtarzalności, za każdym razem wyszło pycha.

*Dałam ze skórką, nie przeszkadza mi, a dodaje całości aromatu, ale jeśli wolicie oczywiście można dać migdały bez skórki.
**Użyłam samych skórek z waniliowych strączków, cenne ziarenka ze środka znalazły się wcześniej w serniku.

PS jeśli zrobicie sobie zimowy zapas, to najlepiej zjeść go w ciągu 2-3 miesięcy, czyli właśnie zimą, kiedy takie smaki jemy najchętniej. Nie jest to przetwór do przechowywania przez lata, bo w dłuższym czasie zmienia się w breję, smaki mieszają się za bardzo, szczególnie tracą na tym orzechy. Jeden słoik znalazłam przypadkiem latem ;)

sobota, 17 grudnia 2016

Karp bez ości, czyli klopsiki w sosie (np. pomidorowym)

Kto lubi ryby, ale nie lubi grzebać się w ościach? Albo ma do nakarmienia rybolubne dziecko, za małe żeby uważać na ości?
To przepis właśnie dla Was, o ile posiadacie maszynkę do mielenia mięsa.

Klopsiki z karpia powstały w zeszłym roku z potrzeby bezostnej wersji karpia dla dziecka i okazały się tak smakowite, że weszły do naszego zwykłego zimowego menu, nie tylko w wigilię.

W wersji świątecznej polecam w sosie piernikowym, na co dzień u nas najlepiej "schodzą" w sosie pomidorowym, klasycznym lub w stylu węgierskim z papryką. Bardzo smaczne są też w sosie pieczarkowym, nawet takim z torebki.
Potrzeba:
(na 2 dni, 2 os. plus dzieć)
-dwa płaty z karpia,
-mała cebula,
-jajko,
-2 kromki chleba i bułka tarta,
-sól, pieprz, majeranek (nieczubata łyżka)
-sos na jaki akurat mamy ochotę*


Z płatów ostrym nożem zdejmujemy skórę** i wycinamy lub wyciągamy obcążkami te najgrubsze ości-żebra (małymi, tymi śródmięśniowymi nie musimy się przejmować). Mięso mielimy (na sitku 2mm) i kończymy kromką chleba (no wiecie, jak maszynka zacznie wypluwać sam chleb znak to, że całe mięso już przeszło). Mielimy jeszcze raz (na wszelki wypadek, jakby się jakiś fragment ości śmiał zaplątać) pod koniec wrzucając cebulę i znów kończąc kromką chleba.
Dodajemy jajko, sól, pieprz, roztarty w palcach majeranek (będzie bardziej aromatyczny) i dokładnie wyrabiamy masę, najłatwiej najpierw łyżką potem ręką, aż będzie łatwo utoczyć nie lepiące się do rąk, nieduże kulki (jeśli masa będzie zbyt rzadka dodajemy wedle potrzeby tartej bułki).
Klopsiki obsmażamy na ostrym ogniu z obu stron na złoty kolor (mielony karp to mięso tłuste i lepkie, klopsiki grzecznie trzymają się kupy, nie ma problemów z obracaniem).
Obsmażone kulki wrzucamy do garnka z takim sosem, na jaki akurat mamy ochotę i dusimy na wolnym ogniu 15-20min.

Posypujemy zieleniną i podajemy z chlebem, ziemniakami lub frytkami, z makronem (np. szerokimi wstążkami albo japońskim gryczanym makaronem soba).
Odgrzane na drugi dzień smakują równie dobrze.
Można też zrobić więcej i gotowe klopsiki z sosem zamrozić, co by mieć później ekspresowy obiad.



*Tutaj klopsiki nurzają się w sosie jak do ryby po grecku (ze słoika zrobionego latem).
A recepta na najprostszy sos pomidorowy jest taka: na patelni przesmażyć na oliwie drobno posiekaną cebulę i czosnek, zalać przecierem pomidorowym, wsypać suszony tymianek, sól i pieprz i gotować, aż trochę odparuje i zgęstnieje.
**Mielone mięso z karpia smażymy już bez skóry, więc ma mniej intensywny karpiowy zapach niż usmażone dzwonka czy płaty. Jeśli to dla Was wada i wolicie, żeby karpia wyraźnie było czuć karpiem razem z mięsem zmielcie też tą jasną, miękką skórę z brzucha ryby. Zmieli się na gładko, nie będzie jej czuć między zębami, a karpiowy aromat będzie wyraźniejszy. Osobiście robię różnie, raz ze skórą, raz bez, w zależności od rodzaju sosu.

piątek, 14 października 2016

Makaron i kremowy sos dyniowy

Jak jest dynia to zawsze wychodzi żółty, wesoły obiad idealny na jesień.
Tym razem delikatny i kremowy, pełen smaku i bardzo sycący.
Obiad z tych lubianych przez dzieci.
Kocham dynie :)
Potrzeba (na 4 os.):
- dynia, ok. 1kg (polecam hokkaido lub piżmową)
- opakowanie serka mascarpone (200-250g)
- cebula
- nieduża czerwona papryka
- kawałek białej części pora (5-10 cm)
- 3-4 ząbki czosnku
- kilka pieczarek (4-6 szt.)*
- 2-3 cebulki dymki wraz ze szczypiorem
- sól, pieprz, pół łyżeczki suszonego tymianku, ewentualnie troszkę chilli
- parmezan lub pecorino, ew. długo dojrzewający, aromatyczny cheddar
- natka pietruszki
- makaron (np. muszelki, kokardki, itp.)

Dynię pieczemy (wydłubujemy pestki i pakujemy ją do nagrzanego piekarnika, pieczemy w 180 stopniach do miękkości, czyli kiedy widelec będzie w nią bez oporu wchodził, powinno to zająć ok. 30min).
Cebulę i pora kroimy w półkrążki, pieczarki w plastry, paprykę w mniejszą kostkę, czosnek siekamy. Warzywa podsmażamy z przyprawami na niewielkiej ilości oleju (żeby cebula się zeszkliła, a papryka nabrała aromatu i delikatnych rumieńców).
Upieczoną dynię wybieramy łyżką ze skórki (chyba, że użyliśmy hokkaido, to skórki nie musimy się pozbywać), wkładamy do miski wraz z serkiem, wlewamy pół szklanki wody i miksujemy blenderem żyrafą na gładką masę.


Przelewamy masę na patelnię z warzywami (spokojnie, nie musicie wycelować w gotowość warzyw co do sekundy, to nie Top Chef, jeśli warzywa podsmażą się wcześniej po prostu gasimy pod nimi gaz, żeby poczekały na dynię). Gotujemy całość na niewielkim ogniu, ok. 15-20 minut, aż smaki się połączą, pod koniec dodajemy posiekaną dymkę.

Na talerz nakładamy świeżo ugotowany makaron i hojnie sos dyniowy, po czym obficie posypujemy tartym serem i posiekaną natką pietruszki.


Żółto, syto, smakowicie.

*Będzie jeszcze smaczniejsze jeśli zamiast pieczarek dodacie leśne grzyby, np. borowiki czy kozaczki.

środa, 5 października 2016

Burger nieoczywisty. Kaszankoburger.


Sycące, rozgrzewające burgery z chrzanowym pazurem i słodyczą jesiennej gruszki, w sam raz na jesienny obiad lub kolację.
Niezbyt urodziwa, ale zaskakująca i smakowita odsłona zwyczajnej kaszanki.

Potrzeba:
na kotlety (wyszło mi 6 szt.)
- kaszanka (ok. 300g)
- nieduża cebula
- duży ząbek czosnku
- duże jajko
- pół łyżeczki majeranku
- bułka tarta
- szczypta soli
na sos
- 2 czubate łyżki ostrego chrzanu (takiego bez śmietany czy jabłek)
- 2 czubate łyżki ostrej musztardy, np. rosyjskiej
- 2 łyżki majonezu
- ok. 6-8 korniszonów
- sól i świeżo zmielony pieprz do smaku
oraz
- sałata lodowa lub rzymska
- aromatyczne, kruche jabłko
- słodka, dojrzała gruszka
- bułki do hamburgerów
- opcjonalnie cienkie plasterki/wiórki aromatycznego, ostrego żółtego sera (cheddar, pecorino lub parmezan, itp.)*

Zaczynamy od sosu, korniszony kroimy na cienkie plasterki i mieszamy wszystkie składniki sosu.
Robimy kotlety. Kaszanka musi być dobra, nasza ulubiona, to nie jest przepis na zutylizowanie marnej kaszanki. W misce rozkłócamy jajko, dodajemy drobno posiekaną cebulę, zgnieciony ząbek czosnku i majeranek, dokładamy kaszankę, rozdrabniamy ją wstępnie widelcem, a potem wyrabiamy  masę łapką do dokładnego połączenia składników. Dodajemy po łyżeczce bułkę tartą, aż masa kaszankowa będzie na tyle zwarta, żeby ulepić z niej kotlety. U mnie wystarczyła łyżka, ale formowanie ułatwiłam sobie praską do hamburgerów. Smażymy na oleju na nieprzywierającej patelni po kilka minut z każdej strony. Wymagają delikatności przy pierwszym przerzuceniu na drugą stronę.
W czasie kiedy burgery się smażą podpiekamy bułki w piecyku lub na suchej patelni. Jabłko i gruszkę (najlepiej nieobrane) kroimy w plastry ok. 2mm grubości.

Składamy kaszankoburgera.
Dolna bułka, sos, burger, ewentualny ser, po plastrze jabłka i gruszki, sałata, górna bułka cienko posmarowana musztardą.
Na pierwszy rzut oka brzmi dziwnie, ale jest zaskakująco smakowite.

*Opcjonalny ser musi być ostry i aromatyczny, dajemy go niedużo, ma podbić, ale nie zdominować reszty smaków. Fajnie się komponuje z chrzanem, jabłkiem i gruszką, ale nie jest konieczny (a już na pewno nie ma sensu na siłę wpychać tu jakiegoś zwykłego sera kanapkowego).

piątek, 22 lipca 2016

Bakłażan smażony w panierce

Proste, szybkie, tanie i  smaczne danie.
Z pajdą chleba i z surówką lub kubkiem chłodnika świetny patent na błyskawiczny obiad. Może być też na ciepłą kolację.

Potrzeba (dla 2 osób):
-większy bakłażan
-2 jajka
-sól, pieprz, 2 pełne łyżki curry
-bułka tarta
-oliwa lub olej do smażenia

W miseczce roztrzepujemy widelcem jajka i dokładnie mieszamy z przyprawami. Jeśli curry jest mocno słono, to ostrożnie z solą, być może nie będzie trzeba jej dosypywać. Na talerzyk wysypujemy tartą bułkę. Bakłażana kroimy w niezbyt grube plastry (ok. 0,5 cm). No i wiadomo, każdy plaster obtaczamy wpierw w jajku, potem w bułce, wrzucamy na patelnię na rozgrzany tłuszcz i smażymy z obu stron do zrumienienia panierki. Uważamy, by nie smażyć na zbyt mocnym ogniu, żeby bakłażan zdążył dojść zanim panierka się przypali (powinien być mięciutki w środku, no i skórka musi mieć czas zmięknąć do stanu jadalnego).
Podajemy z czosnkowym sosem jogurtowym, kubkiem chłodnika na kefirze, surówką, sałatką (np. z sałaty, pomidorów, dymki i z jajkiem na twardo), z ketchupem, ajwarem czy czymkolwiek na co macie ochotę.


Smakowite i sycące.
Według mnie i połówka zdecydowanie przebija o wiele popularniejszą panierowaną cukinię czy kabaczka.

wtorek, 19 lipca 2016

Polędwiczki wieprzowe w grzybowym sosie

Delikatne wieprzowe polędwiczki i aromatyczne leśne grzyby... połączenie idealne.
Pyszności.
Nie ma tu specjalnie znaczenia jakie grzyby dodacie, z każdymi wyjdzie smakowicie, wrzucacie co znajdziecie. Teraz, w lipcu, kurki i koźlaki, jesienią podgrzybki, sitki, maślaki, prawdziwki, co tam znajdziecie.
Ilość grzybów nie jest w tym przepisie wartością stałą, na jedną polędwiczkę wystarczą już trzy większe kozaczki i garść kurek.


Potrzeba (na 2 os. na dwa dni):
-polędwiczka wieprzowa (ok. 0,5kg)
-leśne grzyby (ok. 300g lub więcej)
-cebula
-duży ząbek czosnku
-czubata łyżka śmietany
-sól, świeżo mielony pieprz, pół łyżeczki suszonego tymianku
-oliwa do smażenia i masło lub smalec (polecam gęsi)

Polędwiczkę kroimy na ok. 1cm plastry, prószymy pieprzem. Na patelni rozgrzewamy oliwę, jak się rozgrzeje dodajemy czubatą łyżkę masła (albo po prostu smalec jeśli lubicie), na gorący tłuszcz kładziemy plastry polędwiczki i na dużym ogniu, szybko obsmażamy na rumiano z obu stron. Odkładamy na talerz, prószymy lekko solą.
Na tą samą patelnię (ewentualnie można dodać jeszcze tłuszczu) wrzucamy pokrojoną w półplasterki lub kostkę cebulę, podsmażamy, po chwili dodajemy drobno posiekany czosnek*. Kiedy cebula się zeszkli dorzucamy pokrojone grzyby, podsmażamy. Dodajemy z powrotem na patelnię mięso, podlewamy niewielką ilością wody, wsypujemy roztarty w palcach tymianek, sól i pieprz do smaku. Dusimy na średnim ogniu do miękkości polędwiczek. To delikatne mięso w cienkich plastrach, wystarczy 20 góra 30 min., duszona zbyt długo zrobi się sucha.
Na koniec dodajemy zahartowaną śmietanę (do śmietany dodajemy łyżkę gorącego sosu z patelni, mieszamy dokładnie i wlewamy na patelnię), dokładnie mieszamy całość i jeszcze chwilę dusimy.


Podajemy z ziemniakami posypanymi zieleniną i surówką z młodej kapusty, kapusty kiszonej lub sałatą z winegretem (czy inną na jaką macie ochotę).

*Czosnek warto posiekać wcześniej i zostawić na 10min. w spokoju przed obróbką termiczną, dzięki temu nie straci aromatu podczas gotowania. W uproszczeniu chodzi o to, że zawarty w czosnku olejek lotny pod wpływem powietrza przekształca się w allicynę, która to odpowiada za charakterystyczny czosnkowy aromat. Usłyszałam o tym w którymś programie Okrasy i to rzeczywiście działa.