Z poprzedniego obiadu została Wam resztka pieczonego mięsa czy gulaszu, pieczonych lub gotowanych warzyw, ziemniaków?
W tani i prosty sposób można tę resztkę zamienić w smaczny (i jeśli naostrzycie nóż przed krojeniem, to i efektowny) obiad na dzień następny. Potrzebne nam będą tylko płat gotowego, niemrożonego ciasta francuskiego, piekarnik i jakaś surówka.
Na fotkach jest akurat gulasz z dynią. To jedyna wersja z kilku obiadowej rolady, którą mój marny aparat uchwycił w ostrości pozwalającej rozpoznać, że na zdjęciu jest jedzenie.
Do rolady gulaszowej resztki gulaszu odcedzamy na sitku (nadmiar wody z sosu rozmiękczy ciasto na mało smakowitą papkę) i wyjmujemy ewentualne ziela ang., pieprze, liście laurowe, itp. Rozwijamy płat ciasta, układamy równomiernie gulasz, zwijamy roladę.
Smarujemy wierzch ciasta mlekiem/śmietaną/roztopionym masłem/białkiem z jaja (żeby się ładnie zrumieniło), prószymy wierzch solą i pieczemy do zrumienienia ciasta w 180 stopniach (ok. 20-25).
Kroimy na grube plastry i zajadamy z surówką.
Na fotkach jest rolada upieczona w foremce, ale zdecydowanie smaczniej (więcej chrupiącego ciasta) i ładniej będzie jak zwiniecie zwykłą roladę i upieczecie bez foremki na posmarowanym olejem papierze do pieczenia.
Inne wersje nadzienia:
*pokrojone w małe kawałki mięso z pieczeni + drobno posiekana cebulka + kilka łyżek koncentratu pomidorowego do rozsmarowania na cieście przed ułożeniem cebulki i mięsa
*pieczone lub ugotowane na parze warzywa wymieszane z niedużą ilością sosu zrobionego ze śmietany, musztardy i ulubionych ziół
*ugotowane ziemniaki, pokrojone w niedużą kostkę + curry i świeżo mielony pieprz + zielony groszek z puszki + drobno posiekana cebulka
.
poniedziałek, 28 grudnia 2015
sobota, 28 listopada 2015
Czosnkowy twarożek do pyr z gzikiem
Od razu się przyznaję, że ten obiad to moja wariacja na temat pyr z gzikiem.
Naoglądałam się Okrasy, który akurat robił tradycyjną wersję i nabrałam ochoty na pieczone ziemniaki z czosnkowym serkiem.
Polecam Wam taki obiad bardzo.
I wcale nie musi to być danie na jakiś postny piątek.
To obiadek tak sycący, pachnący i pyszny, że można go zjeść także w środę czy sobotę.
I w dodatku jest to talerz bardzo ekonomiczny.
Cały sekret pysznego twarożku tkwi w dużej ilości czosnku przesmażonego na maśle.
Najbardziej pasują tu ziemniaki pieczone w żytniej mące, są najlepsze na świecie, pachnące ogniskiem (mimo że z piekarnika) z chrupką skórką i miękkim wnętrzem (receptura już była tu). Jeśli jednak nie macie piekarnika, to smacznie będzie też z ziemniakami z parowaru lub ugotowanymi w mundurkach.
Potrzeba (na 2 dorosłe osoby i dziecia):
-opakowanie naturalnego twarożku (ok. 150-200g)*
-4-5 ząbków czosnku
-kiszony ogórek (od biedy konserwowy)
-szczypior lub ćwiartka niedużej cebuli
-ewentualnie kawałek zielonej papryki
-sól i pieprz do smaku
-czubata łyżka masła
-i do tego ziemniaki (ile chcemy)
Do miski wrzucamy twarożek, drobno posiekane szczypior (lub cebulę), ogórka i ewentualną paprykę.
Na niedużej patelni roztapiamy masło i podsmażamy na nim czosnek przeciśnięty przez praskę (ewentualnie bardzo drobno posiekany). Czosnku nie rumienimy za bardzo, bo będzie gorzki, poza tym przypalone masło jest bardzo niezdrowe.
Czosnek wraz z masłem dodajemy do miski, mieszamy dokładnie, próbujemy, doprawiamy do smaku solą i pieprzem.
I już.
Smakowity czosnkowy twarożek gotowy. Bardzo aromatyczny, ale nie ostry, łagodny w smaku dzięki podsmażeniu czosnku na maśle.
Podajemy z ziemniakami i liśćmi sałaty, które bardzo tu smakowicie pasują chrupane pomiędzy kęsami ziemniaków z serkiem.
*na zdjęciu jest akurat całkiem gładki twarożek, ale może też być rozgnieciony widelcem serek wiejski, twaróg z kostki zagnieciony widelcem z łyżką śmietany lub kefiru, itp. w zależności od tego jaki serek lubicie i co akurat macie w lodówce
Naoglądałam się Okrasy, który akurat robił tradycyjną wersję i nabrałam ochoty na pieczone ziemniaki z czosnkowym serkiem.
Polecam Wam taki obiad bardzo.
I wcale nie musi to być danie na jakiś postny piątek.
To obiadek tak sycący, pachnący i pyszny, że można go zjeść także w środę czy sobotę.
I w dodatku jest to talerz bardzo ekonomiczny.
Cały sekret pysznego twarożku tkwi w dużej ilości czosnku przesmażonego na maśle.
Najbardziej pasują tu ziemniaki pieczone w żytniej mące, są najlepsze na świecie, pachnące ogniskiem (mimo że z piekarnika) z chrupką skórką i miękkim wnętrzem (receptura już była tu). Jeśli jednak nie macie piekarnika, to smacznie będzie też z ziemniakami z parowaru lub ugotowanymi w mundurkach.
Potrzeba (na 2 dorosłe osoby i dziecia):
-opakowanie naturalnego twarożku (ok. 150-200g)*
-4-5 ząbków czosnku
-kiszony ogórek (od biedy konserwowy)
-szczypior lub ćwiartka niedużej cebuli
-ewentualnie kawałek zielonej papryki
-sól i pieprz do smaku
-czubata łyżka masła
-i do tego ziemniaki (ile chcemy)
Do miski wrzucamy twarożek, drobno posiekane szczypior (lub cebulę), ogórka i ewentualną paprykę.
Na niedużej patelni roztapiamy masło i podsmażamy na nim czosnek przeciśnięty przez praskę (ewentualnie bardzo drobno posiekany). Czosnku nie rumienimy za bardzo, bo będzie gorzki, poza tym przypalone masło jest bardzo niezdrowe.
Czosnek wraz z masłem dodajemy do miski, mieszamy dokładnie, próbujemy, doprawiamy do smaku solą i pieprzem.
I już.
Smakowity czosnkowy twarożek gotowy. Bardzo aromatyczny, ale nie ostry, łagodny w smaku dzięki podsmażeniu czosnku na maśle.
Podajemy z ziemniakami i liśćmi sałaty, które bardzo tu smakowicie pasują chrupane pomiędzy kęsami ziemniaków z serkiem.
*na zdjęciu jest akurat całkiem gładki twarożek, ale może też być rozgnieciony widelcem serek wiejski, twaróg z kostki zagnieciony widelcem z łyżką śmietany lub kefiru, itp. w zależności od tego jaki serek lubicie i co akurat macie w lodówce
czwartek, 19 listopada 2015
Naleśniki z czekoladą i konfiturą z czarnego bzu
Nie umiem za dobrze i nie lubię tworzyć słodyczy i deserów. Nie jestem też ich zbyt zawziętym zjadaczem. Są jednak słodkie receptury-wyjątki, które uwielbiam i do których wracam...
Oto kompozycja idealna:
lekko słodkie ciasto wzbogacone skórką z cytryny, aromatyczna, gorzka czekolada i słodka konfitura bzowa, o charakterystycznym smaku idealnie komponującym się z czekoladą i przyjemnie chrupkich pesteczkach.
Jeśli nie zrobiliście sobie w tym roku czarnobzowej konfitury (a przecież przepis podawałam i radziłam żeby zrobić, klik), to pasować też będą powidła śliwkowe lub konfitura wiśniowa.
-ciasto naleśnikowe*
-brązowy cukier (lub miód)
-starta skórka z cytryny
-konfitura z czarnego bzu (ewentualnie wiśniowa lub powidła śliwkowe)
-grubo posiekana gorzka czekolada (ewentualnie mleczna jak nie lubicie gorzkiej)
*jeśli nie macie swojego ulubionego przepisu na ciasto naleśnikowe, to orientacyjne proporcje w moim są takie:
-1 jajko
-1 szklanka pełnotłustego mleka
-1,5-2 szklanek mąki (zwykłej pszennej lub pszennej z niedużą domieszką kukurydzianej)
-szczypta soli
-szklanka=250ml
-wszystko porządnie wymieszać trzepaczką
Do ciasta naleśnikowego (na ilość z jednego jajka) dodaję 2-3 łyżki brązowego cukru i łyżkę (ale nie bardzo czubatą) startej skórki z cytryny, mieszam.
Smażę naleśniki (lubię takie grubsze, ale smażycie oczywiście wedle własnego gustu).
Na gotowy naleśnik nałożyć konfiturę, posypać gorzką czekoladą, zwinąć i pożreć.
Jeśli mamy akurat ochotę na bardzo słodkie polewamy wierzch miodem lub syropem klonowym.
Niby proste, a jakież pyszne. Połączenie czarnego bzu, czekolady i delikatnego aromatu skórki cytrynowej jest genialne.
niedziela, 8 listopada 2015
Wyrazista sałatka z buraka
Nie jestem zagorzałym buraczanym fanem. Nie pieję z zachwytu nad barszczem z uszkami czy zasmażanymi tartymi buraczkami, gotowane z wody to już w ogóle w grę nie wchodzą.
Do tej pory jedyną szczerze lubianą przeze mnie formą buraka były buraki kiszone.
W tym roku okazało się, że lubię też buraki pieczone oraz taką właśnie sałatkę z buraków... gotowanych na parze.
Słodki burak zestawiony z wyrazistym, kwaskowym, czosnkowym sosem.
No i takiego buraka, to ja rozumiem.
Pycha.
Potrzeba:
-3 średnie buraki
-pół małej cebuli lub mała szalotka
-zimnotłoczony olej rzepakowy, olej rydzowy lub olej z orzechów włoskich (jaki macie i lubicie), ewentualnie oliwa (choć smak oliwy pasuje tu najmniej)
-1 lub 2 ząbki czosnku
-ocet jabłkowy
-sól, pieprz
-opcjonalnie drobno posiekana natka pietruszki lub świeży tymianek
Buraki kroimy w sporą kostkę (taką o boku 1cm) i gotujemy na parze (20-25min.). Jeśli nie macie parowaru oczywiście można ugotować buraki w wodzie (gotujemy w całości, kroimy jak przestygną). Polecam jednak gotowanie na parze, buraki będą smaczniejsze.
Drobno siekamy cebulę i wrzucamy do miski z burakami oraz opcjonalną zieleniną.
Do kubka wlewamy dwie łyżki octu i 3-4 łyżki oleju, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, trochę solimy i porządnie pieprzymy świeżo mielonym pieprzem. Dokładnie mieszamy.
Sos wlewamy do buraków i mieszamy, aż dokładnie je pokryje.
Taka sałatka będzie pasować do tradycyjnego obiadu w postaci ziemniaków z mięsem, do obiadu jarskiego z ziemniakami z sadzonym jajkiem lub wege kotletem albo do gulaszu z kaszą.
Można buraki posypać posiekaną zielenią.
Tymianek lub pietruszka zmieniają charakter sałatki. Obie wersje, czysto buraczkowa i z zielonym, są różne, ale równie smacznie.
Sos powinien być mocny, wyrazisty, kwaśny i pieprzno-czosnkowy, żeby smakowicie złamać słodycz buraków. Ale jeśli nie lubicie jak jest zbyt kwaśno i czosnkowo za pierwszym razem dajcie na początek jedną łyżkę octu i jeden ząbek czosnku, wymieszajcie sos z burakami i spróbujcie sałatkę. Drugą łyżkę octu i drugi ząbek czosnku zawsze można wmieszać później, kiedy po spróbowaniu uznacie, że chcecie je dodać. Dodać octu zawsze można, ale "odkwaśnić" się już nie da.
Do tej pory jedyną szczerze lubianą przeze mnie formą buraka były buraki kiszone.
W tym roku okazało się, że lubię też buraki pieczone oraz taką właśnie sałatkę z buraków... gotowanych na parze.
Słodki burak zestawiony z wyrazistym, kwaskowym, czosnkowym sosem.
No i takiego buraka, to ja rozumiem.
Pycha.
Potrzeba:
-3 średnie buraki
-pół małej cebuli lub mała szalotka
-zimnotłoczony olej rzepakowy, olej rydzowy lub olej z orzechów włoskich (jaki macie i lubicie), ewentualnie oliwa (choć smak oliwy pasuje tu najmniej)
-1 lub 2 ząbki czosnku
-ocet jabłkowy
-sól, pieprz
-opcjonalnie drobno posiekana natka pietruszki lub świeży tymianek
Buraki kroimy w sporą kostkę (taką o boku 1cm) i gotujemy na parze (20-25min.). Jeśli nie macie parowaru oczywiście można ugotować buraki w wodzie (gotujemy w całości, kroimy jak przestygną). Polecam jednak gotowanie na parze, buraki będą smaczniejsze.
Drobno siekamy cebulę i wrzucamy do miski z burakami oraz opcjonalną zieleniną.
Do kubka wlewamy dwie łyżki octu i 3-4 łyżki oleju, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, trochę solimy i porządnie pieprzymy świeżo mielonym pieprzem. Dokładnie mieszamy.
Sos wlewamy do buraków i mieszamy, aż dokładnie je pokryje.
Taka sałatka będzie pasować do tradycyjnego obiadu w postaci ziemniaków z mięsem, do obiadu jarskiego z ziemniakami z sadzonym jajkiem lub wege kotletem albo do gulaszu z kaszą.
Można buraki posypać posiekaną zielenią.
Tymianek lub pietruszka zmieniają charakter sałatki. Obie wersje, czysto buraczkowa i z zielonym, są różne, ale równie smacznie.
Sos powinien być mocny, wyrazisty, kwaśny i pieprzno-czosnkowy, żeby smakowicie złamać słodycz buraków. Ale jeśli nie lubicie jak jest zbyt kwaśno i czosnkowo za pierwszym razem dajcie na początek jedną łyżkę octu i jeden ząbek czosnku, wymieszajcie sos z burakami i spróbujcie sałatkę. Drugą łyżkę octu i drugi ząbek czosnku zawsze można wmieszać później, kiedy po spróbowaniu uznacie, że chcecie je dodać. Dodać octu zawsze można, ale "odkwaśnić" się już nie da.
niedziela, 18 października 2015
Gulasz z dzika z czerwonym winem i tymiankiem
Drugi przepis z dzikiem w roli głównej, danie niestety równie niefotogeniczne jak pierwsze (dzik z kurkami), ale smakujące przednio.
Aromatyczny, rozgrzewający gulasz w sam raz na jesienny czy zimowy obiad.
Do pożarcia z ziemniakami w kawałkach lub ziemniaczanym puree, pieczonymi ziemniakami, frytkami lub ze świeżym pieczywem (które można maczać w sosiku) oraz, np. z buraczkami, miksem sałat z vinegrtem lub surówką z selera, jabłek i orzechów, itp.
Potrzeba (2-3 porcje):
-400g mięsa z dzika, pokrojone w kawałki wielkości gulaszowej (tu gulaszowe z łopatki i karku)
-nieduża cebula
-3 ząbki czosku
-średnia marchewka i mała pietruszka
-ćwiartka małego selera
-5 cm kawałek pora (biała część)
-ćwiartka czerwonej papryki
-czubata łyżeczka tymianku, 3 ziarna jałowca, 3 ziarna ziela angielskiego, 4 goździki, liść laurowy, niepełna łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
-łyżka startej skórki z cytryny
-kilka (4-5) suszonych, wędzonych śliwek (ewentualnie, od biedy zwykłe suszone śliwki)
-szklanka (250 ml) czerwonego, wytrawnego wina
-łyżka miodu i dwie łyżki octu jabłkowego
-dwie duże łyżki gęsiego smalcu (ewentualnie masła)
Czosnek, marchewkę, pietruszkę i por kroimy w cienkie plasterki, cebulę w półplasterki, seler i paprykę w drobną kostkę.
Ze śliwek wyjmujemy pestki. Wieczorem do garnka wkładamy wszystkie składniki poza miodem i tłuszczem. Dolewamy wody, tylko tyle, żeby mięso było przykryte, mieszamy i odstawiamy na noc.
Rano podpalamy gaz, dodajmy miód i tłuszcz, i gotujemy gulasz na średnim ogniu ok. 1 godz. od zagotowania, najpierw pod przykryciem. W połowie gotowania odkrywamy garnek i gotujemy dalej na mniejszym ogniu, bez przykrycia. Sosik powinien w tym czasie zredukować się mniej więcej o połowę. Pod koniec gotowania solimy do smaku.
Wyłączmy gaz i dajemy gulaszowi odpocząć kilka godzin do przegryzienia się smaków.
W porze obiadowej odgrzewamy i zajadamy.
Smakowite, kruche, aromatyczne mięsko i pyszny sos.
Jeśli sosu zostanie nam dużo, to następnego dnia polecam zrobić kluski śląskie i podać je na oddzielny obiad z sosem z dzika i sałatką. Też będzie z tego pyszny obiadek i do tego ekonomiczny.
Uwagi techniczne:
*przyprawy w ziarenkach i goździki dobrze jest umieścić w zaparzaczu do herbaty (wiecie, takim sitku z metalowej siatki) i gotować w gulaszu w takiej właśnie klatce. Wtedy łatwo je usunąć i przy jedzeniu nie trzeba uważać, żeby ich nie rozgryźć :)
*wędzone śliwki nadają całemu gulaszowi niecodzienny aromat. Jeśli, jak ja, nie mieszkacie w rejonie ich występowania, to można wędzone węgierki zamówić przez internet albo (ja tak robię) kupić w większej ilości przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy są dostępne w sklepach i na bazarkach w całej Polsce na wigilijne kompoty i pomrozić w porcjach po kilka sztuk.
Dzik został zakupiony w ramach biedronkowej akcji gotujemy jak u mamy, ale jak mieszkacie w Warszawie nie musicie pędzić do tego dyskontu. Dostawca dziczego gulaszu, to stacjonarny sklep Dziki trop, mieszczący się na ulicy Gagarina i otwarty od poniedziałku do soboty.
Aromatyczny, rozgrzewający gulasz w sam raz na jesienny czy zimowy obiad.
Do pożarcia z ziemniakami w kawałkach lub ziemniaczanym puree, pieczonymi ziemniakami, frytkami lub ze świeżym pieczywem (które można maczać w sosiku) oraz, np. z buraczkami, miksem sałat z vinegrtem lub surówką z selera, jabłek i orzechów, itp.
Potrzeba (2-3 porcje):
-400g mięsa z dzika, pokrojone w kawałki wielkości gulaszowej (tu gulaszowe z łopatki i karku)
-nieduża cebula
-3 ząbki czosku
-średnia marchewka i mała pietruszka
-ćwiartka małego selera
-5 cm kawałek pora (biała część)
-ćwiartka czerwonej papryki
-czubata łyżeczka tymianku, 3 ziarna jałowca, 3 ziarna ziela angielskiego, 4 goździki, liść laurowy, niepełna łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
-łyżka startej skórki z cytryny
-kilka (4-5) suszonych, wędzonych śliwek (ewentualnie, od biedy zwykłe suszone śliwki)
-szklanka (250 ml) czerwonego, wytrawnego wina
-łyżka miodu i dwie łyżki octu jabłkowego
-dwie duże łyżki gęsiego smalcu (ewentualnie masła)
Czosnek, marchewkę, pietruszkę i por kroimy w cienkie plasterki, cebulę w półplasterki, seler i paprykę w drobną kostkę.
Ze śliwek wyjmujemy pestki. Wieczorem do garnka wkładamy wszystkie składniki poza miodem i tłuszczem. Dolewamy wody, tylko tyle, żeby mięso było przykryte, mieszamy i odstawiamy na noc.
Rano podpalamy gaz, dodajmy miód i tłuszcz, i gotujemy gulasz na średnim ogniu ok. 1 godz. od zagotowania, najpierw pod przykryciem. W połowie gotowania odkrywamy garnek i gotujemy dalej na mniejszym ogniu, bez przykrycia. Sosik powinien w tym czasie zredukować się mniej więcej o połowę. Pod koniec gotowania solimy do smaku.
Wyłączmy gaz i dajemy gulaszowi odpocząć kilka godzin do przegryzienia się smaków.
W porze obiadowej odgrzewamy i zajadamy.
Smakowite, kruche, aromatyczne mięsko i pyszny sos.
Jeśli sosu zostanie nam dużo, to następnego dnia polecam zrobić kluski śląskie i podać je na oddzielny obiad z sosem z dzika i sałatką. Też będzie z tego pyszny obiadek i do tego ekonomiczny.
Uwagi techniczne:
*przyprawy w ziarenkach i goździki dobrze jest umieścić w zaparzaczu do herbaty (wiecie, takim sitku z metalowej siatki) i gotować w gulaszu w takiej właśnie klatce. Wtedy łatwo je usunąć i przy jedzeniu nie trzeba uważać, żeby ich nie rozgryźć :)
*wędzone śliwki nadają całemu gulaszowi niecodzienny aromat. Jeśli, jak ja, nie mieszkacie w rejonie ich występowania, to można wędzone węgierki zamówić przez internet albo (ja tak robię) kupić w większej ilości przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy są dostępne w sklepach i na bazarkach w całej Polsce na wigilijne kompoty i pomrozić w porcjach po kilka sztuk.
Dzik został zakupiony w ramach biedronkowej akcji gotujemy jak u mamy, ale jak mieszkacie w Warszawie nie musicie pędzić do tego dyskontu. Dostawca dziczego gulaszu, to stacjonarny sklep Dziki trop, mieszczący się na ulicy Gagarina i otwarty od poniedziałku do soboty.
sobota, 17 października 2015
Dzik (lub wieprzowe polędwiczki) z kurkami
Obiad w pół godziny, kilka składników, efekt wykwintny, rewelacyjny, aromatyczny i pyszny.
Potrzeba (na 2 duże porcje):
-mięso z dzika, ewentualnie polędwiczka wieprzowa (400g)*
-dwie duże garście kurek (świeżych lub mrożonych)
-nieduża cebula
-2 duże ząbki czosnku
-pół szklanki białego wytrawnego wina
-sól, pieprz
-masło i oliwa
Mięso kroimy w małe kawałki*, cebulę w cienkie półplasterki, czosnek w cienkie plasterki.
Na dużej patelni z grubym dnem rozgrzewamy oliwę (taką do smażenia, nie extra virgin), dodajemy 2 czubate łyżki masła, jak się roztopi wrzucamy cebulę, smażymy do zeszklenia.
Dodajemy mięso i smażymy na ostrym ogniu mieszając, do 10 min.
Dorzucamy czosnek i kurki, obficie pieprzymy i trochę solimy.
Smażymy do miękkości kurek (3-5 min.). Wlewamy wino i zwiększmy ogień na maksa, żeby szybko je odparować. Chwilka i wyłączmy gaz.
Podajemy z buraczkami lub miksem sałat z winegretem i świeżym pieczywem z chrupiącą skórką, frytkami lub pieczonymi ziemniaczkami.
Mało fotogeniczne, ale bardzo smakowite.
*Wcześniej kilka razy robiłam takie danie z polędwiczki wieprzowej, polędwiczkę można po prostu pokroić w plastry o grubości 1,5cm. Z polędwiczką jest pysznie, ale z dzikiem pysznie o wiele bardziej. Dzik tu obecny to mięso z łopatki i karku pokrojone w kostkę 1,5cm, małe kawałki, żeby szybko się usmażyły. Niestety z dziczyzną mam małe doświadczenie, więc nie wiem, które inne części dziczej tuszy też nadają się do krótkiego smażenia, co by mięsko było mięciutkie, a nie do żucia. Z dojrzewaniem świeżego mięsa z dziczyzny też doświadczenia żadnego nie mam i nie podpowiem, co ze świeżym zrobić. Dzika ze zdjęcia zakupiłam w ramach akcji mamine gotowanie w znanym sklepie z biedronką w logo, to opakowanie miało ważność do 29. 10, więc jeszcze macie szansę się załapać.
PS po zapytaniu wujka google okazało się, że Dziki trop, dostawca biedronkowej dziczyzny, to stacjonarny sklep w Warszawie. Jak kto jest ze stolicy, to wcale nie musi pędzić do biedronki, może sobie kupić dzika w sklepie mieszczącym się niedaleko Łazienek. Cieszy mnie to bardzo, bo poza kurkowym dzikiem zrobiłam też gulasz z czerwonym winem (który też na blogu się pojawi) i chętnie poznam ten rodzaj mięsa bliżej.
Potrzeba (na 2 duże porcje):
-mięso z dzika, ewentualnie polędwiczka wieprzowa (400g)*
-dwie duże garście kurek (świeżych lub mrożonych)
-nieduża cebula
-2 duże ząbki czosnku
-pół szklanki białego wytrawnego wina
-sól, pieprz
-masło i oliwa
Mięso kroimy w małe kawałki*, cebulę w cienkie półplasterki, czosnek w cienkie plasterki.
Na dużej patelni z grubym dnem rozgrzewamy oliwę (taką do smażenia, nie extra virgin), dodajemy 2 czubate łyżki masła, jak się roztopi wrzucamy cebulę, smażymy do zeszklenia.
Dodajemy mięso i smażymy na ostrym ogniu mieszając, do 10 min.
Dorzucamy czosnek i kurki, obficie pieprzymy i trochę solimy.
Smażymy do miękkości kurek (3-5 min.). Wlewamy wino i zwiększmy ogień na maksa, żeby szybko je odparować. Chwilka i wyłączmy gaz.
Podajemy z buraczkami lub miksem sałat z winegretem i świeżym pieczywem z chrupiącą skórką, frytkami lub pieczonymi ziemniaczkami.
Mało fotogeniczne, ale bardzo smakowite.
*Wcześniej kilka razy robiłam takie danie z polędwiczki wieprzowej, polędwiczkę można po prostu pokroić w plastry o grubości 1,5cm. Z polędwiczką jest pysznie, ale z dzikiem pysznie o wiele bardziej. Dzik tu obecny to mięso z łopatki i karku pokrojone w kostkę 1,5cm, małe kawałki, żeby szybko się usmażyły. Niestety z dziczyzną mam małe doświadczenie, więc nie wiem, które inne części dziczej tuszy też nadają się do krótkiego smażenia, co by mięsko było mięciutkie, a nie do żucia. Z dojrzewaniem świeżego mięsa z dziczyzny też doświadczenia żadnego nie mam i nie podpowiem, co ze świeżym zrobić. Dzika ze zdjęcia zakupiłam w ramach akcji mamine gotowanie w znanym sklepie z biedronką w logo, to opakowanie miało ważność do 29. 10, więc jeszcze macie szansę się załapać.
PS po zapytaniu wujka google okazało się, że Dziki trop, dostawca biedronkowej dziczyzny, to stacjonarny sklep w Warszawie. Jak kto jest ze stolicy, to wcale nie musi pędzić do biedronki, może sobie kupić dzika w sklepie mieszczącym się niedaleko Łazienek. Cieszy mnie to bardzo, bo poza kurkowym dzikiem zrobiłam też gulasz z czerwonym winem (który też na blogu się pojawi) i chętnie poznam ten rodzaj mięsa bliżej.
niedziela, 11 października 2015
Bo dobra kawa nie jest zła, po turecku, z ziarnami kakaowca
Smakowita, aromatyczna kawa na leniwe, weekendowe śniadanie lub popołudnie z książką czy laptopem w fotelu.
Dobra w promieniach październikowego słońca, będzie wręcz niezastąpiona, gdy za oknem nastaną listopadowe śniegi z deszczem.
Moc poprawy humoru i smakowitość zawdzięcza ziarnom kakaowca, zakupionym w stanie surowym, świeżo uprażonym w rondelku tuż przed parzeniem kawy. One są sekretem tego napitku, ale to składnik trudno dostępny, jak ich nie macie, to można dodać łyżkę dobrego, ciemnego kakao. Nie będzie to całkiem to samo, ale spokojnie, nie zniechęcajcie się, z kakao też będzie aromatycznie i smakowicie, i humoropoprawczo.
Potrzeba:
na kubek 350ml
-dwie czubate łyżeczki kawy
-4-5 surowych ziaren kakao lub czubata łyżka kakao
-3 strączki kardamonu, zgniecione w palcach
-kawałek kory cynamonu
-łyżeczka brązowego cukru lub miodu (lub do smaku, jeśli lubicie słodko)
-4 ziarenka czarnego pieprzu, lekko rozgniecione (opcjonalnie)
W małym garnuszku (albo tygielku do kawy jak macie) kładziemy na dno ziarna kakao i prażymy z obu stron na małym gazie, aż zaczną pachnieć gorzką czekoladą (u mnie 3-4 minuty z każdej strony). Kruszymy w palcach, rozpadną się na ziarenka i łupinki. Do garnuszka wrzucamy też resztę składników. Wszystko zalewamy zimną wodą (jako miarki używam ulubionego kubka, tego w którym potem piję kawę, napełniam wodą po sam brzeg), doprowadzamy do wrzenia i po zagotowaniu trzymamy na niewielkim gazie jeszcze 5min. Wyłączamy gaz i odstawiamy na kolejne 5 min., żeby napar odpoczął i fusy opadły na dno. Przelewamy przez sitko do kubka, przelewamy powoli, żeby nie zmącić napitku, co by nam się potem fusy nie plątały w kubku.
Ta kawa najlepiej smakuje czarna, ale jeśli uznajecie tylko zabieloną to pasować tu będzie kapka mleka skondensowanego lub słodkie mleczko z tubki zamiast cukru.
Zasiadamy w fotelu pod miękkim kocykiem i pijemy małymi łyczkami delektując się wspaniałym smakiem i aromatem. Z taką kawą w dłoniach nie straszna jest nawet najpaskudniejsza pogoda za oknem.
Brzmi skomplikowanie, ale w rzeczywistości zaparzenie takiej kawy wcale nie jest trudne.
Czarny pieprz może i brzmi dziwnie, ale wbrew pozorom harmonijnie i smakowicie wtapia się w całość, nie bójcie się go dodać. Sprawi, że kawa będzie jeszcze bardziej rozgrzewająca.
Jeśli słodzicie miodem, to lepiej dodać go do kawy dopiero w kubku, nie gotować, żeby nie zabić jego cennych właściwości.
Z cynamonem nie ma co przesadzać, żeby nie zdominował smaku, dodaję niedużą drzazgę (ta na zdjęciu ma ok. 0,5 cm szerokości i 2 cm długości).
Jeśli macie po wypiciu kawy problemy z zaśnięciem, to nie pijcie tej pod wieczór, bo kakao samo w sobie działa pobudzająco i wzmaga pobudzające działanie kawy.
Dobra w promieniach październikowego słońca, będzie wręcz niezastąpiona, gdy za oknem nastaną listopadowe śniegi z deszczem.
Moc poprawy humoru i smakowitość zawdzięcza ziarnom kakaowca, zakupionym w stanie surowym, świeżo uprażonym w rondelku tuż przed parzeniem kawy. One są sekretem tego napitku, ale to składnik trudno dostępny, jak ich nie macie, to można dodać łyżkę dobrego, ciemnego kakao. Nie będzie to całkiem to samo, ale spokojnie, nie zniechęcajcie się, z kakao też będzie aromatycznie i smakowicie, i humoropoprawczo.
Potrzeba:
na kubek 350ml
-dwie czubate łyżeczki kawy
-4-5 surowych ziaren kakao lub czubata łyżka kakao
-3 strączki kardamonu, zgniecione w palcach
-kawałek kory cynamonu
-łyżeczka brązowego cukru lub miodu (lub do smaku, jeśli lubicie słodko)
-4 ziarenka czarnego pieprzu, lekko rozgniecione (opcjonalnie)
W małym garnuszku (albo tygielku do kawy jak macie) kładziemy na dno ziarna kakao i prażymy z obu stron na małym gazie, aż zaczną pachnieć gorzką czekoladą (u mnie 3-4 minuty z każdej strony). Kruszymy w palcach, rozpadną się na ziarenka i łupinki. Do garnuszka wrzucamy też resztę składników. Wszystko zalewamy zimną wodą (jako miarki używam ulubionego kubka, tego w którym potem piję kawę, napełniam wodą po sam brzeg), doprowadzamy do wrzenia i po zagotowaniu trzymamy na niewielkim gazie jeszcze 5min. Wyłączamy gaz i odstawiamy na kolejne 5 min., żeby napar odpoczął i fusy opadły na dno. Przelewamy przez sitko do kubka, przelewamy powoli, żeby nie zmącić napitku, co by nam się potem fusy nie plątały w kubku.
Ta kawa najlepiej smakuje czarna, ale jeśli uznajecie tylko zabieloną to pasować tu będzie kapka mleka skondensowanego lub słodkie mleczko z tubki zamiast cukru.
Zasiadamy w fotelu pod miękkim kocykiem i pijemy małymi łyczkami delektując się wspaniałym smakiem i aromatem. Z taką kawą w dłoniach nie straszna jest nawet najpaskudniejsza pogoda za oknem.
Brzmi skomplikowanie, ale w rzeczywistości zaparzenie takiej kawy wcale nie jest trudne.
Czarny pieprz może i brzmi dziwnie, ale wbrew pozorom harmonijnie i smakowicie wtapia się w całość, nie bójcie się go dodać. Sprawi, że kawa będzie jeszcze bardziej rozgrzewająca.
Jeśli słodzicie miodem, to lepiej dodać go do kawy dopiero w kubku, nie gotować, żeby nie zabić jego cennych właściwości.
Z cynamonem nie ma co przesadzać, żeby nie zdominował smaku, dodaję niedużą drzazgę (ta na zdjęciu ma ok. 0,5 cm szerokości i 2 cm długości).
Jeśli macie po wypiciu kawy problemy z zaśnięciem, to nie pijcie tej pod wieczór, bo kakao samo w sobie działa pobudzająco i wzmaga pobudzające działanie kawy.
wtorek, 22 września 2015
Konfitura, czarny bez i czerwone wino
Czarnobzowa konfitura, to mój ulubiony owocowy przetwór.
Przepis tradycyjny już był tu, a dziś przedstawiam Wam wersję bardziej wykwintną. Troszkę obawiałam się kombinacji z wersją tradycyjną, ale zupełnie niepotrzebnie, delikatny aromat grzanego wina super się z czarnym bzem komponuje. W przyszłym roku chyba zrobię tylko opcję z winem.
W domu raczej nie schodzą mi truskawkowe dżemy czy inne słodkie słoiki, ale na konfiturę z bzu zawsze znajdą się chętni. Boska jest do mocnej czarnej herbaty czy to po prostu na spodku obok kubka czy to wymieszana z naparem. Pyszna do naleśników lub do położenia na serniku. Wspaniała do świeżej chałki z masłem.
Potrzeba:
-1,5-2 kg owoców czarnego bzu
-butelka półsłodkiego czerwonego wina*
-kilka goździków (ok. 5 szt.) i kawałek kory cynamonu (ok. 3cm)
-szklanka cukru
-sok z jednej cytryny
-z tych proporcji wyszły mi 4 słoiczki 200ml
Na początek czeka nas najgorsza część roboty. Upierdliwe i pracochłonne skubanie. Baldachy trzeba przebrać, żeby oddzielić czarne, dojrzałe owocki od tych zielonych, czerwonych lub zeschłych**. Najwygodniej przeczesać baldachy widelcem omijając owocki niedojrzałe.
Przebrane owoce przepłukać, wsypać do garnka z grubym dnem lub na dużą, porządną patelnię, wsypać cukier, wlać wino, włożyć goździki i cynamon zamknięte w zaparzaczu do herbaty lub, np. obwiązane bawełnianą nitką (chodzi o to, żeby przyprawy łatwo się dało potem wyjąć), dodać sok z cytryny. Zagotować i trzymać na średnim ogniu tak długo, aż z wina zrobi się gęsty syrop. Na początku gotowania czarny bez wcale nie pachnie najsmaczniej, nieprzyjemnie pachnie zielskiem, ale spokojnie, gotowy pachnie pysznie.
Zostawić pod przykryciem do następnego dnia***. Spróbować, ewentualnie dosłodzić lub dodać więcej soku z cytryny. Zagotować i gorące przekładać w wyparzone słoiki, postawiać do góry dnem i zostawić tak, aż do ostygnięcia.
Smakowity i bardzo zdrowy jest też kompot z jabłek z dodatkiem czarnego bzu tu.
Niektórzy polecają przecierać przetwory z bzu przez sitko, żeby pozbyć się chrupiących pestek. Mnie te pestki nie przeszkadzają, powiem więcej, lubię je. Raz przetarłam konfiturę przez sitko i według mnie straciła na tym. Ale co kto lubi, decyzja należy oczywiście do Was.
*Nie musi to być oczywiście wino z górnej półki, ale też i nie najtańszy badziew. Dodajemy takie wino jakie smakuje Wam samo w sobie w kieliszku.
**Cała roślina zawiera trującą sambunigrynę, dlatego nie można zjadać owoców na surowo i odrzuca się niedojrzałe owoce i szypułki. Jednak spokojnie, nie ma się czego bać, po zagotowaniu nic trującego nie zostanie, kilka przeoczonych zielonych jagódek też nam nie zaszkodzi.
***Zagotowuję jeszcze następnego dnia, żeby dobić ewentualne bakterie, których przetrwalniki mogły przeżyć pierwsze gotowanie. Taki jest mój sposób na konserwację przetworów. Oczywiście można przełożyć w słoiczki po pierwszym gotowaniu i zapasteryzować następnego dnia. Prawdopodobnie nie jest to wcale konieczne i wystarczy po prostu nałożyć gorące w słoiczki, ale jak już się człek tyle naskubał, to wolę nie ryzykować ;)
Przepis tradycyjny już był tu, a dziś przedstawiam Wam wersję bardziej wykwintną. Troszkę obawiałam się kombinacji z wersją tradycyjną, ale zupełnie niepotrzebnie, delikatny aromat grzanego wina super się z czarnym bzem komponuje. W przyszłym roku chyba zrobię tylko opcję z winem.
W domu raczej nie schodzą mi truskawkowe dżemy czy inne słodkie słoiki, ale na konfiturę z bzu zawsze znajdą się chętni. Boska jest do mocnej czarnej herbaty czy to po prostu na spodku obok kubka czy to wymieszana z naparem. Pyszna do naleśników lub do położenia na serniku. Wspaniała do świeżej chałki z masłem.
Potrzeba:
-1,5-2 kg owoców czarnego bzu
-butelka półsłodkiego czerwonego wina*
-kilka goździków (ok. 5 szt.) i kawałek kory cynamonu (ok. 3cm)
-szklanka cukru
-sok z jednej cytryny
-z tych proporcji wyszły mi 4 słoiczki 200ml
Przebrane owoce przepłukać, wsypać do garnka z grubym dnem lub na dużą, porządną patelnię, wsypać cukier, wlać wino, włożyć goździki i cynamon zamknięte w zaparzaczu do herbaty lub, np. obwiązane bawełnianą nitką (chodzi o to, żeby przyprawy łatwo się dało potem wyjąć), dodać sok z cytryny. Zagotować i trzymać na średnim ogniu tak długo, aż z wina zrobi się gęsty syrop. Na początku gotowania czarny bez wcale nie pachnie najsmaczniej, nieprzyjemnie pachnie zielskiem, ale spokojnie, gotowy pachnie pysznie.
Zostawić pod przykryciem do następnego dnia***. Spróbować, ewentualnie dosłodzić lub dodać więcej soku z cytryny. Zagotować i gorące przekładać w wyparzone słoiki, postawiać do góry dnem i zostawić tak, aż do ostygnięcia.
Smakowity i bardzo zdrowy jest też kompot z jabłek z dodatkiem czarnego bzu tu.
Niektórzy polecają przecierać przetwory z bzu przez sitko, żeby pozbyć się chrupiących pestek. Mnie te pestki nie przeszkadzają, powiem więcej, lubię je. Raz przetarłam konfiturę przez sitko i według mnie straciła na tym. Ale co kto lubi, decyzja należy oczywiście do Was.
*Nie musi to być oczywiście wino z górnej półki, ale też i nie najtańszy badziew. Dodajemy takie wino jakie smakuje Wam samo w sobie w kieliszku.
**Cała roślina zawiera trującą sambunigrynę, dlatego nie można zjadać owoców na surowo i odrzuca się niedojrzałe owoce i szypułki. Jednak spokojnie, nie ma się czego bać, po zagotowaniu nic trującego nie zostanie, kilka przeoczonych zielonych jagódek też nam nie zaszkodzi.
***Zagotowuję jeszcze następnego dnia, żeby dobić ewentualne bakterie, których przetrwalniki mogły przeżyć pierwsze gotowanie. Taki jest mój sposób na konserwację przetworów. Oczywiście można przełożyć w słoiczki po pierwszym gotowaniu i zapasteryzować następnego dnia. Prawdopodobnie nie jest to wcale konieczne i wystarczy po prostu nałożyć gorące w słoiczki, ale jak już się człek tyle naskubał, to wolę nie ryzykować ;)
środa, 15 lipca 2015
Rybne mielaki, czyli aromatyczne i lekkie kebaby z ryby z kaparami
Rzadko trzymam się przepisów kropka w kropkę, zwykle traktuję je jak pomysł i robię po swojemu.
Jest jednak książka, którą kocham, do której przepisów podchodzę z pokorą i realizuję je bez zmian (lub prawie bez zmian).
Ta książka to "Jerozolima" autorstwa Ottolenghi i Tamimi, a zawarte w niej receptury są genialne i nic nie trzeba w nich zmieniać.
Dziś przedstawiam Wam rybne kebaby z tej książki, lekkie i aromatyczne kotleciki, bez intensywnego rybiego zapachu, idealne na lato; i na upały i podczas chłodniejszych, deszczowych dni.
Danie, które może być obiadem jednocześnie dla malucha i rodziców, bo jest smacznym pomysłem na rybę bez ości.
Potrzeba:
*500g filetów z białej ryby (np. dorsz, mintaj),
*pół pokruszonej czerstwej kajzerki,
*nieduże jajko,
*3 łyżki grubo posiekanych kaparów,
*pół pęczka koperku lub natki,
*2-3 cebulki dymki, posiekane,
*skórka otarta z 1 cytryny
*1-2 łyżki soku z cytryny,
*łyżeczka kuminu (przesiekanego lub utłuczonego w moździerzu),
*1/2 łyżeczki mielonej kurkumy,
*1/2 łyżeczki soli,
*świeżo mielony pieprz
Rybę tniemy na cienkie plasterki, a plasterki siekamy w drobną kostkę, pozbywając się przy okazji ewentualnych ości.
Przekładamy rybkę do miski, dajemy resztę składników i dokładnie wyrabiamy rękami.
Mokrymi dłońmi (żeby masa się nie lepiła do rąk) formujemy niewielkie placuszki lub paluchy (powinno wyjść ok. 12 sztuk), układamy je na talerzu i przykryte folią wkładamy do lodówki na 30 minut (lub kilka godzin, jeśli robimy je rano, a zjeść chcemy na obiad).
Kotleciki smażymy na średnim ogniu, ok. 4-6minut, aż zrumienią się równomiernie.
W książce proponują podać je z sałatką z opalanego bakłażana i kiszoną cytryną, u mnie pożarte zostały z młodymi ziemniaczkami i sałatą z winegretem.
Wybaczcie, że fotka taka biedna, ale dopiero pod koniec obiadu pomyślałam, że warto by te kotleciki sfotografować.
Opcja dla posiadaczy małego dziecia: posiekaną rybę mieszamy w misce najpierw z tymi przyprawami ( i w takiej ilości), które dzieć zje. Formujemy kilka kotlecików dla dziecia, a potem dorzucamy resztę przypraw, mieszamy i robimy kotleciki dla dorosłych (najlepiej jak będą różnić się kształtem). U mnie w wersji dla dziecia pomijam tylko większość cytrynowej skórki, sól i kapary.
Warto zrobić od razu z podwojonej ilości składników i zamrozić (już po usmażeniu). Są świetne jako awaryjny obiad prosto z zamrażarki, bo szybko się rozmrażają.
Jest jednak książka, którą kocham, do której przepisów podchodzę z pokorą i realizuję je bez zmian (lub prawie bez zmian).
Ta książka to "Jerozolima" autorstwa Ottolenghi i Tamimi, a zawarte w niej receptury są genialne i nic nie trzeba w nich zmieniać.
Dziś przedstawiam Wam rybne kebaby z tej książki, lekkie i aromatyczne kotleciki, bez intensywnego rybiego zapachu, idealne na lato; i na upały i podczas chłodniejszych, deszczowych dni.
Danie, które może być obiadem jednocześnie dla malucha i rodziców, bo jest smacznym pomysłem na rybę bez ości.
Potrzeba:
*500g filetów z białej ryby (np. dorsz, mintaj),
*pół pokruszonej czerstwej kajzerki,
*nieduże jajko,
*3 łyżki grubo posiekanych kaparów,
*pół pęczka koperku lub natki,
*2-3 cebulki dymki, posiekane,
*skórka otarta z 1 cytryny
*1-2 łyżki soku z cytryny,
*łyżeczka kuminu (przesiekanego lub utłuczonego w moździerzu),
*1/2 łyżeczki mielonej kurkumy,
*1/2 łyżeczki soli,
*świeżo mielony pieprz
Rybę tniemy na cienkie plasterki, a plasterki siekamy w drobną kostkę, pozbywając się przy okazji ewentualnych ości.
Przekładamy rybkę do miski, dajemy resztę składników i dokładnie wyrabiamy rękami.
Mokrymi dłońmi (żeby masa się nie lepiła do rąk) formujemy niewielkie placuszki lub paluchy (powinno wyjść ok. 12 sztuk), układamy je na talerzu i przykryte folią wkładamy do lodówki na 30 minut (lub kilka godzin, jeśli robimy je rano, a zjeść chcemy na obiad).
Kotleciki smażymy na średnim ogniu, ok. 4-6minut, aż zrumienią się równomiernie.
W książce proponują podać je z sałatką z opalanego bakłażana i kiszoną cytryną, u mnie pożarte zostały z młodymi ziemniaczkami i sałatą z winegretem.
Wybaczcie, że fotka taka biedna, ale dopiero pod koniec obiadu pomyślałam, że warto by te kotleciki sfotografować.
Opcja dla posiadaczy małego dziecia: posiekaną rybę mieszamy w misce najpierw z tymi przyprawami ( i w takiej ilości), które dzieć zje. Formujemy kilka kotlecików dla dziecia, a potem dorzucamy resztę przypraw, mieszamy i robimy kotleciki dla dorosłych (najlepiej jak będą różnić się kształtem). U mnie w wersji dla dziecia pomijam tylko większość cytrynowej skórki, sól i kapary.
Warto zrobić od razu z podwojonej ilości składników i zamrozić (już po usmażeniu). Są świetne jako awaryjny obiad prosto z zamrażarki, bo szybko się rozmrażają.
środa, 10 czerwca 2015
Kwiatowy szprycer na upalne popołudnia
Błękitne niebo, cykanie świerszczy, schłodzone wino i bukiet polnego kwiecia...
Romantycznie to brzmi, prawda?
Mnie jednak do romantyków daleko i kwiatki wolę zjeść niż wetknąć do wazonika ;) Jak spróbujecie tego napitku to i Wam polne kwiecie zacznie kojarzyć się także spożywczo, nie tylko z bukietem.
Napój idealny na upalne popołudnia i wieczory, smakowity i orzeźwiający.
Potrzeba:
-butelka półsłodkiego białego wina,
-kubek (300ml) słodko pachnących kwiatów* (np. koniczyny i robinii, zwanej akacją),
-opcjonalnie dla dodania owocowego posmaku 1-2 truskawki (albo kilka malin, albo pół plastra świeżego ananasa, albo kilka dojrzałych mirabelek),
-woda gazowana lub wino musujące,
-kostki lodu
Kwiaty (i pokrojoną w plastry truskawkę) wrzucamy do dużego dzbanka, zalewamy winem, przykrywamy szczelnie (np. folią spożywczą) i wstawiamy do lodówki, żeby się w winie wymoczyły i oddały mu swój bezcenny smak i aromat. Potrzebować będą co najmniej ze trzech, czterech godzin, ale zdecydowanie najlepiej wstawić je do lodówki dzień wcześniej.
Reszta jest już prosta.
Do szklaneczki lub kieliszka wkładamy kostkę lodu, przez sitko nalewamy wino do 2/3 objętości i uzupełniamy wodą gazowaną (niezbyt mocno schłodzoną, jak będzie zbyt zimna, to nie będzie czuć bąbelków). Jeśli napój planujemy na imprezę i nie chcemy wina rozcieńczać, to zamiast wody gazowanej możemy użyć wina musującego.
Można dać po kilka kwiatków lub płatków do dekoracji.
* Napitek ze zdjęć jest zrobiony głównie na bazie rozkosznie słodko pachnącej koniczyny białej i łąkowej (różowej) oraz kwiatów robinii (potocznie zwanej akacją), ale to nie jedyne kwiaty, których można użyć do kwiatowego szprycera. Możecie mieszać lub trzymać się jednego rodzaju. Pasować będą też płatki dzikiej róży lub piwonii, kwiaty jeżyn lub malin, jaśminu, chabru, wyki, bzu lilaka. Jeśli lubicie jego zapach dajcie rumianek. Teraz już po ptokach, ale na przyszły rok, jakby upały przyszły wcześniej można dać kwiaty jabłoni, pigwowca, wiśni, śliwy, np. mirabelki, fiołka wonnego. To pierwsze gatunki, które przychodzą mi do głowy, ale oczywiście nie jedyne, których można użyć.
W lipcu można użyć kwiaty lipy i/lub wiązówki błotnej.
Kwiatowe ABC:
Romantycznie to brzmi, prawda?
Mnie jednak do romantyków daleko i kwiatki wolę zjeść niż wetknąć do wazonika ;) Jak spróbujecie tego napitku to i Wam polne kwiecie zacznie kojarzyć się także spożywczo, nie tylko z bukietem.
Napój idealny na upalne popołudnia i wieczory, smakowity i orzeźwiający.
Potrzeba:
-butelka półsłodkiego białego wina,
-kubek (300ml) słodko pachnących kwiatów* (np. koniczyny i robinii, zwanej akacją),
-opcjonalnie dla dodania owocowego posmaku 1-2 truskawki (albo kilka malin, albo pół plastra świeżego ananasa, albo kilka dojrzałych mirabelek),
-woda gazowana lub wino musujące,
-kostki lodu
Kwiaty (i pokrojoną w plastry truskawkę) wrzucamy do dużego dzbanka, zalewamy winem, przykrywamy szczelnie (np. folią spożywczą) i wstawiamy do lodówki, żeby się w winie wymoczyły i oddały mu swój bezcenny smak i aromat. Potrzebować będą co najmniej ze trzech, czterech godzin, ale zdecydowanie najlepiej wstawić je do lodówki dzień wcześniej.
Kwiatowe wino z fotki zrobione zostało w półlitrowym kuflu.
Głupi to był pomysł, nie dość, że za mało, to jeszcze bardzo trudno było to przelać.
Reszta jest już prosta.
Do szklaneczki lub kieliszka wkładamy kostkę lodu, przez sitko nalewamy wino do 2/3 objętości i uzupełniamy wodą gazowaną (niezbyt mocno schłodzoną, jak będzie zbyt zimna, to nie będzie czuć bąbelków). Jeśli napój planujemy na imprezę i nie chcemy wina rozcieńczać, to zamiast wody gazowanej możemy użyć wina musującego.
Można dać po kilka kwiatków lub płatków do dekoracji.
* Napitek ze zdjęć jest zrobiony głównie na bazie rozkosznie słodko pachnącej koniczyny białej i łąkowej (różowej) oraz kwiatów robinii (potocznie zwanej akacją), ale to nie jedyne kwiaty, których można użyć do kwiatowego szprycera. Możecie mieszać lub trzymać się jednego rodzaju. Pasować będą też płatki dzikiej róży lub piwonii, kwiaty jeżyn lub malin, jaśminu, chabru, wyki, bzu lilaka. Jeśli lubicie jego zapach dajcie rumianek. Teraz już po ptokach, ale na przyszły rok, jakby upały przyszły wcześniej można dać kwiaty jabłoni, pigwowca, wiśni, śliwy, np. mirabelki, fiołka wonnego. To pierwsze gatunki, które przychodzą mi do głowy, ale oczywiście nie jedyne, których można użyć.
W lipcu można użyć kwiaty lipy i/lub wiązówki błotnej.
Kwiatowe ABC:
- Kwiaty zbieramy w dni słoneczne i bez opadów. Deszcz spłukuje z nich to najcenniejsze, czyli pyłek, poza tym w pochmurną pogodę, nie wygrzane słońcem kwiaty nie są dość aromatyczne.
- Swego czasu bardzo zdziwiło mnie, że większość kwiatów wcale nie jest słodka. Wiele z nich jest kwaśnych (jabłoń, pigwowiec), a nawet pikantnych lub gorzkich. Na ten przykład kwiaty nasturcji, rzodkiewki czy rzeżuchy smakują zdecydowanie obiadowo, nie deserowo i się do szprycera nie nadadzą. Kwiaty czeremchy czy głogu za to wyglądają pięknie, ale jak dla mnie to bardziej śmierdzą niż pachną.
- Uwaga, także na naszych rodzimych łąkach, krzakach i lasach zdarzają się kwiaty mogące zaszkodzić, a nawet trujące, np. piękny i niewinnie wyglądający kąkol lub żółciutki szelężnik. Jeśli nie jesteście pewni co to za kwiat lepiej zostawić go na łące.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

