.

.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Omułki duszone w białym winie


Mule najbardziej lubię w wersji całkowicie klasycznej, szybkiej i prostej do wykonania.
Duszone w białym winie.
Grzechoczące skorupki ze smakowitym wnętrzem podane w głębokim talerzu z pieczywem do maczania w sosie; może to być bagietka, ciabatta lub (możecie się zdziwić, ale naprawdę dobrze to się komponuje) żytni chleb na zakwasie.
Pyszności.
Zawsze kiedy Biedronka lub Lidl w ramach tematycznych tygodni rzucają klientom na przynętę świeże mule łykam ten haczyk i pędzę do jednego lub drugiego dyskontu. Póki nie wygram w totka kilo muli po 12 zł to coś czym nie pogardzę.


Potrzeba (na 2 osoby):
-1kg świeżych muli
-duża cebula pokrojona w cienkie półplasterki, 3-6 ząbków czosnku pokrojonych w cienkie plasterki, ostra papryczka pokrojona w cienkie plasterki lub chilli w płatkach, pomidor pokrojony w niedużą kostkę, grubo posiekany pęczek natki pietruszki, pasek (5-8cm) skórki z cytryny lub limonki
-pół butelki białego, wytrawnego wina
-ok. 50g masła i 3 łyżki oliwy do smażenia
-sól, pieprz, troszkę suszonego lub gałązka świeżego tymianku
-opcjonalnie: nieduża marchewka pokrojona w cienkie plasterki, kawałek (ok. 1/4) słodkiej papryki w ulubionym kolorze pokrojony w niedużą kostkę, ok. 3 cm kawałek świeżego imbiru drobno posiekany


Mule dokładnie myjemy.
Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy masło, jak się roztopi wrzucamy cebulę, czosnek, marchewkę, imbir i paprykę. Podsmażamy. Jak cebula się zeszkli wlewamy wino, dodajemy pomidora, tymianek, większość natki, ostrą papryczkę (do smaku), pasek cytrusowej skórki, sól i pieprz.
Jak całość zawrze wsypujemy mule, mieszamy dokładnie, przykrywamy i dusimy na średnim ogniu ok. 5 minut. Zdejmujemy pokrywkę, mieszamy (uwielbiam ten dźwięk grzechoczących przy mieszaniu skorupek), lekko zwiększamy ogień i gotujemy jeszcze 5 minut bez pokrywki, żeby sos trochę odparował.
Na głębokie talerze nakładamy chochelką mule razem z winnym wywarem, posypujemy z wierzchu odłożoną natką i zajadamy. Sosik wybieramy mocząc w nim pieczywo lub nabieramy używając muszli jak łyżeczki i chłepczemy ze smakiem. Całość popijamy drugą połową butelki tego wina, które wlaliśmy do muli.
A potem mrucząc z zadowolenia leżymy na kanapie lub w fotelu i oglądamy dobry film sącząc drugą butelkę białego wina ;)

...

Uwagi techniczne:
-podczas mycia muli: te z małży, które były uchylone i przy myciu skorupek się nie zamknęły mogą być martwe, trzeba nimi postukać o blat czy zlew. Jeśli nadal się nie zamkną można pokłapać kilka razy skorupką jak paszczą. Jeśli po tych zabiegach małż nie zamknie choć na chwilę muszli, to znaczy, że jest nieżywy i go wyrzucamy;
-wszystkie mule, które po ugotowaniu pozostały zamknięte zamiast wyraźnie się rozchylić wyrzucamy, bo to znaczy, że były martwe i mogły zdążyć się popsuć;
-jeśli chodzi o składniki opcjonalne, to  papryka i marchewka nie wpływają zbytnio na smak potrawy, za to ładnie wyglądają i podwyższają atrakcyjność dania; imbir nie jest klasycznym dodatkiem, ale jak dla mnie bardzo pasuje i ożywia smak, jeśli go nie lubicie, to pomińcie;
-od biedy można też użyć mrożonych omułków bez skorupek, ale muszle mają swój własny aromat i takie danie też będzie smaczne, ale mniej, poza tym mrożone małże mają tendencję do rozpadania się w trakcie gotowania;
-na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy na talerzu same skorupki i niewiele jedzenia, ale to tylko złudzenie, talerz wypełniony muszelkami to wcale nie jest jeno mała przekąska, małże (podobnie jak krewetki) są o wiele bardziej sycące niż na to wyglądają.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Cytrusowy zapach do zmywarki

Dziś nie przepis, a kuchenna sztuczka dla posiadaczy zmywarek (jakże ja kocham ten wynalazek ;)
Mojej zdarza się czasem niezbyt ładnie pachnieć z wnętrza, a fakt, że przy małym dzieciu muszą ją trzymać praktycznie cały czas zamkniętą na zapach nie pomaga. Kupnych zapachów odświeżających nie znoszę.
Co to za przyjemność ze smakowania napitku czy potrawy jeśli wszystko co podam w świeżo umytym kubku czy na talerzu pachnie sztuczną cytryną jak jakiś proszek do prania?
Rozwiązanie w tym wypadku jest bardzo proste.
Skórki z cytrusów.
I już.

Po prostu przed włączeniem zmywania wystarczy włożyć do środka koszyczka na sztućce kawałki* skórki odkrojonej wraz z albedo (to ta biała warstwa pod skórką) z cytryny, grejpfruta, pomarańczy czy limonki (co akurat mamy i co lubimy, można zrobić mix). Jeśli użyjemy skórki z pomarańczy czy cytryny możemy wbić w nią jeden czy dwa goździki.
Po otwarciu zmywarki powita nas delikatny zapach cytrusów, świeżo pachnie sama zmywarka, ale naczynia zapachu nie przejmują.
Olejki eteryczne zawarte w cytrusowych skórkach mają dodatkowo działanie lekko odkażające.
Osobiście najbardziej lubię zapach grejpfrutowy, ale najczęściej mam pod ręką skórkę z cytryny, bo ta gości u mnie w kuchni stale, a reszta tylko czasem.
Skórki z mandarynki się raczej nie nadają, one akurat nie pachną najlepiej po upraniu w zmywarce.

*Im więcej skórek tym mocniejszy zapach, ale nie ma potrzeby zapychać połowy koszyczka na sztućce. Zwykle wkładam 2-4 paski skórki o grubości jaka się zetnie nożykiem do owoców (1,5 cm) i długości tyle co obwód owocu (10-15 cm).

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Kalafior w kukurydzianej panierce a'la pałki z kurczaka

Na zdjęciu moim beznadziejnym aparatem nie prezentuje się zbyt okazale, ale w rzeczywistości wygląda świetnie i równie dobrze smakuje.
Aromatyczna, chrupka panierka w dużej mierze tłumi zapach kalafiora, więc takie kalafiorowe pałki to propozycja nie tylko dla fanów tego warzywa, Ci którzy za nim przepadają mniej też mogą wypróbować.
2-letni dzieć, czyli bardzo surowy krytyk kulinarny, był zachwycony.
Taki kalafior jest bardzo sycący, u mnie był pysznym obiadem podany po prostu z czosnkowym twarożkiem (np. takim). Dobrze sprawdzi się też jako ciepła kolacja. Mniejszą ilość różyczek można podać jako obiad w towarzystwie tłuczonych ziemniaków i sadzonego jajka lub lekkiej sałaty z winegretem.

Potrzeba:
-kalafior podzielony na różyczki
-jajko
-mąka z ciecierzycy lub kukurydziana, ewentualnie zwykła pszenna
-pół szklanki mleka, piwa lub wody
-czubata łyżeczka wędzonej słodkiej papryki i czubata łyżeczka słodkiej papryki (lub czubata łyżka samej słodkiej papryki jak nie macie wędzonej), spora szczypta ostrej papryki, łyżeczka curry, pieprz, sól
-płatki kukurydziane

Podzielony na różyczki kalafior gotujemy na parze po lekkim oprószeniu solą lub gotujemy w osolonej wodzie. Ważne żeby był jeszcze trochę twardawy, rozgotowany się nie nada.
Ugotowany odstawiamy do ostygnięcia.
Do dużego kubka lub niedużej miseczki wsypujemy przyprawy i wbijamy jajko, dokładnie roztrzepujemy widelcem, aż białko, żółtko i przyprawy dokładnie się połączą. Wlewamy mleko/piwo/wodę, mieszamy. Po łyżce, cały czas mieszając (żeby nie zrobiły się grudki), dodajemy mąkę, aż do uzyskania konsystencji ciasta naleśnikowego lub gęstej śmietany.
Płatki kukurydziane tłuczemy w moździerzu lub kruszymy w palcach albo za pomocą tłuczka do mięsa, niezbyt drobno. Potrzebna nam będzie spora miska pokruszonych płatków.
Kawałki kalafiora zanurzamy w cieście (nadmiar strzepujemy z powrotem do kubka), po czym dokładnie obtaczamy w pokruszonych płatkach.
Kawałki kalafiora smażymy w głębokim tłuszczu, aż panierka się zrobi się złocista.
Usmażone kawałki układamy na chwilkę na papierowym ręczniku, żeby odsączyć nadmiar tłuszczu.
Pożeramy póki gorące i chrupiące.
Bardzo mniam.

Inspiracją był przepis zamieszczony przez jedną z mam na facebookowej grupie ''BLW przepisy'', grupie z przepisami dla dorosłych i maluchów.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Rolada obiadowa, czyli smaczny obiad z resztek

Z poprzedniego obiadu została Wam resztka pieczonego mięsa czy gulaszu, pieczonych lub gotowanych warzyw, ziemniaków?
W tani i prosty sposób można tę resztkę zamienić w smaczny (i jeśli naostrzycie nóż przed krojeniem, to i efektowny) obiad na dzień następny. Potrzebne nam będą tylko płat gotowego, niemrożonego ciasta francuskiego, piekarnik i jakaś surówka.
Na fotkach jest akurat gulasz z dynią. To jedyna wersja z kilku obiadowej rolady, którą mój marny aparat uchwycił w ostrości pozwalającej rozpoznać, że na zdjęciu jest jedzenie.

Do rolady gulaszowej resztki gulaszu odcedzamy na sitku (nadmiar wody z sosu rozmiękczy ciasto na mało smakowitą papkę) i wyjmujemy ewentualne ziela ang., pieprze, liście laurowe, itp. Rozwijamy płat ciasta, układamy równomiernie gulasz, zwijamy roladę.
Smarujemy wierzch ciasta mlekiem/śmietaną/roztopionym masłem/białkiem z jaja (żeby się ładnie zrumieniło), prószymy wierzch solą i pieczemy do zrumienienia ciasta w 180 stopniach (ok. 20-25).
Kroimy na grube plastry i zajadamy z surówką.
Na fotkach jest rolada upieczona w foremce, ale zdecydowanie smaczniej (więcej chrupiącego ciasta) i ładniej będzie jak zwiniecie zwykłą roladę i upieczecie bez foremki na posmarowanym olejem papierze do pieczenia.


Inne wersje nadzienia:
*pokrojone w małe kawałki mięso z pieczeni + drobno posiekana cebulka + kilka łyżek koncentratu pomidorowego do rozsmarowania na cieście przed ułożeniem cebulki i mięsa
*pieczone lub ugotowane na parze warzywa wymieszane z niedużą ilością sosu zrobionego ze śmietany, musztardy i ulubionych ziół
*ugotowane ziemniaki, pokrojone w niedużą kostkę + curry i świeżo mielony pieprz + zielony groszek z puszki + drobno posiekana cebulka

sobota, 28 listopada 2015

Czosnkowy twarożek do pyr z gzikiem

Od razu się przyznaję, że ten obiad to moja wariacja na temat pyr z gzikiem.
Naoglądałam się Okrasy, który akurat robił tradycyjną wersję i nabrałam ochoty na pieczone ziemniaki z czosnkowym serkiem.
Polecam Wam taki obiad bardzo.
I wcale nie musi to być danie na jakiś postny piątek.
To obiadek tak sycący, pachnący i pyszny, że można go zjeść także w środę czy sobotę.
I w dodatku jest to talerz bardzo ekonomiczny.
Cały sekret pysznego twarożku tkwi w dużej ilości czosnku przesmażonego na maśle.

Najbardziej pasują tu ziemniaki pieczone w żytniej mące, są najlepsze na świecie, pachnące ogniskiem (mimo że z piekarnika) z chrupką skórką i miękkim wnętrzem (receptura już była tu). Jeśli jednak nie macie piekarnika, to smacznie będzie też z ziemniakami z parowaru lub ugotowanymi w mundurkach.


Potrzeba (na 2 dorosłe osoby i dziecia):
-opakowanie naturalnego twarożku (ok. 150-200g)*
-4-5 ząbków czosnku
-kiszony ogórek (od biedy konserwowy)
-szczypior lub ćwiartka niedużej cebuli
-ewentualnie kawałek zielonej papryki
-sól i pieprz do smaku
-czubata łyżka masła
-i do tego ziemniaki (ile chcemy)

Do miski wrzucamy twarożek, drobno posiekane szczypior (lub cebulę), ogórka i ewentualną paprykę.
Na niedużej patelni roztapiamy masło i podsmażamy na nim czosnek przeciśnięty przez praskę (ewentualnie bardzo drobno posiekany). Czosnku nie rumienimy za bardzo, bo będzie gorzki, poza tym przypalone masło jest bardzo niezdrowe.
Czosnek wraz z masłem dodajemy do miski, mieszamy dokładnie, próbujemy, doprawiamy do smaku solą i pieprzem.
I już.
Smakowity czosnkowy twarożek gotowy. Bardzo aromatyczny, ale nie ostry, łagodny w smaku dzięki podsmażeniu czosnku na maśle.

Podajemy z ziemniakami i liśćmi sałaty, które bardzo tu smakowicie pasują chrupane pomiędzy kęsami ziemniaków z serkiem. 

*na zdjęciu jest akurat całkiem gładki twarożek, ale może też być rozgnieciony widelcem serek wiejski, twaróg z kostki zagnieciony widelcem z łyżką śmietany lub kefiru, itp. w zależności od tego jaki serek lubicie i co akurat macie w lodówce

czwartek, 19 listopada 2015

Naleśniki z czekoladą i konfiturą z czarnego bzu


Nie umiem za dobrze i nie lubię tworzyć słodyczy i deserów. Nie jestem też ich zbyt zawziętym zjadaczem. Są jednak słodkie receptury-wyjątki, które uwielbiam i do których wracam...
Oto kompozycja idealna:
lekko słodkie ciasto wzbogacone skórką z cytryny, aromatyczna, gorzka czekolada i słodka konfitura bzowa, o charakterystycznym smaku idealnie komponującym się z czekoladą i przyjemnie chrupkich pesteczkach.

Jeśli nie zrobiliście sobie w tym roku czarnobzowej konfitury (a przecież przepis podawałam i radziłam żeby zrobić, klik), to pasować też będą powidła śliwkowe lub konfitura wiśniowa.

Potrzeba:
-ciasto naleśnikowe*
-brązowy cukier (lub miód)
-starta skórka z cytryny
-konfitura z czarnego bzu (ewentualnie wiśniowa lub powidła śliwkowe)
-grubo posiekana gorzka czekolada (ewentualnie mleczna jak nie lubicie gorzkiej)
*jeśli nie macie swojego ulubionego przepisu na ciasto naleśnikowe, to orientacyjne proporcje w moim są takie:
-1 jajko
-1 szklanka pełnotłustego mleka
-1,5-2 szklanek mąki (zwykłej pszennej lub pszennej z niedużą domieszką kukurydzianej)
-szczypta soli
-szklanka=250ml
-wszystko porządnie wymieszać trzepaczką


Do ciasta naleśnikowego (na ilość z jednego jajka) dodaję 2-3 łyżki brązowego cukru i łyżkę (ale nie bardzo czubatą) startej skórki z cytryny, mieszam.
Smażę naleśniki (lubię takie grubsze, ale smażycie oczywiście wedle własnego gustu).
Na gotowy naleśnik nałożyć konfiturę, posypać gorzką czekoladą, zwinąć i pożreć.
Jeśli mamy akurat ochotę na bardzo słodkie polewamy wierzch miodem lub syropem klonowym.

Niby proste, a jakież pyszne. Połączenie czarnego bzu, czekolady i delikatnego aromatu skórki cytrynowej jest genialne.

niedziela, 8 listopada 2015

Wyrazista sałatka z buraka

Nie jestem zagorzałym buraczanym fanem. Nie pieję z zachwytu nad barszczem z uszkami czy zasmażanymi tartymi buraczkami, gotowane z wody to już w ogóle w grę nie wchodzą.
Do tej pory jedyną szczerze lubianą przeze mnie formą buraka były buraki kiszone.
W tym roku okazało się, że lubię też buraki pieczone oraz taką właśnie sałatkę z buraków... gotowanych na parze.
Słodki burak zestawiony z wyrazistym, kwaskowym, czosnkowym sosem.
No i takiego buraka, to ja rozumiem.
Pycha.
Potrzeba:
-3 średnie buraki
-pół małej cebuli lub mała szalotka
-zimnotłoczony olej rzepakowy, olej rydzowy lub olej z orzechów włoskich (jaki macie i lubicie), ewentualnie oliwa (choć smak oliwy pasuje tu najmniej)
-1 lub 2 ząbki czosnku
-ocet jabłkowy
-sól, pieprz
-opcjonalnie drobno posiekana natka pietruszki lub świeży tymianek

Buraki kroimy w sporą kostkę (taką o boku 1cm) i gotujemy na parze (20-25min.). Jeśli nie macie parowaru oczywiście można ugotować buraki w wodzie (gotujemy w całości, kroimy jak przestygną). Polecam jednak gotowanie na parze, buraki będą smaczniejsze.
Drobno siekamy cebulę i wrzucamy do miski z burakami oraz opcjonalną zieleniną.
Do kubka wlewamy dwie łyżki octu i 3-4 łyżki oleju, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, trochę solimy i porządnie pieprzymy świeżo mielonym pieprzem. Dokładnie mieszamy.
Sos wlewamy do buraków i mieszamy, aż dokładnie je pokryje.

Taka sałatka będzie pasować do tradycyjnego obiadu w postaci ziemniaków z mięsem, do obiadu jarskiego z ziemniakami z sadzonym jajkiem lub wege kotletem albo do gulaszu z kaszą.
Można buraki posypać posiekaną zielenią.
Tymianek lub pietruszka zmieniają charakter sałatki. Obie wersje, czysto buraczkowa i z zielonym, są różne, ale równie smacznie.

Sos powinien być mocny, wyrazisty, kwaśny i pieprzno-czosnkowy, żeby smakowicie złamać słodycz buraków. Ale jeśli nie lubicie jak jest zbyt kwaśno i czosnkowo za pierwszym razem dajcie na początek jedną łyżkę octu i jeden ząbek czosnku, wymieszajcie sos z burakami i spróbujcie sałatkę. Drugą łyżkę octu i drugi ząbek czosnku zawsze można wmieszać później, kiedy po spróbowaniu uznacie, że chcecie je dodać. Dodać octu zawsze można, ale "odkwaśnić" się już nie da.

niedziela, 18 października 2015

Gulasz z dzika z czerwonym winem i tymiankiem

Drugi przepis z dzikiem w roli głównej, danie niestety równie niefotogeniczne jak pierwsze (dzik z kurkami), ale smakujące przednio.
Aromatyczny, rozgrzewający gulasz w sam raz na jesienny czy zimowy obiad.
Do pożarcia z ziemniakami w kawałkach lub ziemniaczanym puree, pieczonymi ziemniakami, frytkami lub ze świeżym pieczywem (które można maczać w sosiku) oraz, np. z buraczkami, miksem sałat z vinegrtem lub surówką z selera, jabłek i orzechów, itp.

Potrzeba (2-3 porcje):
-400g mięsa z dzika, pokrojone w kawałki wielkości gulaszowej (tu gulaszowe z łopatki i karku)
-nieduża cebula
-3 ząbki czosku
-średnia marchewka i mała pietruszka
-ćwiartka małego selera
-5 cm kawałek pora (biała część)
-ćwiartka czerwonej papryki
-czubata łyżeczka tymianku, 3 ziarna jałowca, 3 ziarna ziela angielskiego, 4 goździki, liść laurowy, niepełna łyżeczka ziaren czarnego pieprzu
-łyżka startej skórki z cytryny
-kilka (4-5) suszonych, wędzonych śliwek (ewentualnie, od biedy zwykłe suszone śliwki)
-szklanka (250 ml) czerwonego, wytrawnego wina
-łyżka miodu i dwie łyżki octu jabłkowego
-dwie duże łyżki gęsiego smalcu (ewentualnie masła)


Czosnek, marchewkę, pietruszkę i por kroimy w cienkie plasterki, cebulę w półplasterki, seler i paprykę w drobną kostkę.
Ze śliwek wyjmujemy pestki. Wieczorem do garnka wkładamy wszystkie składniki poza miodem i tłuszczem. Dolewamy wody, tylko tyle, żeby mięso było przykryte, mieszamy i odstawiamy na noc.
Rano podpalamy gaz, dodajmy miód i tłuszcz, i gotujemy gulasz na średnim ogniu ok. 1 godz. od zagotowania, najpierw pod przykryciem. W połowie gotowania odkrywamy garnek i gotujemy dalej na mniejszym ogniu, bez przykrycia. Sosik powinien w tym czasie zredukować się mniej więcej o połowę. Pod koniec gotowania solimy do smaku.
Wyłączmy gaz i dajemy gulaszowi odpocząć kilka godzin do przegryzienia się smaków.
W porze obiadowej odgrzewamy i zajadamy.
Smakowite, kruche, aromatyczne mięsko i pyszny sos.


Jeśli sosu zostanie nam dużo, to następnego dnia polecam zrobić kluski śląskie i podać je na oddzielny obiad z sosem z dzika i sałatką. Też będzie z tego pyszny obiadek i do tego ekonomiczny.

Uwagi techniczne:
*przyprawy w ziarenkach i goździki dobrze jest umieścić w zaparzaczu do herbaty (wiecie, takim sitku z metalowej siatki) i gotować w gulaszu w takiej właśnie klatce. Wtedy łatwo je usunąć i przy jedzeniu nie trzeba uważać, żeby ich nie rozgryźć :)
*wędzone śliwki nadają całemu gulaszowi niecodzienny aromat. Jeśli, jak ja, nie mieszkacie w rejonie ich występowania, to można wędzone węgierki zamówić przez internet albo (ja tak robię) kupić w większej ilości przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy są dostępne w sklepach i na bazarkach w całej Polsce na wigilijne kompoty i pomrozić w porcjach po kilka sztuk.

Dzik został zakupiony w ramach biedronkowej akcji gotujemy jak u mamy, ale jak mieszkacie w Warszawie nie musicie pędzić do tego dyskontu. Dostawca dziczego gulaszu, to stacjonarny sklep Dziki trop, mieszczący się na ulicy Gagarina i otwarty od poniedziałku do soboty.

sobota, 17 października 2015

Dzik (lub wieprzowe polędwiczki) z kurkami

Obiad w pół godziny, kilka składników, efekt wykwintny, rewelacyjny, aromatyczny i pyszny.

Potrzeba (na 2 duże porcje):
-mięso z dzika, ewentualnie polędwiczka wieprzowa (400g)*
-dwie duże garście kurek (świeżych lub mrożonych)
-nieduża cebula
-2 duże ząbki czosnku
-pół szklanki białego wytrawnego wina
-sól, pieprz
-masło i oliwa

Mięso kroimy w małe kawałki*, cebulę w cienkie półplasterki, czosnek w cienkie plasterki.
Na dużej patelni z grubym dnem rozgrzewamy oliwę (taką do smażenia, nie extra virgin), dodajemy 2 czubate łyżki masła, jak się roztopi wrzucamy cebulę, smażymy do zeszklenia.
Dodajemy mięso i smażymy na ostrym ogniu mieszając, do 10 min.
Dorzucamy czosnek i kurki, obficie pieprzymy i trochę solimy.
Smażymy do miękkości kurek (3-5 min.). Wlewamy wino i zwiększmy ogień na maksa, żeby szybko je odparować. Chwilka i wyłączmy gaz.

Podajemy z buraczkami lub miksem sałat z winegretem i świeżym pieczywem z chrupiącą skórką, frytkami lub pieczonymi ziemniaczkami.
Mało fotogeniczne, ale bardzo smakowite.


*Wcześniej kilka razy robiłam takie danie z polędwiczki wieprzowej, polędwiczkę można po prostu pokroić w plastry o grubości 1,5cm.  Z polędwiczką jest pysznie, ale z dzikiem pysznie o wiele bardziej. Dzik tu obecny to mięso z łopatki i karku pokrojone w kostkę 1,5cm, małe kawałki, żeby szybko się usmażyły. Niestety z dziczyzną mam małe doświadczenie, więc nie wiem, które inne części dziczej tuszy też nadają się do krótkiego smażenia, co by mięsko było mięciutkie, a nie do żucia. Z dojrzewaniem świeżego mięsa z dziczyzny też doświadczenia żadnego nie mam i nie podpowiem, co ze świeżym zrobić. Dzika ze zdjęcia zakupiłam w ramach akcji mamine gotowanie w znanym sklepie z biedronką w logo, to opakowanie miało ważność do 29. 10, więc jeszcze macie szansę się załapać.
PS po zapytaniu wujka google okazało się, że Dziki trop, dostawca biedronkowej dziczyzny, to stacjonarny sklep w Warszawie. Jak kto jest ze stolicy, to wcale nie musi pędzić do biedronki, może sobie kupić dzika w sklepie mieszczącym się niedaleko Łazienek. Cieszy mnie to bardzo, bo poza kurkowym dzikiem zrobiłam też gulasz z czerwonym winem (który też na blogu się pojawi) i chętnie poznam ten rodzaj mięsa bliżej.

niedziela, 11 października 2015

Bo dobra kawa nie jest zła, po turecku, z ziarnami kakaowca

Smakowita, aromatyczna kawa na leniwe, weekendowe śniadanie lub popołudnie z książką czy laptopem w fotelu.
Dobra w promieniach październikowego słońca, będzie wręcz niezastąpiona, gdy za oknem nastaną listopadowe śniegi z deszczem.
Moc poprawy humoru i smakowitość zawdzięcza ziarnom kakaowca, zakupionym w stanie surowym, świeżo uprażonym w rondelku tuż przed parzeniem kawy. One są sekretem tego napitku, ale to składnik trudno dostępny, jak ich nie macie, to można dodać łyżkę dobrego, ciemnego kakao. Nie będzie to całkiem to samo, ale spokojnie, nie zniechęcajcie się, z kakao też będzie aromatycznie i smakowicie, i humoropoprawczo.

Potrzeba:
na kubek 350ml
-dwie czubate łyżeczki kawy
-4-5 surowych ziaren kakao lub czubata łyżka kakao
-3 strączki kardamonu, zgniecione w palcach
-kawałek kory cynamonu
-łyżeczka brązowego cukru lub miodu (lub do smaku, jeśli lubicie słodko)
-4 ziarenka czarnego pieprzu, lekko rozgniecione (opcjonalnie)

W małym garnuszku (albo tygielku do kawy jak macie) kładziemy na dno ziarna kakao i prażymy z obu stron na małym gazie, aż zaczną pachnieć gorzką czekoladą (u mnie 3-4 minuty z każdej strony). Kruszymy w palcach, rozpadną się na ziarenka i łupinki. Do garnuszka wrzucamy też resztę składników. Wszystko zalewamy zimną wodą (jako miarki używam ulubionego kubka, tego w którym potem piję kawę, napełniam wodą po sam brzeg), doprowadzamy do wrzenia i po zagotowaniu trzymamy na niewielkim gazie jeszcze 5min. Wyłączamy gaz i odstawiamy na kolejne 5 min., żeby napar odpoczął i fusy opadły na dno. Przelewamy przez sitko do kubka, przelewamy powoli, żeby nie zmącić napitku, co by nam się potem fusy nie plątały w kubku.
Ta kawa najlepiej smakuje czarna, ale jeśli uznajecie tylko zabieloną to pasować tu będzie kapka mleka skondensowanego lub słodkie mleczko z tubki zamiast cukru.

Zasiadamy w fotelu pod miękkim kocykiem i pijemy małymi łyczkami delektując się wspaniałym smakiem i aromatem. Z taką kawą w dłoniach nie straszna jest nawet najpaskudniejsza pogoda za oknem.


Brzmi skomplikowanie, ale w rzeczywistości zaparzenie takiej kawy wcale nie jest trudne.
Czarny pieprz może i brzmi dziwnie, ale wbrew pozorom harmonijnie i smakowicie wtapia się w całość, nie bójcie się go dodać. Sprawi, że kawa będzie jeszcze bardziej rozgrzewająca.
Jeśli słodzicie miodem, to lepiej dodać go do kawy dopiero w kubku, nie gotować, żeby nie zabić jego cennych właściwości.
Z cynamonem nie ma co przesadzać, żeby nie zdominował smaku, dodaję niedużą drzazgę (ta na zdjęciu ma ok. 0,5 cm szerokości i 2 cm długości).
Jeśli macie po wypiciu kawy problemy z zaśnięciem, to nie pijcie tej pod wieczór, bo kakao samo w sobie działa pobudzająco i wzmaga pobudzające działanie kawy.