Kilka składników, 2 minuty pracy i pyszny, aromatyczny efekt. Musicie mieć dobre pomidory, świeżą bazylię i gruboziarnistą morską sól.
Wiem, że świeże pomidory o tej porze roku niestety są takie sobie, wiórowate toto i bez smaku, bez zapachu. Są jednak pomidorki koktajlowe :) Właściwie, to wcześniej ich nie kupowałam, bo nie spodziewałam się po takich sklepowych, zimowych pomidorkach niczego specjalnego. Raz jednak potrzebowałam się popisać i kupiłam dla ozdoby sympatyczne opakowanie zawierające pomidorki żółte, czerwone i zielone w bordowe paseczki. No i okazało się, że są bardzo dobre. Wprawdzie nie są takie pyszne jak pomidorki koktajlowe latem z ogródka teściowej, ale zimowo-wiosenną porą nie ma co narzekać. Teraz jak tęsknię za smakiem i aromatem pomidorów to czasem szarpię troszkę domowy budżet (12zł za 500g pomidorków) i potem zajadam same, na kanapce albo w takiej właśnie sałatce.
Potrzeba:
na 2 osoby
*250g pomidorków albo 2 średnie dobre pomidory w lecie
*łyżka octu balsamicznego
*szczypta świeżo mielonego pieprzu, niepełna łyżeczka gruboziarnistej soli morskiej, garstka posiekanej świeżej bazylii
Pomidory kroimy na grubsze kawałki, skrapiamy octem i prószymy pieprzem, delikatnie mieszamy. Posypujemy solą i bazylią. Zajadamy.
Na fotce w towarzystwie schabowych.
Radosny smak lata na progu wiosny. Jeśli jednak nie macie dostępu do dobrych, pachnących pomidorów o tej porze roku, to zapamiętajcie tą sałatkę i zróbcie ją latem, np. do mięska z grilla :)
.
wtorek, 27 marca 2012
wtorek, 20 marca 2012
Pączki
Dziś dla odmiany notka o deserze. I to nie byle jakim. To będzie notka o domowych pączkach.
Sporo z nimi roboty, ale naprawdę warto. Jeszcze ciepłe są wspaniałe i w pełni odwdzięczają się za poświęcony im czas. Są trochę wysokokaloryczne, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzą, w końcu i tak mało kto ma czas żeby robić je często :)
Próby robiłam z kilkoma różnymi przepisami, ale tylko jeden z nich gorąco polecam. Jest jedyny słuszny :) Niestety jest też tym najbardziej czasochłonnym, ale zdecydowanie należy robić wszystko tak jak w przepisie babci autorki bloga, z którego recepturę wzięłam. Pączki są puchate, wyraźnie drożdżowe, nie są suche, idealne są. Oczywiście najpyszniejsze tego samego dnia, najlepiej jeszcze ciepłe, ale z tego przepisu ciastka są smaczne i następnego dnia.
Oryginał przepisu tu na blogu Na miotle.
Potrzeba (przepis na około 15 pączków)
*2 szklanki mąki
*4 żółtka
*1/4 szklanki cukru
*50g świeżych drożdży
*50g miękkiego masła
*1/2 szklanki ciepłego mleka
*ziarenka z 1 laski wanilii
*1 łyżeczka spirytusu lub wódki (u mnie domowej roboty aromat waniliowy na wódce)
*marmolada do nadziewania pączków (najbardziej lubię twardą marmoladę wieloowocową o smaku różanym, sprzedawaną w wiaderku, bardzo dobrze smakują też z dżemem morelowym lub brzoskwiniowym, dla koneserów może być też konfitura z płatków róży)
*smalec, ewentualnie Planta do smażenia
Po znalezieniu odpowiedniego przepisu smażenie było dla mnie najtrudniejsze do ogarnięcia. Za pierwszym podejściem prawie wszystkie pączki były półsurowe w środku i czarne z zewnątrz. Blisko było, żebym się na nie obraziła i poddała się po pierwszej próbie ;) Po nabraniu wprawy wychodzą już tak po prostu, od ręki.
Smażymy w garnku, nie za dużym, bo tłuszcz musi być głęboki, pączki mają pływać, nie mogą dotykać dna. Do mojego trzylitrowego garnka używam 3 kostek smalcu (ewentualnej Planty też byłby 3 kostki). Poza tym, że pączki nie mogą być za duże, to smalec nie może być zbyt gorący, smażymy na średnim ogniu. Ciastka wkładamy do tłuszczu na łyżce tym razem zlepieniem do góry, smażymy na ciemnawozłotobrązowo, obracamy i drugą stronę też smażymy na ciemnawozłotobrązowo. U mnie to ok. 1-1,5 min. na każdą stronę. Odwracamy tylko raz, żeby nie nasiąkły za bardzo tłuszczem. Po usmażeniu pierwszego pączka próbujemy, jak jest niedopieczony w środku mimo nabrania koloru, to trochę zmniejszamy ogień.
Na fotce poniżej pierwsze trzy pączki, miały za gorący tłuszcz i się trochę spaliły, po delikatnym zmniejszeniu gazu reszta wyszła już dobrze. Pączki po usmażeniu odsączamy z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku.Gorące posypujemy cukrem pudrem albo po ostudzeniu lukrujemy (można też na lukier dać kandyzowaną skórkę z pomarańczy, cytryny lub limonki).
Nie smażymy pączków na oleju! Pączkowe ciasto chłonie olej i ciastka wychodzą tłuste, szczególnie to czuć jak ostygną. Pączki smażymy na smalcu! Jeśli jesteście wegetarianami albo smalec wydaje się Wam zbyt straszliwie ohydny, można go zastąpić Plantą (jej pączki też nie piją tak jak oleju, ale jest trzy razy droższa). Jeśli dotąd robiliście na oleju i uważacie, że przesadzam, to spróbujcie kiedyś pączków na smalcu i zobaczycie wtedy różnicę. Nie przejmujcie się tym, że smalec śmierdzi, ma tak tylko zimny w kostce czy podczas roztapiania. Jak zaczniemy smażyć, to smalec całkiem przejmuje zapach pączków, zupełnie go nie czuć nawet w ciastkach smażonych jako pierwsze. Naprawdę.
No to jak wystarczyło Wam cierpliwości, żeby doczytać do końca, to idźcie i smażcie pączki! Takie domowe, jeszcze ciepłe są bosko pyszne. Mniam.
Sporo z nimi roboty, ale naprawdę warto. Jeszcze ciepłe są wspaniałe i w pełni odwdzięczają się za poświęcony im czas. Są trochę wysokokaloryczne, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzą, w końcu i tak mało kto ma czas żeby robić je często :)
Próby robiłam z kilkoma różnymi przepisami, ale tylko jeden z nich gorąco polecam. Jest jedyny słuszny :) Niestety jest też tym najbardziej czasochłonnym, ale zdecydowanie należy robić wszystko tak jak w przepisie babci autorki bloga, z którego recepturę wzięłam. Pączki są puchate, wyraźnie drożdżowe, nie są suche, idealne są. Oczywiście najpyszniejsze tego samego dnia, najlepiej jeszcze ciepłe, ale z tego przepisu ciastka są smaczne i następnego dnia.
Oryginał przepisu tu na blogu Na miotle.
Potrzeba (przepis na około 15 pączków)
*2 szklanki mąki
*4 żółtka
*1/4 szklanki cukru
*50g świeżych drożdży
*50g miękkiego masła
*1/2 szklanki ciepłego mleka
*ziarenka z 1 laski wanilii
*1 łyżeczka spirytusu lub wódki (u mnie domowej roboty aromat waniliowy na wódce)
*marmolada do nadziewania pączków (najbardziej lubię twardą marmoladę wieloowocową o smaku różanym, sprzedawaną w wiaderku, bardzo dobrze smakują też z dżemem morelowym lub brzoskwiniowym, dla koneserów może być też konfitura z płatków róży)
*smalec, ewentualnie Planta do smażenia
Łyżkę mąki, drożdże, łyżkę cukru i 1/4 szklanki mleka rozcieramy w kubku i
odstawiamy w ciepłe miejsce.
W czasie gdy drożdżowy zaczyn rośnie ucieramy, na
parze, żółtka z cukrem. Ucieramy na bardzo małym ogniu (np. w większym garnku zagotowujemy wodę i nakładamy mniejszy garnek, w którym ucieramy trzepaczką masę żółtkową). Masa ma być jasna i puszysta, cukier rozpuszczony. Do żółtek
dodajemy masło i mieszamy do rozpuszczenia.
Do miski przesiewamy mąkę, dodajemy wyrośnięte drożdże, masę żółtkową,
resztę mleka i ziarenka wanilii. Wyrabiamy ciasto do chwili, aż będzie gładkie , elastyczne i nie będzie się lepić do rąk. U mnie z tych proporcji zawsze trochę się lepi, ale nie daję za dużo dodatkowej mąki, bo potem ciasto jest gniotowate. Pod
koniec wyrabiania dodajemy alkohol. Wyrobione ciasto przykrywamy
ściereczką, i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, do podwojenia objętości.
Skubiemy kawałek ciasta, formujemy placek i nakładamy trochę marmolady (nieczubatą łyżeczkę). Dokładnie zalepiamy i układamy pączka na omączonej ściereczce, zlepieniem do dołu. Ciastka
przykrywamy ściereczką i odstawiamy do ponownego wyrośnięcia. Pączki podwoją swoją objętość, więc żeby nie mieć później problemu ze smażeniem (jeśli będą za duże
przypalą się z zewnątrz i będą surowe w środku), to nadziany, odstawiony
do ponownego wyrośnięcia pączek nie powinien mieć więcej niż ok. 3 cm
średnicy.
Nadziewamy przed smażeniem. Ku
swojemu zdziwieniu na dwóch ogólnie szanowanych blogach kulinarnych,
jednych z tych bardziej poczytnych wyczytałam, że dla ułatwienie można
nadziać pączki po usmażeniu i nie będzie różnicy... Oj nie, absolutnie
nie! Nie wiem czemu tak wysmakowane autorki napisały coś takiego. Przy
smażeniu już nadzianego pączka wilgoć zawarta w dżemie paruje, całe
ciasto przechodzi delikatnie owocowym aromatem użytego nadzienia i jest
mniej suche, nawet następnego dnia. Pączek jest wtedy o wiele
pyszniejszy i mięciutki, szczególnie te gryzy ciastka, w których trafia
się samo ciasto. Pączek nadziany po usmażeniu też będzie w sumie smaczny, ale różnica jest bardzo wyraźna!
Po znalezieniu odpowiedniego przepisu smażenie było dla mnie najtrudniejsze do ogarnięcia. Za pierwszym podejściem prawie wszystkie pączki były półsurowe w środku i czarne z zewnątrz. Blisko było, żebym się na nie obraziła i poddała się po pierwszej próbie ;) Po nabraniu wprawy wychodzą już tak po prostu, od ręki.
Smażymy w garnku, nie za dużym, bo tłuszcz musi być głęboki, pączki mają pływać, nie mogą dotykać dna. Do mojego trzylitrowego garnka używam 3 kostek smalcu (ewentualnej Planty też byłby 3 kostki). Poza tym, że pączki nie mogą być za duże, to smalec nie może być zbyt gorący, smażymy na średnim ogniu. Ciastka wkładamy do tłuszczu na łyżce tym razem zlepieniem do góry, smażymy na ciemnawozłotobrązowo, obracamy i drugą stronę też smażymy na ciemnawozłotobrązowo. U mnie to ok. 1-1,5 min. na każdą stronę. Odwracamy tylko raz, żeby nie nasiąkły za bardzo tłuszczem. Po usmażeniu pierwszego pączka próbujemy, jak jest niedopieczony w środku mimo nabrania koloru, to trochę zmniejszamy ogień.
Na fotce poniżej pierwsze trzy pączki, miały za gorący tłuszcz i się trochę spaliły, po delikatnym zmniejszeniu gazu reszta wyszła już dobrze. Pączki po usmażeniu odsączamy z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku.Gorące posypujemy cukrem pudrem albo po ostudzeniu lukrujemy (można też na lukier dać kandyzowaną skórkę z pomarańczy, cytryny lub limonki).
Nie smażymy pączków na oleju! Pączkowe ciasto chłonie olej i ciastka wychodzą tłuste, szczególnie to czuć jak ostygną. Pączki smażymy na smalcu! Jeśli jesteście wegetarianami albo smalec wydaje się Wam zbyt straszliwie ohydny, można go zastąpić Plantą (jej pączki też nie piją tak jak oleju, ale jest trzy razy droższa). Jeśli dotąd robiliście na oleju i uważacie, że przesadzam, to spróbujcie kiedyś pączków na smalcu i zobaczycie wtedy różnicę. Nie przejmujcie się tym, że smalec śmierdzi, ma tak tylko zimny w kostce czy podczas roztapiania. Jak zaczniemy smażyć, to smalec całkiem przejmuje zapach pączków, zupełnie go nie czuć nawet w ciastkach smażonych jako pierwsze. Naprawdę.
No to jak wystarczyło Wam cierpliwości, żeby doczytać do końca, to idźcie i smażcie pączki! Takie domowe, jeszcze ciepłe są bosko pyszne. Mniam.
wtorek, 13 marca 2012
Cytrynowa krowa
Przepis autorstwa mojego brata, uwielbiającego wołowinę.
Błyskawiczny i smakowity.
Potrzeba:
*ładny kawałek świeżej wołowiny, zrazowa albo dla zamożniejszych polędwica
*cytryna
*sól i świeżo mielony pieprz
*olej do smażenia
Wołowinę kroimy w niewielkie kawałki, oczywiście w poprzek włókien. Osuszamy papierowym ręcznikiem (będą się lepiej smażyć). Mieszamy dokładnie ze startą skórką z cytryny (na kawałek wołowiny ok. 300g daję skórkę z połowy cytryny). Mieszamy ręką wmasowując startą skórkę w mięso.
Robimy resztę dania (np. siekamy sałatkę oraz gnieciemy ziemniaki, które właśnie skończyły się gotować).
Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i smażymy, króciutko na dość ostrym ogniu, 2 do 5 min max. Wierzch powinien być przysmażony a środek różowy, tylko delikatnie ścięty. Spokojnie możemy też zrobić surowe w środku. Po zdjęciu z ognia solimy i pieprzymy, mieszamy.
Na talerzu delikatnie skrapiamy sokiem z cytryny.
Zajadamy.
Na fotce krowa w towarzystwie ziemniaków i prostej sałatki w stylu arabskiego tabouleh. Ziemniaki zostały zgniecione z łychą masła i odrobiną mleka i polane sosem ze smażenia mięsa. Pyszna też będzie z dobrym pieczywem (będzie też wtedy daniem błyskawicznym, bo w obiedzie na zdjęciu najwięcej czasu potrzebowały ziemniaki). Sałatka to dużo natki, trochę dymki i ogórek oraz oliwa, sok z cytryny, mały, zgnieciony ząbek czosnku, sól i pieprz.
Wołowina ze zdjęcia to były dwa spore, takie same z wyglądu plastry spakowane na jednej tacce. Całość wyszła pysznie, ale jeden z kawałków był mięciutki, a drugi mniej. Pewnie jest jakiś sprytny sposób na ocenę miękkości wołowiny jeszcze w staniem surowym, ale ja go niestety nie znam.
Wielce smakowite są też wariacje z innymi cytrusami. Robiłam wersję z limonką, z pomarańczą i z mandarynką. W przypadku mandarynki mięso na talerzu skropiłam sokiem z cytryny, a w pozostałych opcjach sok jest z tego samego owocu co użyta skórka.
Z ciekawości przetestowałam też krowę z grejpfrutem, choć jak tarłam skórkę węch podpowiadał, że to niekoniecznie jest dobry pomysł. Węch niestety miał rację i tego połączenia Wam nie polecam ;)
Błyskawiczny i smakowity.
Potrzeba:
*ładny kawałek świeżej wołowiny, zrazowa albo dla zamożniejszych polędwica
*cytryna
*sól i świeżo mielony pieprz
*olej do smażenia
Wołowinę kroimy w niewielkie kawałki, oczywiście w poprzek włókien. Osuszamy papierowym ręcznikiem (będą się lepiej smażyć). Mieszamy dokładnie ze startą skórką z cytryny (na kawałek wołowiny ok. 300g daję skórkę z połowy cytryny). Mieszamy ręką wmasowując startą skórkę w mięso.
Robimy resztę dania (np. siekamy sałatkę oraz gnieciemy ziemniaki, które właśnie skończyły się gotować).
Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i smażymy, króciutko na dość ostrym ogniu, 2 do 5 min max. Wierzch powinien być przysmażony a środek różowy, tylko delikatnie ścięty. Spokojnie możemy też zrobić surowe w środku. Po zdjęciu z ognia solimy i pieprzymy, mieszamy.
Na talerzu delikatnie skrapiamy sokiem z cytryny.
Zajadamy.
Na fotce krowa w towarzystwie ziemniaków i prostej sałatki w stylu arabskiego tabouleh. Ziemniaki zostały zgniecione z łychą masła i odrobiną mleka i polane sosem ze smażenia mięsa. Pyszna też będzie z dobrym pieczywem (będzie też wtedy daniem błyskawicznym, bo w obiedzie na zdjęciu najwięcej czasu potrzebowały ziemniaki). Sałatka to dużo natki, trochę dymki i ogórek oraz oliwa, sok z cytryny, mały, zgnieciony ząbek czosnku, sól i pieprz.
Wołowina ze zdjęcia to były dwa spore, takie same z wyglądu plastry spakowane na jednej tacce. Całość wyszła pysznie, ale jeden z kawałków był mięciutki, a drugi mniej. Pewnie jest jakiś sprytny sposób na ocenę miękkości wołowiny jeszcze w staniem surowym, ale ja go niestety nie znam.
Wielce smakowite są też wariacje z innymi cytrusami. Robiłam wersję z limonką, z pomarańczą i z mandarynką. W przypadku mandarynki mięso na talerzu skropiłam sokiem z cytryny, a w pozostałych opcjach sok jest z tego samego owocu co użyta skórka.
Z ciekawości przetestowałam też krowę z grejpfrutem, choć jak tarłam skórkę węch podpowiadał, że to niekoniecznie jest dobry pomysł. Węch niestety miał rację i tego połączenia Wam nie polecam ;)
sobota, 10 marca 2012
Mroczna strona królika
Sprezentowałam kiedyś Ziomkowi pluszaka w kształcie leżącego królika, wielkości mniej więcej ziomkowej. Mój plan był taki, że może zwierz pluszaka polubi, będzie się miał do czego przytulić, takie tam.
Postawiłam zabawkę na dywanie w moim pokoju, który był też pokojem królika... i... tak poznałam mroczną stronę puchatego zwierza.
Pluszak został błyskawicznie i bezwzględnie zaatakowany. Mój słodki puchaty króliczek położył uszy po sobie, na pyszczku pojawiła się żądza krwi rywala, jego ruchy stały się szybkie, precyzyjne i zdecydowane. Ziom wbił się w pluszaka pazurami i zębami, sztuczne futerko zabawki poleciało w powietrze.
Kiedy patrzę na tą puchatą mordkę trudno w to uwierzyć, ale zwierz wyglądał wtedy naprawdę groźnie!
Kiedy patrzę na tą puchatą mordkę trudno w to uwierzyć, ale zwierz wyglądał wtedy naprawdę groźnie!
Jak królik z Monty Pythona i świętego Graala. Jakby zwierz był większy, to chyba zaczęłabym się go bać :)
No cóż, Ziom to niekastrowany samczyk, chowany bezklatkowo, ma do dyspozycji całe mieszkanie i nas, czyli swoje stado. Króliki są bardzo terytorialne, więc nie dziwne, że tak zaciekle bronił SWOJEGO terytorium i stada :) Nie raz zaglądając na stronę SPK czy Przygarnij królika, spotykam niejedną króliczą biedę, którą chętnie wzięłabym do domu... ale mam w pamięci bezwzględny atak Ziomka na pluszowego rywala i ... coś mi się zdaje, że zwierz nie byłby zachwycony z towarzystwa.
W ogóle to dość zabawna sprawa z tą hierarchią w stadzie. Po przeprowadzce na Targówek jest prościej. Na stałe mieszkam tu tylko ja i ukochany, ja jestem absolutnym szefem stada, ukochany jest w króliczej hierarchii ciutkę niżej ode mnie, ale też jest wyraźnie powyżej królika.
W mieszkaniu w St. Miłosnej było ciekawiej, mieszkały tam na stałe cztery osoby i często pojawiała się piąta w postaci ukochanego, a strefa wpływów zależna była nie tylko od osoby, ale i miejsca.
Na moje szczęście od początku zyskałam pozycję absolutnego szefa stada :) JA mogę nasypać jedzenia do miseczki w zagrodzie królika, a potem wsadzić rękę w miseczkę, odsunąć ziomkowy pyszczek i dłonią zakryć żarcie, a królik tylko popatrzy z wyrzutem, ale nic mi nie zrobi. Ukochany też może tak zrobić. Natomiast ktoś obcy skończyłby z małymi, ale krwawiącymi dziurami w palcach :)
Jeśli chodzi o resztę rodzinki to w pokoju gdzie mieszkałam ja i Ziomek zwierz czuł się ważniejszy od reszty domowników. Mój tata, który kiedyś dzielnie został sam z królikiem na kilka dni, został zaatakowany kiedy próbował tylko przesunąć w zagrodzie ukochaną poduszkę królika. Jednak w przedpokoju i pokoju rodziców Ziomek członków rodziny miał zupełnie za równorzędnych sobie, a w kuchni czuł się bardzo niepewnie i tam uznawał wyższość wszystkich. Stale zamknięty pokój brata kusił nieznanym i plątaniną kabli wystających z komputera. To była terra incognita, miejsce równie fascynujące co straszne. W tym pokoju Ziom bał się własnego cienia i uciekał na najlżejszy szelest, ale zawsze wykorzystywał każdą chwilę nieuwagi przy otwieraniu drzwi żeby się tam dostać i pozwiedzać :)
Ziomek jest samczykiem pełnojajecznym i co jest JEGO terenem wie bardzo dobrze, ale na szczęście nigdy nie znaczył mieszkania moczem. W ogóle jest bardzo przyjazny. Może dla tego, że goście (mimo krzyków pani, że nie wolno) kojarzą mu się z takimi fajnymi ludźmi, którzy przychodzą tylko po to, żeby ukradkiem dawać królikowi chipsy albo popcorn :)
Z małymi wyjątkami... Bardzo sympatyczna koleżanka Ania R. zaczęła znajomość z Ziomkiem od tego, że puchate, słodkie zwierzątka bierze się na ręce i przytula... Głaskanie lubi ogromnie, ale branie na rączki to coś czego zwierz nienawidzi i nienawidzić będzie, mimo że pani długo próbowała go do tego przyzwyczaić. Szczerze pisząc pani też nie zawsze może się powstrzymać, żeby nie wziąć słodziaka na ręce i nie przytulić, nawet jeśli wie, że zwierza to złości :) Pani może sobie pozwolić na takie rzeczy, ale koleżanka Ania po kilkukrotnym powtórzeniu brania na ręce została jedyną osobą, którą zwykle łagodny Ziomek gryzie. Kilka miesięcy przerwy w tej znajomości, już na nowym mieszkaniu zmieniło sytuację tylko trochę, królik zapamiętał sobie, że tej osoby nie lubi i już (choć teraz nie rzuca się z zębami tak od razu, po prostu jest mniej przyjazny niż do innych gości).
Poza Anią R., są dwa udokumentowane przypadki kiedy Ziomek kogoś ugryzł.
Pierwszy to moja ciocia Krysia. Kiedy przychodzą goście i robi się tumult w przedpokoju, Ziomek rozsądnie chowa się najpierw u siebie w zagrodzie, nasłuchuje i niucha. Wtedy nie należy do pokoju królika wchodzić, ciekawski zwierz już po 10-15 minutach sam wychodzi na zwiady. Jednak bardzo nie lubi jeśli goście od razu wchodzą do pokoju królika, wkładają ręce do zagrody i z wejścia próbują kicaka pogłaskać. Ciocię Krysię bardzo lubię, ale fakt jest taki, że jest osobą dość głośną i pewną siebie, w dodatku też dosyć dużą. Ledwo się rozebrała z kurtki już weszła do pokoju królika i chciała go pogłaskać, od razu sięgnęła do króliczej zagrody w kierunku puchatego łebka i została przez oburzonego takim zachowaniem Ziomka dziabnięta w palec. Po tych pierwszych kilku minutach znajomości ciocia uznała niestety, że króliki nie są fajne. Szkoda, bo zwierzowi wystarczyło dać z 15 minut czasu i byłby dla gościa miły i uprzejmy.
Drugi raz to Ukochany został boleśnie i do krwi ugryziony w nos. Królik kiedyś się zatkał kłębkiem sierści i przez kilka dni żywiony był na siłę obiadkami dla niemowląt i płynną parafiną, a do tego codziennie jeździł na zastrzyk. Marnie to znosił psychicznie. Raz uszak położył się na dywanie i rozciągnął, a Ukochany położył się obok i chciał zwierza zwyczajnie pogłaskać. Ziomek spodziewał się, że znów będzie jakiś straszny zabieg, poderwał się i ugryzł Ukochanego w nos, a potem uciekł przestraszony bezczelnością swojego zachowania.
Wybaczcie, że się tak rozpisałam i gratuluję cierpliwości tym, co dotarli do końca. Po prostu o śmiesznym, puchatym zwierzu to mogłabym pisać i pisać albo mówić i mówić. A za zrobienie słonecznych fotek królika w wieku młodym dziękuję ogromnie koleżance Ani G.
wtorek, 28 lutego 2012
Kurczak Mourgh, czyli kurczak z limonką, czosnkiem i jogurtem
Zaczerpnięty z bloga Kuchnia Ireny i Andrzeja, z tego przepisu. Receptura pochodzi z odległego Tadżykistanu. Jest bardzo pyszny... bardzo, bardzo.
Potrzeba:
*podwójny cyc z kurczaka, ok. 400-500g
*250ml naturalnego jogurtu
*sok z całej limonki i otarta skórka z 2/3 limonki
*dwa duże, zgniecione ząbki czosnku
*pół łyżeczki soli i świeżo mielony pieprz
Pierś kurczaka tniemy na paski. W misce mieszamy jogurt i resztę składników, i zalewamy kurczaka. Mieszamy i zostawiamy na noc, a najlepiej na 24h pod przykryciem w lodówce.
Rozgrzewam tłuszcz na patelni, widelcem nadziewam kawałki kurczaka, otrząsam z jogurtowej zalewy i wrzucam na rozgrzany tłuszcz. Potrzebny jest cały czas ostry ogień. Ptak pokrojony na małe kawałki usmaży się szybko. Ten kurczak smaży się troszkę dziwnie, bo po chwili intensywnego skwierczenia wychodzi z niego woda i jogurt, przez chwilkę impet smażenia jest przygaszony, ale nie należy się tym przejmować, zaraz woda odparuje i będzie się smażyć dalej. Powinien być przysmażony i mieć sporo rumianych miejsc. Po otrząśnięciu jogurtu z kawałków kurczaka powinno nam zostać trochę zalewy, dodajemy ją na patelnię pod koniec smażenia i mieszamy.
Jest pyszny z sałatą i brązowym ryżem albo z chlebem świeżym, albo z ziemniaczkami.
Próbować Wam każę, bo jest pysznie i prosto.
Naprawdę.
Można zanieść do pracy, zjeść odgrzane w mikrofali z kromką chleba i awokado albo jakąś sałatką oraz kubkiem kefiru.
Mięska było na dwa dni dla dwóch osób.
Mniam
Nie mam patelni grillowej jak w oryginalnym przepisie, ale latem spróbuję potraktować takiego kurczaka grillem :)
Potrzeba:
*podwójny cyc z kurczaka, ok. 400-500g
*250ml naturalnego jogurtu
*sok z całej limonki i otarta skórka z 2/3 limonki
*dwa duże, zgniecione ząbki czosnku
*pół łyżeczki soli i świeżo mielony pieprz
Pierś kurczaka tniemy na paski. W misce mieszamy jogurt i resztę składników, i zalewamy kurczaka. Mieszamy i zostawiamy na noc, a najlepiej na 24h pod przykryciem w lodówce.
Rozgrzewam tłuszcz na patelni, widelcem nadziewam kawałki kurczaka, otrząsam z jogurtowej zalewy i wrzucam na rozgrzany tłuszcz. Potrzebny jest cały czas ostry ogień. Ptak pokrojony na małe kawałki usmaży się szybko. Ten kurczak smaży się troszkę dziwnie, bo po chwili intensywnego skwierczenia wychodzi z niego woda i jogurt, przez chwilkę impet smażenia jest przygaszony, ale nie należy się tym przejmować, zaraz woda odparuje i będzie się smażyć dalej. Powinien być przysmażony i mieć sporo rumianych miejsc. Po otrząśnięciu jogurtu z kawałków kurczaka powinno nam zostać trochę zalewy, dodajemy ją na patelnię pod koniec smażenia i mieszamy.
Jest pyszny z sałatą i brązowym ryżem albo z chlebem świeżym, albo z ziemniaczkami.
Próbować Wam każę, bo jest pysznie i prosto.
Naprawdę.
Można zanieść do pracy, zjeść odgrzane w mikrofali z kromką chleba i awokado albo jakąś sałatką oraz kubkiem kefiru.
Mięska było na dwa dni dla dwóch osób.
Mniam
Nie mam patelni grillowej jak w oryginalnym przepisie, ale latem spróbuję potraktować takiego kurczaka grillem :)
czwartek, 16 lutego 2012
Śledzie marynowane w winie z korzennymi przyprawami
Obiecany we wcześniejszym wpisie (tu) przepis na śledzie po skandynawsku. Choć tak naprawdę, to nie jest to całkiem taki przepis jak w książce Podróże kulinarne, tom: Kuchnia skandynawska. To jest przepis z tej książki trochę pomieszany z przepisem na śledzie z tej samej serii, ale z tomu Kuchnia żydowska i z moją własną inwencją. Kolejny przepis, który na stałe zagościł w mojej kuchni. Są bardzo pyszne.
Potrzeba:
*opakowanie ok. 500g śledzi matijasów (znaczy, jak to w marketach polskich śledzie a'la matijasy, takie prawdziwe to pewnie trzeba by przepłukać z soli)
*szklanka (250ml) czerwonego wytrawnego wina i trochę ponad pół szklanki octu z czerwonego wina
(albo szklanka wody i trochę mniej niż szklanka octu z czerwonego wina)
*3 liście laurowe, 4 goździki, kawałek kory cynamonu (coś w rodzaju drzazgi z 0,5 cm szerokiej i 3 cm długiej), 4 ziela angielskie, płaska łyżeczka ziaren pieprzu, szczypta chilli, jak ktoś lubi może być ułamek gwiazdki anyżu (nie dużo, jedno "ramię" gwiazdki)
*czerwona cebula albo cebula cukrowa, albo cebula czosnkowa, albo 2-3 szalotki pokrojone w cienkie plasterki
*niewielka garść rodzynek
Do garnka wlewamy ocet i wodę lub ocet i wino oraz przyprawy. Doprowadzamy do wrzenia i jak zawrze zdejmujemy z ognia. Wino i ocet są mieszanką bardziej aromatyczną i dają śledzie mniej śledziowe w smaku, woda z octem jest ostrzejsza, daje śledzie kwaśniejsze i jakby troszkę bardziej śledziowe. Obie wersje bardzo smaczne.
W płaskim naczyniu układamy połowę cebuli (szalotka jest troszkę ostrzejsza w smaku, natomiast różnica między cukrową a czerwoną cebulą jest głównie wizualna). Układamy płasko śledzie. Posypujemy resztą cebuli i rodzynkami. Zalewamy zalewą razem z przyprawami (ale wyjmujemy kawałek kory cynamonu). Można zalać zalewą gorącą lub ostudzoną. Zalane gorącą zalewą są bardziej kruche, mają trochę konsystencję gotowanej ryby, moim zdaniem są lepsze. Zalane zalewą zimną mają bardziej tradycyjną dla śledzi konsystencję, mniej kruchą, a bardziej zwartą.
Przykrywamy folią spożywczą, odstawiamy na noc do lodówki, można dłużej. Zajadamy ze świeżym chlebkiem i sałatą, można ugotować sobie do nich jajko na twardo albo zrobić jajko sadzone.
Na poniższym zdjęciu wbrew pozorom jest śledzi więcej niż jeden, reszta się po prostu ukryła pod zalewą :)
Smacznego.
Potrzeba:
*opakowanie ok. 500g śledzi matijasów (znaczy, jak to w marketach polskich śledzie a'la matijasy, takie prawdziwe to pewnie trzeba by przepłukać z soli)
*szklanka (250ml) czerwonego wytrawnego wina i trochę ponad pół szklanki octu z czerwonego wina
(albo szklanka wody i trochę mniej niż szklanka octu z czerwonego wina)
*3 liście laurowe, 4 goździki, kawałek kory cynamonu (coś w rodzaju drzazgi z 0,5 cm szerokiej i 3 cm długiej), 4 ziela angielskie, płaska łyżeczka ziaren pieprzu, szczypta chilli, jak ktoś lubi może być ułamek gwiazdki anyżu (nie dużo, jedno "ramię" gwiazdki)
*czerwona cebula albo cebula cukrowa, albo cebula czosnkowa, albo 2-3 szalotki pokrojone w cienkie plasterki
*niewielka garść rodzynek
Do garnka wlewamy ocet i wodę lub ocet i wino oraz przyprawy. Doprowadzamy do wrzenia i jak zawrze zdejmujemy z ognia. Wino i ocet są mieszanką bardziej aromatyczną i dają śledzie mniej śledziowe w smaku, woda z octem jest ostrzejsza, daje śledzie kwaśniejsze i jakby troszkę bardziej śledziowe. Obie wersje bardzo smaczne.
W płaskim naczyniu układamy połowę cebuli (szalotka jest troszkę ostrzejsza w smaku, natomiast różnica między cukrową a czerwoną cebulą jest głównie wizualna). Układamy płasko śledzie. Posypujemy resztą cebuli i rodzynkami. Zalewamy zalewą razem z przyprawami (ale wyjmujemy kawałek kory cynamonu). Można zalać zalewą gorącą lub ostudzoną. Zalane gorącą zalewą są bardziej kruche, mają trochę konsystencję gotowanej ryby, moim zdaniem są lepsze. Zalane zalewą zimną mają bardziej tradycyjną dla śledzi konsystencję, mniej kruchą, a bardziej zwartą.
Przykrywamy folią spożywczą, odstawiamy na noc do lodówki, można dłużej. Zajadamy ze świeżym chlebkiem i sałatą, można ugotować sobie do nich jajko na twardo albo zrobić jajko sadzone.
Na poniższym zdjęciu wbrew pozorom jest śledzi więcej niż jeden, reszta się po prostu ukryła pod zalewą :)
Smacznego.
PS dopisek z 18 lutego. Dziś zostały pożarte resztki śledzi. Były naprawdę pyszne, winne, korzenne i jednocześnie śledziowe... mniam :) Zdecydowanie lepsze są jak poleżą w zalewie przynajmniej 24h, a nie tylko noc.
Dopiszę też przy okazji uwagę dotyczącą proporcji. Z ukochanym lubimy kwaśne smaki, z podanych składników wychodzą śledzie mocno kwaśne. Przypuszczam, że większości z Was (tak jak mojej mamie, teściowej czy kilku znajomym) bardziej zasmakują śledzie z mniejszą niż podana ilością octu. Jeśli smakuje Wam kwaśność sklepowych rolmopsów to należy dać szklankę wina i 1/3 szklanki octu (1szkl. wody i 1/2 szkl. octu), a jak wolicie tylko delikatną kwaskowatość sklepowych koreczków, to szklankę wina i 1/4 szkl. octu. (1 szkl. wody i 1/3 szkl. octu). Reszta proporcji bez zmian. Jak raz zrobicie, to potem będzie o wiele łatwiej dobrać ilość octu pod wasz własny gust :)
niedziela, 12 lutego 2012
Pieczona szynka z gruszką, jabłkiem i żurawiną
Oryginalny przepis znajduje się w książce z serii Podróże kulinarne, tom Kuchnia Skandynawska. Książki te kiedyś były dodatkiem do Rzeczypospolitej, a teraz są czasem spotykane na kramach z tanimi książkami w supermarketach. Bardzo fajne książeczki, 2/3 każdego tomu opowiada o kulinarnej historii i zwyczajach danego kraju, a 1/3 to przepisy. Ta część merytoryczna opowiadająca o zwyczajach i historii o dziwo napisana jest rzetelnie i z sensem, co nie jest wcale takie oczywiste w dobie publikowania głupot jakichkolwiek byle kolorowych i łatwych do sprzedaży.
Szczerze pisząc kuchnia skandynawska kojarzyła mi się z czymś nudnym i kompletnie niefantazyjnym. No bo co kulinarnie ciekawego może być, np. w szwedzkiej kuchni skoro ich narodowym i popisowym daniem są zwykłe klopsiki? Książeczka o kuchni skandynawskiej pokazała jak bardzo się mylę. Są tam świetne i często niecodzienne przepisy, głównie na śledzie i ryby, ale też na mięso, sałatki czy słodycze. Kilka z nich wypróbowałam, polubiłam i nawet powtarzam w swojej kuchni. Pierwszym skandynawskim przepisem będzie pieczona szynka. Jest naprawdę pyszna. Postaram się też w miarę szybko zrobić i opisać rewelacyjne śledzie marynowane w occie z czerwonego wina.
Potrzeba:
*1kg wieprzowej szynki
*duża cebula drobno pokrojona
*spora gruszka i jabłko pokrojone w drobną kostkę
*duża garść suszonych żurawin
*masło
*sól i pieprz
Na łyżce masła podsmażamy cebulkę. Fajny efekt kolorystyczny daje czerwona cebula, ale jeśli wolimy jedzenie w normalniejszym niż fioletowy kolorze, to tak samo smakuje zwykła.
Kawał szynki przecinamy nożem, żeby zrobić większy płat, w który można coś zawinąć. Płat lekko rozbijamy, nacieramy w środku solą i pieprzem. Rozkładamy na mięsie 1/3 cebulki, a na cebulkę suszoną żurawinę i wymieszaną gruszkę z jabłkiem. Warstwa owoców powinna być zwarta, ale nie za gruba, pojedyncza. Pozostałą cebulkę i owoce delikatnie solimy i pieprzymy, mieszamy, potem wylądują w brytfance.
Mięso zwijamy i związujemy ciasno nicią kuchenną. To jest najtrudniejsza część całej roboty. Na tym etapie możecie pozwolić sobie na irytację i niecenzuralne słowa :) Ale bądźcie dzielni, bo będzie pysznie :) Nie przejmujmy się zupełnie jak coś z nadzienia wypadnie bokiem, dodajemy to do odłożonych owoców. Roladę z wierzchu nacieramy solą i pieprzem.
Na patelni rozgrzewamy masło i obsmażamy związaną szynkę ze wszystkich stron. Szynki na zdjęciu nie obsmażyłam z jednego końca. To był błąd, bo w tym miejscu gotowa pieczeń wyglądała o wiele brzydziej i zamiast przypieczonej skórki miała taki ugotowany kawałek.
Kładziemy mięso w naczyniu, po bokach układamy wymieszane owoce i cebulkę. Podlewamy 1/2 szklanki wody.
Pieczemy w 200 stopniach ok. 1 godz i 15 min od czasu do czasu podlewając sosem spod pieczeni.
Potrzeba:
*1kg wieprzowej szynki
*duża cebula drobno pokrojona
*spora gruszka i jabłko pokrojone w drobną kostkę
*duża garść suszonych żurawin
*masło
*sól i pieprz
Na łyżce masła podsmażamy cebulkę. Fajny efekt kolorystyczny daje czerwona cebula, ale jeśli wolimy jedzenie w normalniejszym niż fioletowy kolorze, to tak samo smakuje zwykła.
Kawał szynki przecinamy nożem, żeby zrobić większy płat, w który można coś zawinąć. Płat lekko rozbijamy, nacieramy w środku solą i pieprzem. Rozkładamy na mięsie 1/3 cebulki, a na cebulkę suszoną żurawinę i wymieszaną gruszkę z jabłkiem. Warstwa owoców powinna być zwarta, ale nie za gruba, pojedyncza. Pozostałą cebulkę i owoce delikatnie solimy i pieprzymy, mieszamy, potem wylądują w brytfance.
Mięso zwijamy i związujemy ciasno nicią kuchenną. To jest najtrudniejsza część całej roboty. Na tym etapie możecie pozwolić sobie na irytację i niecenzuralne słowa :) Ale bądźcie dzielni, bo będzie pysznie :) Nie przejmujmy się zupełnie jak coś z nadzienia wypadnie bokiem, dodajemy to do odłożonych owoców. Roladę z wierzchu nacieramy solą i pieprzem.
Na patelni rozgrzewamy masło i obsmażamy związaną szynkę ze wszystkich stron. Szynki na zdjęciu nie obsmażyłam z jednego końca. To był błąd, bo w tym miejscu gotowa pieczeń wyglądała o wiele brzydziej i zamiast przypieczonej skórki miała taki ugotowany kawałek.
Kładziemy mięso w naczyniu, po bokach układamy wymieszane owoce i cebulkę. Podlewamy 1/2 szklanki wody.
Pieczemy w 200 stopniach ok. 1 godz i 15 min od czasu do czasu podlewając sosem spod pieczeni.
Po wyjęciu z piekarnika dajemy pieczeni chwilę, żeby odpoczęła, kroimy na plastry i podajemy z ziemniakami i z surówką (np. z kiszonej kapusty albo sałatą z winegretem). Prawie tak smaczna jak sama szynka jest owocowa ciapa spod pieczeni, którą kładziemy na ziemniaki.
Notka sprostowująca:
W oryginale, w książce, w nadzieniu są jabłko i borówki lub konfitura z borówek. Mnie jednak najbardziej smakuje wersja z takimi składnikami jak podałam w spisie, czyli suszona żurawina, jabłko i gruszka. Składniki na zdjęciach nie są takie jak składniki podane w przepisie. Zdjęcia są pierwszej pieczeni jaką robiłam, a przepis jest opracowany po czwartej próbie. Jednak efekt końcowy wygląda bardzo podobnie (oczywiście nadzienie jest jasne, a nie fioletowe przy użyciu białej cebuli). Opcja ze zdjęć, czyli z jabłkiem i świeżymi żurawinami jest o wiele za kwaśna, natomiast oryginalna wersja z borówkami jest dla mnie zbyt dżemowa w smaku.
Czas pieczenia jest podany na oko, zależy od wielkości szynki i rodzaju piekarnika. Osobiście piekę mięsa z wbitym w nie termometrem, w przypadku szynki wyłączam piekarnik na 3 stopnie przed kreską z narysowaną świnką. Przy wielkości szynki 1kg wychodzi właśnie 1 godz. 15 min (+- 5 min). Ja mam do dyspozycji piekarnik gazowy w kuchence, która ma jakieś 30 lat albo i więcej. W piekarniku z termoobiegiem pewnie upiecze się szybciej. Polecam pieczenie w woreczku do pieczenia, mięso jest wtedy bardziej soczyste, na 20 min przed końcem pieczenia warto rozciąć worek, żeby pieczeń się zrumieniła.
Notka sprostowująca:
W oryginale, w książce, w nadzieniu są jabłko i borówki lub konfitura z borówek. Mnie jednak najbardziej smakuje wersja z takimi składnikami jak podałam w spisie, czyli suszona żurawina, jabłko i gruszka. Składniki na zdjęciach nie są takie jak składniki podane w przepisie. Zdjęcia są pierwszej pieczeni jaką robiłam, a przepis jest opracowany po czwartej próbie. Jednak efekt końcowy wygląda bardzo podobnie (oczywiście nadzienie jest jasne, a nie fioletowe przy użyciu białej cebuli). Opcja ze zdjęć, czyli z jabłkiem i świeżymi żurawinami jest o wiele za kwaśna, natomiast oryginalna wersja z borówkami jest dla mnie zbyt dżemowa w smaku.
Czas pieczenia jest podany na oko, zależy od wielkości szynki i rodzaju piekarnika. Osobiście piekę mięsa z wbitym w nie termometrem, w przypadku szynki wyłączam piekarnik na 3 stopnie przed kreską z narysowaną świnką. Przy wielkości szynki 1kg wychodzi właśnie 1 godz. 15 min (+- 5 min). Ja mam do dyspozycji piekarnik gazowy w kuchence, która ma jakieś 30 lat albo i więcej. W piekarniku z termoobiegiem pewnie upiecze się szybciej. Polecam pieczenie w woreczku do pieczenia, mięso jest wtedy bardziej soczyste, na 20 min przed końcem pieczenia warto rozciąć worek, żeby pieczeń się zrumieniła.
sobota, 28 stycznia 2012
Łazanki ze szpinakiem
Nie wszystko co gotuję, to jakieś wypaśne gulasze, gołąbki, łososie, arabskie pulpety czy inne takie. Na co dzień nie raz żywię się czymś szybkim i prostym, często bezmięsnym. Jak dzisiejsze łazanki, które robi się w 15 minut (i naprawdę jadłam je dzisiaj na obiad, tym razem nie jest to fotka czegoś co gotowałam miesiąc temu, zrobiłam zdjęcie i dopiero dziś opisuję :) Są bardzo, bardzo smaczne. Można do nich użyć mrożonego szpinaku, ale ma być taki grubo cięty, mrożony w dużych kawałkach, a nie w postaci papki. Ja miałam świeży. Obecność świeżego szpinaku na moim bazarku o tej porze roku trochę mnie zaskakuje. Pewnie jest szklarniowy, ale co ciekawe jego cena w porównaniu z latem wcale nie jest dużo wyższa.
Potrzeba:
*30-40 dag świeżego szpinaku albo ze 2-3 kostki mrożonego
*mała cebula, dwa spore ząbki czosnku
*makaron łazanki na 2 osoby
*sól i pieprz, tymianek do smaku i 1/2 łyżeczki startej skórki z cytryny
*czubata łyżka masła
*aromatyczny żółty ser, np. parmezan lub cheddar
W garnku zagotowujemy osoloną wodę, do której dodajemy łyżkę oliwy, jak się woda zagotuje wrzucamy łazanki. Kiedy łazanki się robią kroimy grubo szpinak, kroimy cebulę w cienkie plasterki, siekamy drobno czosnek. Na patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy cebulę i czosnek, przesmażamy do miękkości. Dodajemy szpinak i przyprawy, krótko przesmażamy (potrzeba mu będzie raptem z 1,5 minuty). W między czasie odcedzamy łazanki jak będą już ugotowane. Łazanki dorzucamy na patelnię, mieszamy dokładnie i można zajadać.
Do podania należy posypać startym, aromatycznym serem, np. parmezanem, pecorino lub cheddarem. U mnie chwilowo brak takiego w lodówce, więc nie posypałam, zjadłam za to z oscypkiem. Też było smacznie, ale oscypek podczas jedzenia powoduje takie jakby skrzypiące odczucie na zębach i szpinak też tak ma. W połączeniu oscypkowo-szpinakowym trochę jest za dużo tego ściągającego, garbnikowego uczucia w ustach (po zjedzeniu miałam wrażenie, że właśnie płukałam usta szałwią). Takie łazanki na pewno zjem jeszcze nie raz, ale jednak ze startym żółtym serem w zestawie.
Jeśli mamy kostki mrożonego szpinaku, to można je dołożyć na patelnię zamrożone, trzeba je tylko cały czas mieszać (wtedy szybko rozmrożą się na patelni) i troszkę dłużej pogotować.
piątek, 27 stycznia 2012
Gulasz szekely, czyli gulasz z Transylwanii, którym być może objadał się Dracula
Jest przepyszny. Tak, wiem, że piszę tak właściwie przy każdym przepisie, ale to tylko dlatego, że na blogu lądują tylko te, które najbardziej lubię. A ten jest pyszny : ) Podobny do węgierskiego gulaszu segedyńskiego, ale jak dla mnie smaczniejszy. Różnica w wyglądzie niewielka, ale w smaku znacząca (obecność zielonej papryki, świeżych pomidorów i kaparów, rzadki w moich przepisach brak czosnku). Czy to nie podejrzane, że gulasz rodem z Transylwanii nie zawiera w recepturze czosnku?
Jeden z niewielkiego i elitarnego grona przepisów, które na stałe weszły do mojej kuchni i są w miarę regularnie powtarzane.
Posiada entuzjastyczną rekomendację ukochanego.
Zaczerpnięty z bloga W kuchni Usagi i prawie nie zmieniony (wszedł do kanonu mojej kuchni, więc naturalnie ewoluował, zmieniając troszkę proporcje i kroki wykonania, ale jak na mnie, to zmiany są naprawdę niewielkie).
Jeśli chodzi o kapustę, to z ukochanym lubimy kwaśniejsze smaki. Nie tylko nie płuczę kapusty, ale wybieram na bazarku taką kwaśniejszą i do gulaszu dodaję też cały sok spod kapusty. Jak ktoś lubi taką mniej kwaśną wersję, to kapustę na sicie przepłukać należy zimną wodą.
Potrzeba:
*500- 700g mieszanego mięsa, u mnie jest pół na pól wołowina z wieprzową szynką (jestem pewna, że byłby wspaniały z szynką i baraniną, ale nie chce mi się jeździć na drugi koniec Warszawy po owcę), ewentualnie, jeśli ktoś tak lubi, to może być indyk (ale myślę, że drób mniej pasuje do zdecydowanego smaku kiszonej kapusty)
*kiszona kapusta (w gramach tyle samo co mamy mięsa)
*dwie średnie cebule, dwie duże zielone papryki, 5 dużych pomidorów bez skórki (ewentualnie pomidory z puszki, ale ze świeżymi jest o wiele lepsze)
*niepełna łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu, 3 liście laurowe, łyżka słodkiej papryki, niepełna łyżeczka mielonego kminku, szczypta płatków chilli, sól do smaku
*dwie czubate łyżki kaparów
*masło i trochę oleju do smażenia
*ewentualnie 300 ml kwaśnej śmietany
Na patelni rozgrzać olej i na dużym ogniu porządnie obsmażyć mięso. W garnku z grubym dnem rozgrzać kawał masła i zeszklić cebulę. Potem dodać pokrojone w grubą kostkę papryki i przesmażyć. Dodajemy do garnka mięso z patelni, a na patelnię wlewamy pół szklanki gorącej wody, mieszamy z pozostałymi na patelni przysmażelinami z mięsa i dodajemy do garnka (chodzi o to, żeby jak najwięcej smaku ze smażenia znalazło się w gulaszu). Dodajemy przyprawy (poza solą) i dusimy całość ok. 30 min. Dodajemy kapustę i pokrojone w sporą kostkę pomidory. Dusimy na małym ogniu pod przykryciem przez godzinę, z tym, że po pół godzinie dodajemy kapary i dosalamy do smaku.
Według oryginalnego przepisu pod koniec, tuż przez podaniem należy wmieszać do gulaszu śmietanę. Nigdy tego nie zrobiłam, bo ukochany nie cierpi śmietany i mleka, a zabielenie gulaszu czy zupy miałoby ten skutek, że musiałabym, zjeść je sama : ) Bez śmietany już jest rewelacyjny, ja jednak jestem fanem kefirów, śmietany czy zsiadłego mleka. Czasem do tego gulaszu kładę sobie na talerz łychę gęstej, kwaśnej śmietany i wtedy to już w ogóle rządzi.
Gulasz z fotki jest ułomny, zawiera w sobie koncentrat pomidorowy zamiast pomidorów (co ujemnie wpłynęło na smak). Akurat nie miałam pomidorów, ani gdzie ich kupić, bo został zrobiony w ostatniej chwili, żeby było coś sycącego i rozgrzewającego na grudniowy wyjazd na działkę w celu drwalowania (ścięcia całkiem sporych, ok. 15-18m świerków, które przestały nas cieszyć, a zaczęły zawadzać i dawać o wiele za dużo cienia). Był smakowity bardzo, bo to wspaniały przepis, ale zdecydowanie lepszy jest z normalnymi pomidorami, a nie koncentratem. Ma też wtedy fajniejszy kolor, nie taki ceglasty. Na fotce z kawałkiem całkiem niezłej bułki, ale najlepszy jest ze świeżo ugotowanymi ziemniakami, takimi w całości, a nie tłuczonymi.
PS z dn. 30 czerwca 2012
Jeśli chodzi o fotki, to trochę po macoszemu potraktowałam ten przepis, a przecież jest jednym z moich ulubionych. Dlatego po pół roku dodam bardziej cywilizowane zdjęcie. Mój wczorajszy obiadek, ze szklaneczką zimnego kefiru obok.
Jeden z niewielkiego i elitarnego grona przepisów, które na stałe weszły do mojej kuchni i są w miarę regularnie powtarzane.
Posiada entuzjastyczną rekomendację ukochanego.
Zaczerpnięty z bloga W kuchni Usagi i prawie nie zmieniony (wszedł do kanonu mojej kuchni, więc naturalnie ewoluował, zmieniając troszkę proporcje i kroki wykonania, ale jak na mnie, to zmiany są naprawdę niewielkie).
Jeśli chodzi o kapustę, to z ukochanym lubimy kwaśniejsze smaki. Nie tylko nie płuczę kapusty, ale wybieram na bazarku taką kwaśniejszą i do gulaszu dodaję też cały sok spod kapusty. Jak ktoś lubi taką mniej kwaśną wersję, to kapustę na sicie przepłukać należy zimną wodą.
Potrzeba:
*500- 700g mieszanego mięsa, u mnie jest pół na pól wołowina z wieprzową szynką (jestem pewna, że byłby wspaniały z szynką i baraniną, ale nie chce mi się jeździć na drugi koniec Warszawy po owcę), ewentualnie, jeśli ktoś tak lubi, to może być indyk (ale myślę, że drób mniej pasuje do zdecydowanego smaku kiszonej kapusty)
*kiszona kapusta (w gramach tyle samo co mamy mięsa)
*dwie średnie cebule, dwie duże zielone papryki, 5 dużych pomidorów bez skórki (ewentualnie pomidory z puszki, ale ze świeżymi jest o wiele lepsze)
*niepełna łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu, 3 liście laurowe, łyżka słodkiej papryki, niepełna łyżeczka mielonego kminku, szczypta płatków chilli, sól do smaku
*dwie czubate łyżki kaparów
*masło i trochę oleju do smażenia
*ewentualnie 300 ml kwaśnej śmietany
Na patelni rozgrzać olej i na dużym ogniu porządnie obsmażyć mięso. W garnku z grubym dnem rozgrzać kawał masła i zeszklić cebulę. Potem dodać pokrojone w grubą kostkę papryki i przesmażyć. Dodajemy do garnka mięso z patelni, a na patelnię wlewamy pół szklanki gorącej wody, mieszamy z pozostałymi na patelni przysmażelinami z mięsa i dodajemy do garnka (chodzi o to, żeby jak najwięcej smaku ze smażenia znalazło się w gulaszu). Dodajemy przyprawy (poza solą) i dusimy całość ok. 30 min. Dodajemy kapustę i pokrojone w sporą kostkę pomidory. Dusimy na małym ogniu pod przykryciem przez godzinę, z tym, że po pół godzinie dodajemy kapary i dosalamy do smaku.
Według oryginalnego przepisu pod koniec, tuż przez podaniem należy wmieszać do gulaszu śmietanę. Nigdy tego nie zrobiłam, bo ukochany nie cierpi śmietany i mleka, a zabielenie gulaszu czy zupy miałoby ten skutek, że musiałabym, zjeść je sama : ) Bez śmietany już jest rewelacyjny, ja jednak jestem fanem kefirów, śmietany czy zsiadłego mleka. Czasem do tego gulaszu kładę sobie na talerz łychę gęstej, kwaśnej śmietany i wtedy to już w ogóle rządzi.
Gulasz z fotki jest ułomny, zawiera w sobie koncentrat pomidorowy zamiast pomidorów (co ujemnie wpłynęło na smak). Akurat nie miałam pomidorów, ani gdzie ich kupić, bo został zrobiony w ostatniej chwili, żeby było coś sycącego i rozgrzewającego na grudniowy wyjazd na działkę w celu drwalowania (ścięcia całkiem sporych, ok. 15-18m świerków, które przestały nas cieszyć, a zaczęły zawadzać i dawać o wiele za dużo cienia). Był smakowity bardzo, bo to wspaniały przepis, ale zdecydowanie lepszy jest z normalnymi pomidorami, a nie koncentratem. Ma też wtedy fajniejszy kolor, nie taki ceglasty. Na fotce z kawałkiem całkiem niezłej bułki, ale najlepszy jest ze świeżo ugotowanymi ziemniakami, takimi w całości, a nie tłuczonymi.
PS z dn. 30 czerwca 2012
Jeśli chodzi o fotki, to trochę po macoszemu potraktowałam ten przepis, a przecież jest jednym z moich ulubionych. Dlatego po pół roku dodam bardziej cywilizowane zdjęcie. Mój wczorajszy obiadek, ze szklaneczką zimnego kefiru obok.
środa, 25 stycznia 2012
Risotto z porem i ziemniakami
To moje drugie w życiu kulinarnym spotkanie z risotto. Znalezione na blogu Kwestia Smaku. Potrawa pyszna, kremowa, o wspaniałej konsystencji. Mniam. Pierwsze risotto było dyniowe (tu). To dzisiejsze, to raptem kilka prostych składników, ale razem dają wyrafinowany, smakowity efekt. Ukochany był zachwycony. Jak to zwykle u mnie bywa trochę zmieniłam przepis. Zamiast zwykłej oliwy jest oliwa, w której macerowały się kiszone cytryny (ta oliwa wspaniale pasuje i super podkręca smak, kolejny raz polecam zrobić kiszone cytryny choćby dla boskiej cytrynowej oliwy). Poza tym zmieniłam trochę proporcje płynów, jest więcej wina, a mniej bulionu.
Potrzeba:
*4 łyżki masła
*duża, grubo pokrojona cebula (pokroiłam grubiej, bo tak lubię bardziej, ale oczywiście możecie posiekać drobno jeśli tak wolicie)
*ok. 30 cm pora pokrojonego na talarki
*dwie łyżki oliwy z kiszenia cytryn (albo łyżka zwykłej, dobrej oliwy)
*trzy nieduże ziemniaki pokrojone w niewielką kostkę (max 0,5 cm)
*sól, niepełna łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu, łyżeczka suszonego tymianku i niepełna łyżeczka suszonego estragonu, szczypta płatków chilli
*200g ryżu do risotto ( koniecznie takiego)
*1 i 1/2 szklanki białego wytrawnego wina
*ok. 2 szklanki warzywnego bulionu (ja dałam rozpuszczoną w dwóch szklankach wody kostkę knorra z oliwą i ziołami do gotowania ryżu i makaronów. Ta kostka nie udaje, że da się z niej zrobić domową zupę, jest do dodania do wody do gotowania ryżu i makaronów, bardzo fajnie doprawiona, lubię ją i polecam)
*świeżo starty pecorino (lub parmezan)
Na porządnej patelni z grubym dnem rozgrzewamy 3 łyżki masła, wrzucamy cebulę, przesmażamy. Dodajemy oliwę, podgrzewamy, dodajemy pora pokrojonego w plasterki i chwilę przesmażamy. Dodajemy ziemniaki, przesmażamy chwilkę, dodajemy przyprawy i przesmażamy całość ok. 5 min. Warzywa odgarniamy na brzegi patelni, na środek dajemy łyżkę masła, roztapiamy, wsypujemy ryż, przesmażamy chwilę, mieszamy z masłem i jeszcze przesmażamy. Ryż powinien zrobić się lekko szklisty zanim zaczniemy dodawać do niego płyn. Mieszamy całą zawartość patelni, dolewamy wino, mieszamy. Jak ryż wchłonie wino dolewamy szklankę bulionu (gorącego), mieszamy. Po podgotowaniu próbujemy sos, ewentualnie doprawiamy solą (pamiętamy o wzięciu poprawki na ewentualną słoność bulionu). Jak potrawa wchłonie płyn, dodajemy resztę bulionu, mieszamy. Jeśli bulionu jest za mało można potem dodać trochę wody. Gotujemy risotto, aż ryż i ziemniaki będą miękkie (ryż ma być w środku twardawy i nie wolno go rozgotować na ciapę). Warzywa i ryż powinny być miękkie i otoczone kremowym sosem.
Gasimy gaz, przykrywamy pokrywką i zostawiamy na 3-4 min żeby odpoczęło. Nakładamy na talerze i posypujemy porządną warstwą startego pecorino.
Na fotce obiad w kubku może nie wygląda imponująco, ale to bardzo duży kubek i wbrew pozorom całkiem spora obiadowa porcja. Z tych proporcji wyszło danie dla trzech osób (lub dwóch mocno głodnych). Startego sera nie ma, bo akurat nie miałam w lodówce. Było przepysznie, ale z doświadczenia kulinarnego wiem, że z pecorino byłoby jeszcze smaczniej.
Przygotowanie risotto wymaga poświęcenia mu sporo uwagi, trzeba mieszać i cały czas mieć go na oku. Efekt jest jednak wspaniały, a poza tym to danie na szybko, na przygotowanie całego obiadu razem z krojeniem potrzeba raptem z pół godziny.
Potrzeba:
*4 łyżki masła
*duża, grubo pokrojona cebula (pokroiłam grubiej, bo tak lubię bardziej, ale oczywiście możecie posiekać drobno jeśli tak wolicie)
*ok. 30 cm pora pokrojonego na talarki
*dwie łyżki oliwy z kiszenia cytryn (albo łyżka zwykłej, dobrej oliwy)
*trzy nieduże ziemniaki pokrojone w niewielką kostkę (max 0,5 cm)
*sól, niepełna łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu, łyżeczka suszonego tymianku i niepełna łyżeczka suszonego estragonu, szczypta płatków chilli
*200g ryżu do risotto ( koniecznie takiego)
*1 i 1/2 szklanki białego wytrawnego wina
*ok. 2 szklanki warzywnego bulionu (ja dałam rozpuszczoną w dwóch szklankach wody kostkę knorra z oliwą i ziołami do gotowania ryżu i makaronów. Ta kostka nie udaje, że da się z niej zrobić domową zupę, jest do dodania do wody do gotowania ryżu i makaronów, bardzo fajnie doprawiona, lubię ją i polecam)
*świeżo starty pecorino (lub parmezan)
Gasimy gaz, przykrywamy pokrywką i zostawiamy na 3-4 min żeby odpoczęło. Nakładamy na talerze i posypujemy porządną warstwą startego pecorino.
Na fotce obiad w kubku może nie wygląda imponująco, ale to bardzo duży kubek i wbrew pozorom całkiem spora obiadowa porcja. Z tych proporcji wyszło danie dla trzech osób (lub dwóch mocno głodnych). Startego sera nie ma, bo akurat nie miałam w lodówce. Było przepysznie, ale z doświadczenia kulinarnego wiem, że z pecorino byłoby jeszcze smaczniej.
Przygotowanie risotto wymaga poświęcenia mu sporo uwagi, trzeba mieszać i cały czas mieć go na oku. Efekt jest jednak wspaniały, a poza tym to danie na szybko, na przygotowanie całego obiadu razem z krojeniem potrzeba raptem z pół godziny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















