Dla Ziomka jedną z najstraszniejszych rzeczy na świecie są psy. Jeśli pogłaszczę spotkanego na klatce psa, to po wejściu do mieszkania królik tylko niuchnie i ucieka ode mnie póki nie umyję rąk.
Dawno, dawno temu, jeszcze na starym mieszkaniu odwiedziła nas Figa, genialny, czekoladowy labrador. Ziomek Figi tak naprawdę nie zobaczył, czuł ją tylko zza zamkniętych drzwi, to jednak wystarczyło, żeby przerażony królik całą wizytę psa przesiedział skulony pod regałem. Potem przez następne dwa dni niepewnie wychodził z pokoju, a miejsce na dywanie pod stołem, gdzie Figa leżała dłużej jeszcze długo omijał szerokim łukiem.
Tak, dobrze zgadliście, że wielka przygoda królika jest związana z psem.
Pan i pani Ziomka w zeszłą sobotę byli na fajnym bardzo koncercie. Na koncercie tym spotkali znajomych, z którymi potem szwendali się po mieście i żłopali browary aż do świtu, po czym pierwszym dziennym autobusem całe towarzystwo przybyło na Targówek do mieszkania królika. Do znajomych cały czas dołączony był kremowy, nie za duży, z wyglądu jakby troszkę terierowaty kundelek, Tofik. Znajomi i psiak zostali na całą niedzielę i pół poniedziałku.
Pan i pani Ziomka przekonani byli, że królik całą tą wizytę przesiedzi skulony za łóżkiem w swoim pokoju. Na początku rzeczywiście tak było, tym bardziej, że na start królik został schwytany na rączki i podetknięty psu pod nos, żeby się Tofik zapoznał, że takie zwierze tu mieszka i nie jest do jedzenia. Psiak na szczęście od razu skumał, że królika zjeść nie wolno i przez całą wizytę nie wykazywał żadnych zapędów łowieckich. Z Ukochanym typowaliśmy, że w najlepszym przypadku, to z miesiąca by trzeba było, aby się zwierz do obecności psa w domu przyzwyczaił.
Tymczasem już wieczorem zwierz sam, z własnej nieprzymuszonej woli zajrzał do dużego pokoju. Tofik spał pod łóżkiem (zresztą dokładnie na ulubionym miejscu królika, patrz fot. poniżej).
Pan Tofika siedział na dywanie koło psa, a Ziomek zakradł się do pokoju wzdłuż ściany, mając człowieka między sobą a psem. Poniuchał, posłuchał, oparł się łapkami o nogi człowieka i znad nich obserwował Tofika. Uciekł kiedy pies poruszył łapami przez sen. Potem od czasu do czasu zbierał się na odwagę i siadał na dywaniku w przedpokoju, zaglądał do dużego pokoju, ale bał się wejść, mimo że psiak był tak zmęczony życiem, że nie chciało mu się wstać i zastanawiać się co to jest to białe i puchate.
Na noc drzwi pokoju Ziomka zostały zamknięte, a rano królik znudzony całonocnym zamknięciem od razu wybiegł na przedpokój. Usiadł na dywaniku mierząc wzrokiem stojącego w drzwiach do dużego pokoju psa. Zwierzaki chwilę gapiły się na siebie, po czym pies postanowił podejść do królika, który wycofał się do zagrody. Na wszelki wypadek zamknęłam drzwiczki do króliczej zagrody. Tofik stał pod nimi i machając ogonem bardzo chciał Ziomka obwąchać. Królik zamiast natychmiast schować się za łóżko siedział i gapił się na psa, który był o metr od niego (zagroda nie jest przytknięta do ściany, jest 10 cm przerwy, żeby uszaty mógł schować się za łóżko w razie zdarzenia się czegoś niebywale strasznego).
Niestety nikt nie miał czasu, żeby nadzorować spotkanie i zobaczyć co tego wyniknie, bo trzeba było się zebrać do pracy, Tofik został wyciągnięty z pokoju, a drzwi zamknięte.
Po wyjściu psa Ziomek od razu wybiegł na mieszkanie i wszystko energicznie, i dokładnie obródkował, i obwąchał.
Bardzo ciekawie było obserwować zwierzaczka, jak przez króciutkie półtora dnia pies z roli czegoś najbardziej przerażającego na świecie został zdegradowany do poziomu straszonści odkurzacza (a odkurzacz to takie coś, co jest bardzo podejrzane, ale uciekać należy dopiero jak włączony sprzęt zbliży się do królika bezpośrednio. I nie jest to paniczna ucieczka, raczej taka na wszelki wypadek. Odkurzacz wyłączony w ogóle nie jest straszny i można go spokojnie ugryźć w rurę).
Pan i pani Ziomka przekonali się więc, że nie można lekceważyć wielkiej ciekawości zwierza, która bywa silniejsza od wrodzonej, króliczej tchórzliwości.
A czemu dawno temu zwierzaczek aż tak strasznie, na trzy dni przeraził się Figi? Może dlatego, że Figa jest od Tofika sporo większa i ma trochę problemy skórne przez co mocno śmierdzi psem. A może dlatego, że królik był wtedy młodziutki, dwa lata życia młodszy niż teraz, przed wyjazdem na działkę z psem za płotem, przed wizytami u weterynarza, gdzie zza kratki transportera widywał psy, przed wielkim wydarzeniem, jakim była przeprowadzka.
Zdjęć Tofika niestety nie ma, bo w trakcie jego wizyty nie przyszło mi do głowy, że psiak pojawi się na blogu.
.
niedziela, 29 lipca 2012
wtorek, 17 lipca 2012
Fasolki (z krową lub bez)
Wybaczcie dwa tygodnie nieobecności, ale najpierw miałam dużo pracy, a potem urlop. Urlop przyjemny bardzo, choć fizycznie męczący bardziej niż praca, bo tatrzański :)
Płowe cielsko na fotce, to niesamowicie wyluzowany, "dziki" górski jeleń. O 8 rano koło Schroniska nad Morskim Okiem taka właśnie dzika zwierzyna pożerała rośliny nasadzone wokół zabudowań. Obok nas dwójka turystów, która też zaplątała się tam o tej porannej porze robiła sobie z jeleniem zdjęcie, ustawiali się, pozowali, a łania miała ich bliskość i pozowanie głęboko pod ogonem :) Obok fotającej dwójki było też dwóch gości ze schroniska, jeden siedział na ławeczce z kluczykami od samochodu w ręku, a drugi, pasażer, stał obok z butelką zimnego piwka, gdzieś się z rana wybierali, ale trochę głupio im było płoszyć łanię objadającą się ogródkiem o 1,5 metra od zaparkowanego samochodu, nie śpieszyło im się, więc czekali z odjazdem, aż zwierz się naje i sobie pójdzie :)
A po męczącym fizycznie urlopie czas na jedzenie konkretne i nieegzotyczne.
Uwielbiam fasolki, kasze i w ogóle najróżniejsze ziarenka. Lubię, na ten przykład mieszankę strączkowych "zupa śródziemnomorska" firmy Florpak. Nie wiem czemu nazywa się śródziemnomorska skoro w skład mieszanki wchodzi nie tylko związana z Morzem Śródziemnym soczewica i ciecierzyca, ale też i meksykańska czarna fasola, i azjatycka adzuki, i polski jaś i groch, i fasola łaciata...
Smakowitym sposobem na te kolorowe fasolki jest ugotowanie strączkowego gulaszu z warzywami i ewentualnie z mięskiem. Jemy go potem z dobrym pieczywem.
Pycha :)
Potrzeba:
*różne fasolki, ok. 200g suchych (czyli pół paczki "zupy śródziemnomorskiej")
*2 czerwone papryki, cukinia, 3 spore marchewki, kawałek selera, spora pietruszka, 2 duże cebule, por, 5-6 ząbków czosnku, 2 ziemniaki, puszka krojonych pomidorów albo 3 duże pokrojone pomidory
*w wersji dla mięsożernych 400-500g wołowiny pokrojonej na kawałki 2-3 cm średnicy (zrazowa, łopatka albo karkówka), ewentualnie może być też wieprzowa szynka (ale smakowo polecam tu krowę nie świnkę)
*sól, pieprz, duża szczypta chilli, czubata łyżka roztartego w palcach majeranku, łyżeczka roztartych w palcach ziół prowansalskich, czubata łyżeczka wędzonej papryki (jak nie mamy można dać zwykłą słodką paprykę, ale polecam zakup na internecie boskiej, wędzonej papryki w proszku), cztery czubate łyżki koncentratu pomidorowego, niepełna łyżeczka estragonu, kilka porządnych chlustów maggi
Wieczorem poprzedniego dnia zalewamy wodą fasolki. Danego dnia roboczego kroimy warzywa. Marchew, por i pietruszkę w talarki, cebule i cukinię w półkrążki, seler, ziemniaki, paprykę w niewielką kostkę, czosnek siekamy. W garnku z grubym dnem rozgrzewamy oliwę. W wersji mięsożernej najpierw porządnie na dużym ogniu podsmażamy i rumienimy mięsko, potem dorzucamy i przesmażamy cebulę (w wersji wege oczywiście zaczynamy od podsmażenia cebuli). Dorzucamy odsączone i przepłukane na sicie fasolki i przyprawy z ostatniej gwiazdki listy składników, zalewamy wodą, żeby całkiem zakryła potrawę w garze. Gotujemy pod przykryciem z pół godziny i dorzucamy warzywa, poza pomidorami i cukinią. Gotujemy dalsze pół godziny czasem zaglądając, mieszając i ewentualnie uzupełniając parującą wodę (tak żeby fasolki i warzywa zbytnio nie wystawały). Próbujemy (teraz możemy jeszcze dosolić albo dodać więcej chilli), dodajemy pomidory i cukinię, i gotujemy ostatnie pół godziny. Jeśli w gulaszu jest za dużo płynu, to te ostatnie pół godziny gotujemy bez przykrycia, żeby nadmiar wody odparował. Jakby ktoś się zgubił, to w sumie gotujemy ok. półtorej godziny ;)
W wersji z mięskiem czy bez jest to pyszne, pożywne i sycące danie, szczególnie smakowite z kromką dobrego pieczywa. Bardzo nam smakowało po dłuższym spacerze we wczorajszą nie za ciepłą aurę w kratkę.
Do gulaszu możemy też dodać pokrojony w drobną kostkę i przesmażony wędzony boczek.
Obiad o tyle wygodny, że robi się go cały gar i ma się jedzenia na trzy dni. Najlepszy następnego dnia, jak się smaki przegryzą.
Smacznego
Płowe cielsko na fotce, to niesamowicie wyluzowany, "dziki" górski jeleń. O 8 rano koło Schroniska nad Morskim Okiem taka właśnie dzika zwierzyna pożerała rośliny nasadzone wokół zabudowań. Obok nas dwójka turystów, która też zaplątała się tam o tej porannej porze robiła sobie z jeleniem zdjęcie, ustawiali się, pozowali, a łania miała ich bliskość i pozowanie głęboko pod ogonem :) Obok fotającej dwójki było też dwóch gości ze schroniska, jeden siedział na ławeczce z kluczykami od samochodu w ręku, a drugi, pasażer, stał obok z butelką zimnego piwka, gdzieś się z rana wybierali, ale trochę głupio im było płoszyć łanię objadającą się ogródkiem o 1,5 metra od zaparkowanego samochodu, nie śpieszyło im się, więc czekali z odjazdem, aż zwierz się naje i sobie pójdzie :)
A po męczącym fizycznie urlopie czas na jedzenie konkretne i nieegzotyczne.
Uwielbiam fasolki, kasze i w ogóle najróżniejsze ziarenka. Lubię, na ten przykład mieszankę strączkowych "zupa śródziemnomorska" firmy Florpak. Nie wiem czemu nazywa się śródziemnomorska skoro w skład mieszanki wchodzi nie tylko związana z Morzem Śródziemnym soczewica i ciecierzyca, ale też i meksykańska czarna fasola, i azjatycka adzuki, i polski jaś i groch, i fasola łaciata...
Smakowitym sposobem na te kolorowe fasolki jest ugotowanie strączkowego gulaszu z warzywami i ewentualnie z mięskiem. Jemy go potem z dobrym pieczywem.
Pycha :)
Potrzeba:
*różne fasolki, ok. 200g suchych (czyli pół paczki "zupy śródziemnomorskiej")
*2 czerwone papryki, cukinia, 3 spore marchewki, kawałek selera, spora pietruszka, 2 duże cebule, por, 5-6 ząbków czosnku, 2 ziemniaki, puszka krojonych pomidorów albo 3 duże pokrojone pomidory
*w wersji dla mięsożernych 400-500g wołowiny pokrojonej na kawałki 2-3 cm średnicy (zrazowa, łopatka albo karkówka), ewentualnie może być też wieprzowa szynka (ale smakowo polecam tu krowę nie świnkę)
*sól, pieprz, duża szczypta chilli, czubata łyżka roztartego w palcach majeranku, łyżeczka roztartych w palcach ziół prowansalskich, czubata łyżeczka wędzonej papryki (jak nie mamy można dać zwykłą słodką paprykę, ale polecam zakup na internecie boskiej, wędzonej papryki w proszku), cztery czubate łyżki koncentratu pomidorowego, niepełna łyżeczka estragonu, kilka porządnych chlustów maggi
W wersji z mięskiem czy bez jest to pyszne, pożywne i sycące danie, szczególnie smakowite z kromką dobrego pieczywa. Bardzo nam smakowało po dłuższym spacerze we wczorajszą nie za ciepłą aurę w kratkę.
Do gulaszu możemy też dodać pokrojony w drobną kostkę i przesmażony wędzony boczek.
Obiad o tyle wygodny, że robi się go cały gar i ma się jedzenia na trzy dni. Najlepszy następnego dnia, jak się smaki przegryzą.
Smacznego
sobota, 30 czerwca 2012
Kompot
Dziwnie jest z pogodą w tym roku, raz 28 stopni i duszno straszliwie, a następnego dnia stopni 16, wieje i pada... No, ale to pewnie sami też zauważyliście. Mam nadzieję, że lato na wakacje wreszcie się ogarnie. A jeśli nie, to taki kompot to dobra rzecz i na upały (z lodówki) i na chłody (wtedy w temperaturze pokojowej albo nawet podgrzany troszkę).
Przygotowanie:
Owoce zalewamy zimną wodą i gotujemy pod przykryciem ok. 30-40 minut. Po wyłączeniu gazu próbujemy i dosładzamy do smaku (to zależy od słodkości owoców, ale zdarza się, że wcale nie potrzeba dodatkowego cukru). Owoce powinny stanowić 1/3-1/2 objętości garnka.
I już.
Zamiast składników garść inspiracji co można do kompotu włożyć:
*Nad składem owoców nie ma się co długo zastanawiać, wrzucamy co akurat mamy. Jak zaczniemy robić kompoty, to szybko odkryjemy co i w jakich proporcjach smakuje nam najbardziej. Bardzo lubię kombinację rabarbaru z truskawkami i/lub jabłkami, albo rabarbaru z gruszką, pyszny jest z samych śliwek, samych wiśni albo z wiśni i jabłek, może być z czerwonych lub czarnych porzeczek samych lub w kombinacji z jabłkami lub gruszką, sam jabłkowy też jest bardzo dobry (ale wtedy należy dać owoców więcej niż 1/3). Jednym z najlepszych jest kompot z działkowych ciemnych winogron, takich małych, kwaskowych i wspaniale aromatycznych. Zimą można zrobić z jabłek i garści mrożonych truskawek czy wiśni, albo jabłek i kilku suszonych śliwek.
*Razem z owocami możemy ugotować kilka goździków i kawałek kory cynamonu, będzie pasować do większości kompotów, np. z jabłek, ze śliwek, z jabłek i rabarbaru, z gruszek, z wiśni (ale do wiśni raczej same goździki bez cynamonu).
*Słodkość w kompocie odczuwa się troszkę inaczej w zależności od jego temperatury. Ciepły smakuje lepiej słodszy, ale ten sam kompot na zimno może być trochę za słodki. Taki co był smaczny na zimno może potrzebować ciut więcej słodyczy na ciepło.
*Do kompotów z przewagą jabłek pasuje mięta. Tuż po zgaszeniu gazu wrzucamy do gara na 5 min. torebkę mięty. Trzeba uważać, żeby nie trzymać jej zbyt długo, żeby całość nie była zbyt miętowa ( jak mamy świeżą, to wrzucamy kilka gałązek i nie musimy później wyjmować). Kilka listków świeżej bazylii smacznie ożywi smak kompotu z papierówek (ale to muszą być dobre, aromatyczne jabłka w starym stylu, takie po prostu supermarketowe nie wytrzymają konkurencji z zapachem bazylii).
*Owoce do kompotu absolutnie nie mogą być popsute, ale jeśli są trochę przywiędnięte czy przyschnięte i pomarszczone to nie szkodzi. Jabłka, śliwki czy winogrona, które już tracą turgor są do kompotu nawet lepsze, bo zwykle słodsze.
*Jeśli przypadkiem zdarzy nam się kompot zbyt wodnisty i mało smakowy, bo daliśmy za mało owoców, to można go troszkę podratować. Tuż po wyłączeniu gazu wrzucamy do garnka torebkę lub dwie owocowej herbaty, np. malinowej albo jabłkowej i zaparzamy w kompocie. Delikatne oszustwo, ale jak nam napitek nie całkiem wyjdzie, to pomaga :)
Właściwie to nie planowałam na blogu wpisu o czymś tak oczywistym. Jednak, jak mam ze sobą w pracy czy na rowerze, czy gdzieś butelkę kompotu, to się znajomi często dziwują... że to fajnie, że babcia kiedyś robiła, że oni by się też czasem napili, etc.
Kompletnie bez sensu takie biadolenie, bo kompot to bardzo łatwa do zrobienia alternatywa dla kupnych napojów. Nie zawsze jest to najtańsza opcja, bo w zależności od użytych owoców (np. agrestowy, porzeczkowy, truskawkowy z rabarbarem czy wiśniowy) może wyjść nawet z 5-7zł za 2litry, ale na pewno warto zrobić sobie czasem coś innego niż picie ze sklepowych półek. Jednak w sezonie na jabłka kompot jabłkowy wychodzi za grosze. Nie mówiąc już o opcji, kiedy zamiast owoców w cenach z warszawskich bazarków mamy dostęp do darmowych owocków z jakiejś działki czy ogródka.
Zróbcie sobie czasem kompot. Tym bardziej, że takie retro jedzenie jest chyba teraz w modzie ;)
Smacznego
Przygotowanie:
Owoce zalewamy zimną wodą i gotujemy pod przykryciem ok. 30-40 minut. Po wyłączeniu gazu próbujemy i dosładzamy do smaku (to zależy od słodkości owoców, ale zdarza się, że wcale nie potrzeba dodatkowego cukru). Owoce powinny stanowić 1/3-1/2 objętości garnka.
I już.
Zamiast składników garść inspiracji co można do kompotu włożyć:
*Nad składem owoców nie ma się co długo zastanawiać, wrzucamy co akurat mamy. Jak zaczniemy robić kompoty, to szybko odkryjemy co i w jakich proporcjach smakuje nam najbardziej. Bardzo lubię kombinację rabarbaru z truskawkami i/lub jabłkami, albo rabarbaru z gruszką, pyszny jest z samych śliwek, samych wiśni albo z wiśni i jabłek, może być z czerwonych lub czarnych porzeczek samych lub w kombinacji z jabłkami lub gruszką, sam jabłkowy też jest bardzo dobry (ale wtedy należy dać owoców więcej niż 1/3). Jednym z najlepszych jest kompot z działkowych ciemnych winogron, takich małych, kwaskowych i wspaniale aromatycznych. Zimą można zrobić z jabłek i garści mrożonych truskawek czy wiśni, albo jabłek i kilku suszonych śliwek.
*Razem z owocami możemy ugotować kilka goździków i kawałek kory cynamonu, będzie pasować do większości kompotów, np. z jabłek, ze śliwek, z jabłek i rabarbaru, z gruszek, z wiśni (ale do wiśni raczej same goździki bez cynamonu).
*Słodkość w kompocie odczuwa się troszkę inaczej w zależności od jego temperatury. Ciepły smakuje lepiej słodszy, ale ten sam kompot na zimno może być trochę za słodki. Taki co był smaczny na zimno może potrzebować ciut więcej słodyczy na ciepło.
*Do kompotów z przewagą jabłek pasuje mięta. Tuż po zgaszeniu gazu wrzucamy do gara na 5 min. torebkę mięty. Trzeba uważać, żeby nie trzymać jej zbyt długo, żeby całość nie była zbyt miętowa ( jak mamy świeżą, to wrzucamy kilka gałązek i nie musimy później wyjmować). Kilka listków świeżej bazylii smacznie ożywi smak kompotu z papierówek (ale to muszą być dobre, aromatyczne jabłka w starym stylu, takie po prostu supermarketowe nie wytrzymają konkurencji z zapachem bazylii).
*Owoce do kompotu absolutnie nie mogą być popsute, ale jeśli są trochę przywiędnięte czy przyschnięte i pomarszczone to nie szkodzi. Jabłka, śliwki czy winogrona, które już tracą turgor są do kompotu nawet lepsze, bo zwykle słodsze.
*Jeśli przypadkiem zdarzy nam się kompot zbyt wodnisty i mało smakowy, bo daliśmy za mało owoców, to można go troszkę podratować. Tuż po wyłączeniu gazu wrzucamy do garnka torebkę lub dwie owocowej herbaty, np. malinowej albo jabłkowej i zaparzamy w kompocie. Delikatne oszustwo, ale jak nam napitek nie całkiem wyjdzie, to pomaga :)
Właściwie to nie planowałam na blogu wpisu o czymś tak oczywistym. Jednak, jak mam ze sobą w pracy czy na rowerze, czy gdzieś butelkę kompotu, to się znajomi często dziwują... że to fajnie, że babcia kiedyś robiła, że oni by się też czasem napili, etc.
Kompletnie bez sensu takie biadolenie, bo kompot to bardzo łatwa do zrobienia alternatywa dla kupnych napojów. Nie zawsze jest to najtańsza opcja, bo w zależności od użytych owoców (np. agrestowy, porzeczkowy, truskawkowy z rabarbarem czy wiśniowy) może wyjść nawet z 5-7zł za 2litry, ale na pewno warto zrobić sobie czasem coś innego niż picie ze sklepowych półek. Jednak w sezonie na jabłka kompot jabłkowy wychodzi za grosze. Nie mówiąc już o opcji, kiedy zamiast owoców w cenach z warszawskich bazarków mamy dostęp do darmowych owocków z jakiejś działki czy ogródka.
Zróbcie sobie czasem kompot. Tym bardziej, że takie retro jedzenie jest chyba teraz w modzie ;)
Smacznego
niedziela, 24 czerwca 2012
Szynka pieczona z rabarbarem
Bardzo lubię połączenie mięs z owocami. Była już szynka pieczona z jabłkiem, gruszką i żurawinami (tu), a teraz prezentuję jej smakowitą wysokość szynkę z rabarbarem. Mniam :)
Potrzeba:
*szynka wieprzowa (tu było 0,6kg)
*dwa rabarbarowe badyle
*duża cebula
*2-3 ząbki czosnku
*łyżka startego świeżego imbiru
* sól, pieprz, można troszkę chilli
*łyżeczka miodu i 3-4 łyżki oliwy
Szynkę dźgamy widelcem ze wszystkich stron (taka podziurkowana lepiej przejdzie smakiem marynaty). Nacieramy mięso solą i pieprzem. Siekamy cebulę i rabarbar, gnieciemy czosnek, ścieramy imbir, mieszamy dokładnie z miodem i oliwą i ewentualnie z chilli. Wkładamy wszystko do woreczka do pieczenia, miąchamy całość porządnie, żeby mięsko dokładnie oblepiło się składnikami marynaty. Zamykamy woreczek. Można upiec od razu, ale smaczniej będzie jak całość kilka godzin poleży w lodówce i lepiej przejdzie smakiem.
Robimy w woreczku kilka dziurek, żeby para miała drogę wyjścia i pieczemy ok. 1godz w 180 stopniach. Polecam pieczenie z wbitym w mięso termometrem, co bardzo ułatwia określenie momentu kiedy należy wyłączyć piekarnik (w przypadku wieprzowiny to ok. 85 stopni w środku mięsa).
Niestety nie mam zdjęcia już upieczonej szynki, bo została pożarta zanim przypomniało mi się, że powinnam zrobić fotkę.
Jeść ją należy z sałatą i ziemniakami, na które nakładamy smakowitą beżowo-różową owocową ciapę spod pieczeni.
Pyszny obiad. Pieczcie, jedzcie i delektujcie się zanim skończy się sezon na rabarbar :)
Potrzeba:
*szynka wieprzowa (tu było 0,6kg)
*dwa rabarbarowe badyle
*duża cebula
*2-3 ząbki czosnku
*łyżka startego świeżego imbiru
* sól, pieprz, można troszkę chilli
*łyżeczka miodu i 3-4 łyżki oliwy
Szynkę dźgamy widelcem ze wszystkich stron (taka podziurkowana lepiej przejdzie smakiem marynaty). Nacieramy mięso solą i pieprzem. Siekamy cebulę i rabarbar, gnieciemy czosnek, ścieramy imbir, mieszamy dokładnie z miodem i oliwą i ewentualnie z chilli. Wkładamy wszystko do woreczka do pieczenia, miąchamy całość porządnie, żeby mięsko dokładnie oblepiło się składnikami marynaty. Zamykamy woreczek. Można upiec od razu, ale smaczniej będzie jak całość kilka godzin poleży w lodówce i lepiej przejdzie smakiem.
Robimy w woreczku kilka dziurek, żeby para miała drogę wyjścia i pieczemy ok. 1godz w 180 stopniach. Polecam pieczenie z wbitym w mięso termometrem, co bardzo ułatwia określenie momentu kiedy należy wyłączyć piekarnik (w przypadku wieprzowiny to ok. 85 stopni w środku mięsa).
Niestety nie mam zdjęcia już upieczonej szynki, bo została pożarta zanim przypomniało mi się, że powinnam zrobić fotkę.
Jeść ją należy z sałatą i ziemniakami, na które nakładamy smakowitą beżowo-różową owocową ciapę spod pieczeni.
Pyszny obiad. Pieczcie, jedzcie i delektujcie się zanim skończy się sezon na rabarbar :)
czwartek, 14 czerwca 2012
Pieczone szparagi
Przepis podpatrzony na blogu Bea w kuchni. Jak już pisałam szparagi przepyszne. Jak nie wierzycie mi, to Ukochany potwierdza ich przepyszność.
Potrzeba:
*dwa pęczki szparagów
*oliwa ze słoiczka z suszonymi pomidorami w oliwie (ok. 5-6 łyżek), jak nie mamy, to oczywiście może być też zwykła oliwa
*nie musi być, ale warto dodać trochę białego wytrawnego wina (no tak z 1/4 - 1/3 szklanki)
*świeża bazylia (garść porwanych liści), sól, pieprz
*czarne oliwki (spora garść), 3-4 duże ząbki czosnku (najlepiej młodego), pomidorki koktajlowe (tyle, na ile mamy ochotę)
Szparagi dokładnie obieramy, można je pokroić w mniejsze kawałki. Układamy w żaroodpornym naczyniu wraz z pokrojonymi w plasterki ząbkami czosnku, bazylią i pomidorkami. Pomidorki nakłuwamy widelcem, żeby nie popękały za bardzo w trakcie pieczenia. Mieszamy oliwę z winem, solą i pieprzem. Polewamy szparagi, dokładnie mieszamy.
Wkładamy do nagrzanego piekarnika (220 stopni). W trakcie pieczenia mieszamy całość 2-3 razy.
Uwagi techniczne:
-Bea podaje czas pieczenia 10-12 min i taki czas, ufając autorce Wam polecam. Jeśli ktoś ma wiekowy, gazowy piekarnik, który nie słyszał o termoobiegu i termostacie, i którego termometr na drzwiczkach poddał się już wiele lat temu to informuję, że u mnie szparagi piekły się 23 min. (czyli do organoleptycznie stwierdzonej miękkości szparagów)
-pomieszałam pęczek zielonych i białych szparagów. Potrzebują one jednak różnego czasu obróbki termicznej. Zielone pieką czy gotują się szybciej. U mnie zielone były akurat, a białe trochę chrupkie (ale już nie surowe). Mi ta różnorodność smaków i struktury pasowała, ale jak chcecie równo upieczone, to trzeba dać tylko białe, albo tylko zielone szparagi.
Pyszności. No ale przepis za Jamie'em Oliverem, więc musi być pysznie. W poniedziałek zrobię powtórkę :)
Potrzeba:
*dwa pęczki szparagów
*oliwa ze słoiczka z suszonymi pomidorami w oliwie (ok. 5-6 łyżek), jak nie mamy, to oczywiście może być też zwykła oliwa
*nie musi być, ale warto dodać trochę białego wytrawnego wina (no tak z 1/4 - 1/3 szklanki)
*świeża bazylia (garść porwanych liści), sól, pieprz
*czarne oliwki (spora garść), 3-4 duże ząbki czosnku (najlepiej młodego), pomidorki koktajlowe (tyle, na ile mamy ochotę)
Szparagi dokładnie obieramy, można je pokroić w mniejsze kawałki. Układamy w żaroodpornym naczyniu wraz z pokrojonymi w plasterki ząbkami czosnku, bazylią i pomidorkami. Pomidorki nakłuwamy widelcem, żeby nie popękały za bardzo w trakcie pieczenia. Mieszamy oliwę z winem, solą i pieprzem. Polewamy szparagi, dokładnie mieszamy.
Wkładamy do nagrzanego piekarnika (220 stopni). W trakcie pieczenia mieszamy całość 2-3 razy.
Uwagi techniczne:
-Bea podaje czas pieczenia 10-12 min i taki czas, ufając autorce Wam polecam. Jeśli ktoś ma wiekowy, gazowy piekarnik, który nie słyszał o termoobiegu i termostacie, i którego termometr na drzwiczkach poddał się już wiele lat temu to informuję, że u mnie szparagi piekły się 23 min. (czyli do organoleptycznie stwierdzonej miękkości szparagów)
-pomieszałam pęczek zielonych i białych szparagów. Potrzebują one jednak różnego czasu obróbki termicznej. Zielone pieką czy gotują się szybciej. U mnie zielone były akurat, a białe trochę chrupkie (ale już nie surowe). Mi ta różnorodność smaków i struktury pasowała, ale jak chcecie równo upieczone, to trzeba dać tylko białe, albo tylko zielone szparagi.
Pyszności. No ale przepis za Jamie'em Oliverem, więc musi być pysznie. W poniedziałek zrobię powtórkę :)
wtorek, 12 czerwca 2012
Szparagi i mecz Polska-Rosja, 1:1 :D
HURRRA!!!
No i proszę, jak naprawdę nas Polaków ciśnienie przyciśnie to i autostradę potrafimy w tempie otworzyć (prowizorycznie, ale 7 czerwca nią jechałam, dało się :) i mecz też potrafimy ładny rozegrać. Szczerze mówiąc, to myślałam, że przegramy i to coś w stylu 0:3 czy 1:3, a tu proszę jaka niespodzianka.
No gratulacje :D Super meczyk, a przecież obiektywnie patrząc rosyjska drużna lepsza jest :D
Oby tak dalej :)
A do meczu tym razem pożarliśmy z Ukochanym nie parówki w cieście, a dwa pęczki pieczonych szparagów.
Przepysznych.
Ale nie chce mi się dziś pisać. Jutro mam na rano do pracy, pewnie trochę kaca będę mieć, bo do meczu i szparagów wino było, no i w trakcie meczu toasty za powodzenie naszych szły. Dziś będzie tylko kiepskiej jakości fotka z leciwego aparatu.
Jutro po pracy i teatrze postaram się dać przepis (i fotki lepsze też będą). A jak nie jutro to w piątek :) W tle rozmazanej fotki telewizor, a na ekranie mecz :)
Polska GOOOLA :)
No i proszę, jak naprawdę nas Polaków ciśnienie przyciśnie to i autostradę potrafimy w tempie otworzyć (prowizorycznie, ale 7 czerwca nią jechałam, dało się :) i mecz też potrafimy ładny rozegrać. Szczerze mówiąc, to myślałam, że przegramy i to coś w stylu 0:3 czy 1:3, a tu proszę jaka niespodzianka.
No gratulacje :D Super meczyk, a przecież obiektywnie patrząc rosyjska drużna lepsza jest :D
Oby tak dalej :)
A do meczu tym razem pożarliśmy z Ukochanym nie parówki w cieście, a dwa pęczki pieczonych szparagów.
Przepysznych.
Ale nie chce mi się dziś pisać. Jutro mam na rano do pracy, pewnie trochę kaca będę mieć, bo do meczu i szparagów wino było, no i w trakcie meczu toasty za powodzenie naszych szły. Dziś będzie tylko kiepskiej jakości fotka z leciwego aparatu.
Jutro po pracy i teatrze postaram się dać przepis (i fotki lepsze też będą). A jak nie jutro to w piątek :) W tle rozmazanej fotki telewizor, a na ekranie mecz :)
Polska GOOOLA :)
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Parówki w cieście dla kibica
Proste w przygotowaniu, szybkie, niedrogie, w dodatku smaczne i na ciepło, i na zimno, a co najważniejsze idealnie pasują do zimnego piwa. Pogryzałam sobie takie oglądając mecz otwarcia. Polecam na jutrzejszy mecz naszych z Rosją.
Jeśli jesteście wege, to przepis (testowane) jest smaczny także z parówkami sojowymi, choć wtedy warto dać więcej sera.
Nie to żebym kibicem zawziętym była, to był drugi mecz piłki nożnej jaki w życiu obejrzałam, ale skoro już EURO 2012 zawitało do Polski, to nawet tacy piłkowi ignoranci jak ja, Ukochany i królik Ziomek troszkę damy się ponieść biało-czerwonej atmosferze ;)
Tak, tak, nawet Śmieszny Puchaty Ziomek kibicuje naszym :)
Do parówek dla kibica potrzeba (na 3 osoby):
*opakowanie ciasta francuskiego, nie mrożonego (u mnie przykładowo ciasto z Lidla, 275g, dokładnie takie samo jest w Biedronce)
*koncentrat pomidorowy
*przyprawa do pieczonego kurczaka, np. złocisty kurczak kamisa, czy inna ulubiona
*sól, ew. chilli
*5 parówek, żółty ser (najlepiej taki bardziej aromatyczny, typu ementaler albo cheddar)
Rozwijamy rulon ciasta, kroimy na wstążki ok. 1,5-2 cm szerokości, na 5 parówek potrzeba 10 pasków ciasta. Każdy pasek smarujemy koncentratem pomidorowym, posypujemy równomiernie wzdłuż przyprawą do kurczaka (tak ze dwie spore szczypty na pasek) i chilli, jeśli chcemy pikantniej. Układamy paski żółtego sera. Parówki kroimy na pół, każdą zawijamy w ciasto. Ważne, żeby użyć dobrych parówek, które lubimy i na ciepło, i na zimno. Parówki potrafią być naprawdę paskudne, a jak niesmaczne będą parówki, to i cała przekąska.
Smarujemy z wierzchu roztrzepanym jajkiem, śmietaną lub mlekiem (nie jest to konieczne, ale taki zabieg sprawi, że wierzch będzie ładniej wyglądał po upieczeniu, będzie błyszczący i rumiany). Posypujemy ruloniki solą (w środku nie musimy solić, bo przyprawa do kurczaka i tak jest słona, podobnie jak parówki).
Pieczemy w 180 stopniach do zrumienienia ciasta, czyli ok. 20 min.
Zamiast przyprawy do pieczonego kurczaka, która super się w takich parówkach sprawdza można dodać curry, albo przyprawę w stylu grill węgierski. Do przyprawy kurczakowej dobrze pasuje też musztarda, możemy więc posmarować wstążki ciasta koncentratem i musztardą (ale wtedy dajemy mniej koncentratu). Jeśli nie lubicie parówek, można dać cienkie kiełbaski albo kabanosy.
Będzie jeszcze smaczniej jak podamy do parówek w cieście prostą sałatkę z sałaty, szczypiorku i pomidorków z kwaśnym winegretem albo sałatkę pomidorkową.
Nie wiem jak będzie dalej, ale na razie śmiesznie jest z tym całym Euro 2012. W piątek, jak był mecz otwarcia o godzinie 17.30 z centrum handlowego, w którym pracuję wymiotło wszystkich poza pracownikami. Z racji pustek szefowa pozwoliła mi pójść sobie wcześniej, żeby obejrzeć mecz :) Jak jechałam do domu Bródno i Targówek wyglądały jak po straszliwej katastrofie, która wybiła wszystkich mieszkańców. Poza pustymi autobusami na ulicach nie było nikogo i niczego :) To było ciekawy widok, wyludnione ulice sprawiały wrażenie fascynujące i dziwaczne jednocześnie, jak scenografia do jakiegoś katastroficznego filmu SF :)
Jeśli jesteście wege, to przepis (testowane) jest smaczny także z parówkami sojowymi, choć wtedy warto dać więcej sera.
Nie to żebym kibicem zawziętym była, to był drugi mecz piłki nożnej jaki w życiu obejrzałam, ale skoro już EURO 2012 zawitało do Polski, to nawet tacy piłkowi ignoranci jak ja, Ukochany i królik Ziomek troszkę damy się ponieść biało-czerwonej atmosferze ;)
Tak, tak, nawet Śmieszny Puchaty Ziomek kibicuje naszym :)
Do parówek dla kibica potrzeba (na 3 osoby):
*opakowanie ciasta francuskiego, nie mrożonego (u mnie przykładowo ciasto z Lidla, 275g, dokładnie takie samo jest w Biedronce)
*koncentrat pomidorowy
*przyprawa do pieczonego kurczaka, np. złocisty kurczak kamisa, czy inna ulubiona
*sól, ew. chilli
*5 parówek, żółty ser (najlepiej taki bardziej aromatyczny, typu ementaler albo cheddar)
Rozwijamy rulon ciasta, kroimy na wstążki ok. 1,5-2 cm szerokości, na 5 parówek potrzeba 10 pasków ciasta. Każdy pasek smarujemy koncentratem pomidorowym, posypujemy równomiernie wzdłuż przyprawą do kurczaka (tak ze dwie spore szczypty na pasek) i chilli, jeśli chcemy pikantniej. Układamy paski żółtego sera. Parówki kroimy na pół, każdą zawijamy w ciasto. Ważne, żeby użyć dobrych parówek, które lubimy i na ciepło, i na zimno. Parówki potrafią być naprawdę paskudne, a jak niesmaczne będą parówki, to i cała przekąska.
Smarujemy z wierzchu roztrzepanym jajkiem, śmietaną lub mlekiem (nie jest to konieczne, ale taki zabieg sprawi, że wierzch będzie ładniej wyglądał po upieczeniu, będzie błyszczący i rumiany). Posypujemy ruloniki solą (w środku nie musimy solić, bo przyprawa do kurczaka i tak jest słona, podobnie jak parówki).
Pieczemy w 180 stopniach do zrumienienia ciasta, czyli ok. 20 min.
Zamiast przyprawy do pieczonego kurczaka, która super się w takich parówkach sprawdza można dodać curry, albo przyprawę w stylu grill węgierski. Do przyprawy kurczakowej dobrze pasuje też musztarda, możemy więc posmarować wstążki ciasta koncentratem i musztardą (ale wtedy dajemy mniej koncentratu). Jeśli nie lubicie parówek, można dać cienkie kiełbaski albo kabanosy.
Będzie jeszcze smaczniej jak podamy do parówek w cieście prostą sałatkę z sałaty, szczypiorku i pomidorków z kwaśnym winegretem albo sałatkę pomidorkową.
Nie wiem jak będzie dalej, ale na razie śmiesznie jest z tym całym Euro 2012. W piątek, jak był mecz otwarcia o godzinie 17.30 z centrum handlowego, w którym pracuję wymiotło wszystkich poza pracownikami. Z racji pustek szefowa pozwoliła mi pójść sobie wcześniej, żeby obejrzeć mecz :) Jak jechałam do domu Bródno i Targówek wyglądały jak po straszliwej katastrofie, która wybiła wszystkich mieszkańców. Poza pustymi autobusami na ulicach nie było nikogo i niczego :) To było ciekawy widok, wyludnione ulice sprawiały wrażenie fascynujące i dziwaczne jednocześnie, jak scenografia do jakiegoś katastroficznego filmu SF :)
piątek, 1 czerwca 2012
Grill
Lato jest, a jak lato to i grill :)
Zapraszam na grilla z kolorowymi, aromatycznymi warzywami i karkówką w azjatyckim stylu. W tym poście będą receptury szybkie i proste.
Smakowity i sycący grill wcale nie wymaga mięsa, wystarczy mnóstwo warzyw. Jakich? Na ten przykład cukinie, zielone i czerwone papryki, brokuły, kalafior, bakłażany, ziemniaki, cebula oraz absolutne hity czyli zielone szparagi, kalarepka i młody czosnek.
Potrzeba:
*wybrane warzywa
*szklanka oliwy, 4-5 zgniecionych ząbków czosnku, pół łyżeczki soli, łyżeczka wędzonej papryki (ewentualnie zwykłej), spora szczypta chilli i nieczubata łyżeczka roztartych w palcach ziół prowansalskich
*majonez i ocet balsamiczny
Mieszamy składniki marynaty, obtaczamy w niej pokrojone warzywa, zostawiamy na pół godziny. Układamy na grillu, prószymy solą i pieczemy od czasu do czasu przewracając i smarując marynatą (najwygodniej za pomocą silikonowego pędzelka).
Używamy oliwy do smażenia, taka z pierwszego tłoczenia momentalnie się spali. Poza bakłażanem i ziemniakami większość warzyw można zjeść i na surowo, dlatego nie ma co przesadzać z czasem grillowania. Najsmaczniej jest jak warzywa są jeszcze trochę chrupkie, a nie rozciapciane zbyt długą obróbką cieplną, dotyczy to szczególnie szparagów, różyczek kalafiora i plastrów kalarepki.
Bakłażan wymaga obróbki przed wrzuceniem na ruszt. Żeby pozbawić to pyszne warzywo gorzkiego smaku kroimy go w plastry 1 cm grubości, rozkładamy papierowy ręcznik, każdy plaster posypujemy solą z obu stron, potem układamy plastry na papierowym ręczniku kuchennym i z wierzchu przykrywamy drugim ręcznikiem. Zostawiamy na godzinkę. Sól wyciąga na zewnątrz sok, a ten wsiąka w papierowe ręczniki. Mokry od gorzkiego soku papier wesoło wyrzucamy, a smakowitego bakłażana smarujemy marynatą i grillujemy. Tego warzywka nie macerujemy w oliwie, bo wchłonie całą i będzie straszliwe tłusty.
Do zielonych szparagów robimy prosty sosik, czyli mieszamy na gładki krem majonez i ocet balsamiczny (w proporcji dwie czubate łyżki majonezu i łyżka octu). To wyrazisty, smaczny dodatek nie tylko do szparagów, pysznie komponować się będzie także z brokułami, kalafiorem czy ziemniaczkami.
I absolutny hit, czyli łepek młodego czosnku zawijamy w folię aluminiową i kładziemy na grilla, taki czosnek potrzebuje dużo czasu, przynajmniej ze 40 minut, a i godzina nie zaszkodzi. Po upieczeniu jest pyszny i mięciutki, rozsmarowujemy go na grillowanym chlebku i prószymy solą.
A teraz coś dla tych, co czekali na mięsko.
Pyszna karkówka z grilla.
Potrzeba:
*karkówka
*oliwa do smażenia
*żółta pasta curry
*sos imbirowy z soją Tao Tao, czosnek
Plastry karkówki energicznie i gęsto dźgamy widelcem, dokładnie mieszamy z marynatą i zostawiamy w lodówce na min. 2-3 godziny (a można i na całą noc, będzie jeszcze smaczniej). Dziurawienie plastrów sprawi, że smak zalewy lepiej wniknie w mięsko.
Marynata 1: pastę curry dokładnie mieszamy z oliwą (proporcje, na łyżkę pasty łyżka oliwy). W sklepach są też pasty curry zielona i czerwona, ale te są piekielnie ostre. Żółta jest ostra umiarkowanie, więc jak lubicie, to można dodać do niej jeszcze szczyptę chilli.
Marynata 2: pół szklanki sosu imbirowego mieszamy ze zgniecionym ząbkiem czosnku i 2-3 łyżkami oliwy. Jeśli macie ochotę, to można dać jeszcze łyżeczkę startego, świeżego imbiru.
Na jeden średni plaster karkówki potrzeba będzie z łyżkę marynaty z curry albo dwie z sosu imbirowego. Zamarynowaną karkówkę kładziemy na grilla i z wierzchniej strony prószymy solą (tak bez przesady, bo marynata już jest trochę słona).
Jako napój może być na przykład piwo z wrzuconymi do niego 2-3 pokrojonymi truskawkami, albo z plastrem cytryny i kilkoma pogniecionymi i porwanymi (dla uwolnienia aromatu) listkami świeżej mięty. Białe wino z truskawką, kostką lodu i wodą gazowaną też będzie mniam.
Na fotkach jest grill elektryczny, ale podane przepisy są kompatybilne także ze zwykłym grillem.
Zapraszam na grilla z kolorowymi, aromatycznymi warzywami i karkówką w azjatyckim stylu. W tym poście będą receptury szybkie i proste.
Smakowity i sycący grill wcale nie wymaga mięsa, wystarczy mnóstwo warzyw. Jakich? Na ten przykład cukinie, zielone i czerwone papryki, brokuły, kalafior, bakłażany, ziemniaki, cebula oraz absolutne hity czyli zielone szparagi, kalarepka i młody czosnek.
Potrzeba:
*wybrane warzywa
*szklanka oliwy, 4-5 zgniecionych ząbków czosnku, pół łyżeczki soli, łyżeczka wędzonej papryki (ewentualnie zwykłej), spora szczypta chilli i nieczubata łyżeczka roztartych w palcach ziół prowansalskich
*majonez i ocet balsamiczny
Mieszamy składniki marynaty, obtaczamy w niej pokrojone warzywa, zostawiamy na pół godziny. Układamy na grillu, prószymy solą i pieczemy od czasu do czasu przewracając i smarując marynatą (najwygodniej za pomocą silikonowego pędzelka).
Używamy oliwy do smażenia, taka z pierwszego tłoczenia momentalnie się spali. Poza bakłażanem i ziemniakami większość warzyw można zjeść i na surowo, dlatego nie ma co przesadzać z czasem grillowania. Najsmaczniej jest jak warzywa są jeszcze trochę chrupkie, a nie rozciapciane zbyt długą obróbką cieplną, dotyczy to szczególnie szparagów, różyczek kalafiora i plastrów kalarepki.
Bakłażan wymaga obróbki przed wrzuceniem na ruszt. Żeby pozbawić to pyszne warzywo gorzkiego smaku kroimy go w plastry 1 cm grubości, rozkładamy papierowy ręcznik, każdy plaster posypujemy solą z obu stron, potem układamy plastry na papierowym ręczniku kuchennym i z wierzchu przykrywamy drugim ręcznikiem. Zostawiamy na godzinkę. Sól wyciąga na zewnątrz sok, a ten wsiąka w papierowe ręczniki. Mokry od gorzkiego soku papier wesoło wyrzucamy, a smakowitego bakłażana smarujemy marynatą i grillujemy. Tego warzywka nie macerujemy w oliwie, bo wchłonie całą i będzie straszliwe tłusty.
Do zielonych szparagów robimy prosty sosik, czyli mieszamy na gładki krem majonez i ocet balsamiczny (w proporcji dwie czubate łyżki majonezu i łyżka octu). To wyrazisty, smaczny dodatek nie tylko do szparagów, pysznie komponować się będzie także z brokułami, kalafiorem czy ziemniaczkami.
I absolutny hit, czyli łepek młodego czosnku zawijamy w folię aluminiową i kładziemy na grilla, taki czosnek potrzebuje dużo czasu, przynajmniej ze 40 minut, a i godzina nie zaszkodzi. Po upieczeniu jest pyszny i mięciutki, rozsmarowujemy go na grillowanym chlebku i prószymy solą.
A teraz coś dla tych, co czekali na mięsko.
Pyszna karkówka z grilla.
Potrzeba:
*karkówka
*oliwa do smażenia
*żółta pasta curry
*sos imbirowy z soją Tao Tao, czosnek
Plastry karkówki energicznie i gęsto dźgamy widelcem, dokładnie mieszamy z marynatą i zostawiamy w lodówce na min. 2-3 godziny (a można i na całą noc, będzie jeszcze smaczniej). Dziurawienie plastrów sprawi, że smak zalewy lepiej wniknie w mięsko.
Marynata 1: pastę curry dokładnie mieszamy z oliwą (proporcje, na łyżkę pasty łyżka oliwy). W sklepach są też pasty curry zielona i czerwona, ale te są piekielnie ostre. Żółta jest ostra umiarkowanie, więc jak lubicie, to można dodać do niej jeszcze szczyptę chilli.
Marynata 2: pół szklanki sosu imbirowego mieszamy ze zgniecionym ząbkiem czosnku i 2-3 łyżkami oliwy. Jeśli macie ochotę, to można dać jeszcze łyżeczkę startego, świeżego imbiru.
Na jeden średni plaster karkówki potrzeba będzie z łyżkę marynaty z curry albo dwie z sosu imbirowego. Zamarynowaną karkówkę kładziemy na grilla i z wierzchniej strony prószymy solą (tak bez przesady, bo marynata już jest trochę słona).
Jako napój może być na przykład piwo z wrzuconymi do niego 2-3 pokrojonymi truskawkami, albo z plastrem cytryny i kilkoma pogniecionymi i porwanymi (dla uwolnienia aromatu) listkami świeżej mięty. Białe wino z truskawką, kostką lodu i wodą gazowaną też będzie mniam.
Na fotkach jest grill elektryczny, ale podane przepisy są kompatybilne także ze zwykłym grillem.
piątek, 25 maja 2012
Surówka z młodej kapusty
Klasyczna młoda kapustka duszona z koperkiem już była (tu), teraz czas na eksperymenty.
Żeby było śmieszniej ta surówka powstała w biegu, gdzieś w krótkim czasie między porannym prysznicem, a suszeniem włosów i domalowywaniem sobie twarzy przed pójściem do pracy. Zrobiona szybko i troszkę bezmyślnie, ot tak, żeby mieć co zapakować w pudełko na obiad do pracy. Okazało się, że ten pomysł smakowy zdecydowanie zasłużył nie tylko na swojego posta, ale i na powtórzenie niejeden raz. Smakowity i prosty przepis, surówka o wyrazistym i jednocześnie stonowanym smaku, pasującym zarówno do kuchni polskiej PRLu typu schabowy jak i do dań bardziej egzotycznych.
Potrzeba:
*pół poszatkowanej młodej kapusty (ok. 0,5 kg)
*po kilka źdźbeł koperku i natki (posiekane) i kilka źdźbeł szczypiorku (też posiekanego), szalotka albo malutka cebula drobniutko posiekana, spora garść pestek słonecznika
*olej lniany (ewentualnie oliwa), łyżeczka oleju sezamowego, sól i świeżo zmielony pieprz
*opcjonalnie (warto) garść kiełków, np. brokuła lub lucerny
Wszystkie składniki dokładnie mieszamy. Najlepiej na kilka godzin przed zjedzeniem, żeby całość się przegryzła. Można oczywiście zjeść od razu i też będzie smacznie, ale po przegryzieniu się z olejem i solą kapusta ma fajniejszą konsystencję. Wyrazistości w smaku mimo niewielu przypraw nadają surówce oleje, sezamowy i lniany, oraz słonecznik.
Pyszna była na obiad w pracy, z odgrzanym w mikrofali ziemniaczanym pure polanym dużą ilością sosu spod dobrej pieczeni i kawałkiem tej pieczeni. Równie smacznie będzie z ziemniaczkami, chlebkiem lub kaszą gryczaną i jajkiem sadzonym, itp, itd.
Na fotce surówka występuje z gulaszem z wieprzowej szynki (takim całkiem tradycyjnym, z suszonymi grzybami).
Żeby było śmieszniej ta surówka powstała w biegu, gdzieś w krótkim czasie między porannym prysznicem, a suszeniem włosów i domalowywaniem sobie twarzy przed pójściem do pracy. Zrobiona szybko i troszkę bezmyślnie, ot tak, żeby mieć co zapakować w pudełko na obiad do pracy. Okazało się, że ten pomysł smakowy zdecydowanie zasłużył nie tylko na swojego posta, ale i na powtórzenie niejeden raz. Smakowity i prosty przepis, surówka o wyrazistym i jednocześnie stonowanym smaku, pasującym zarówno do kuchni polskiej PRLu typu schabowy jak i do dań bardziej egzotycznych.
Potrzeba:
*pół poszatkowanej młodej kapusty (ok. 0,5 kg)
*po kilka źdźbeł koperku i natki (posiekane) i kilka źdźbeł szczypiorku (też posiekanego), szalotka albo malutka cebula drobniutko posiekana, spora garść pestek słonecznika
*olej lniany (ewentualnie oliwa), łyżeczka oleju sezamowego, sól i świeżo zmielony pieprz
*opcjonalnie (warto) garść kiełków, np. brokuła lub lucerny
Wszystkie składniki dokładnie mieszamy. Najlepiej na kilka godzin przed zjedzeniem, żeby całość się przegryzła. Można oczywiście zjeść od razu i też będzie smacznie, ale po przegryzieniu się z olejem i solą kapusta ma fajniejszą konsystencję. Wyrazistości w smaku mimo niewielu przypraw nadają surówce oleje, sezamowy i lniany, oraz słonecznik.
Pyszna była na obiad w pracy, z odgrzanym w mikrofali ziemniaczanym pure polanym dużą ilością sosu spod dobrej pieczeni i kawałkiem tej pieczeni. Równie smacznie będzie z ziemniaczkami, chlebkiem lub kaszą gryczaną i jajkiem sadzonym, itp, itd.
Na fotce surówka występuje z gulaszem z wieprzowej szynki (takim całkiem tradycyjnym, z suszonymi grzybami).
czwartek, 24 maja 2012
Szparagi, najprościej
Sezon szparagowy w pełni, należy więc korzystać i objadać się nimi zanim znikną.
Na początek białe szparagi w postaci najprostszej, po prostu gotowane.
Można je zajadać same z podpieczonym w tosterze chlebkiem, z ziemniaczkami z koperkiem i jajkiem sadzonym albo z ziemniaczkami i kefirem, pasować też będzie "schabowy" z piersi kurczaka.
Szparagi uwielbiają towarzystwo białego wina ;)
Szparagi gotujemy w posolonej wodzie z dodatkiem grubego plastra cytryny i łyżki masła, wrzucamy je do garnka* dopiero jak woda zawrze i gotujemy ok. 10 min (może być krócej przy cieniutkich szparagach lub dłużej przy dużych i grubych). Uważamy żeby nie rozgotować.
Podajemy z majonezem wymieszanym na gładki krem z octem balsamicznym (u mnie niepełna łyżka octu i 2 łyżki majonezu, ale może być bardziej lub mniej octowo w zależności jak lubicie).
Szczerze pisząc w rzeczywistości nie jadam szparagów tak podanych, tylko kilka zapozowało do zdjęcia. Reszta leży na kuchennym stole rzucona jak popadło na stertę na wielkim talerzu. Talerz znajduje się między dwoma wygłodniałymi bestiami, które zaraz je pożrą zupełnie nie zawracając sobie głowy elegancją podania :) Ważne, że jest sosik majonezowy i opieczone w tosterze kromki dobrego, białego chleba oraz pół wytrawne białe wino.
Żeby było smakowicie trzeba wybrać świeży pęczek, jak najbardziej biały, powierzchnia pędów nie może być zeschnięta, powinny być kruche, tak żeby się łamać, a nie giąć. Obieramy ostrym nożykiem cieniutko, ale dokładnie. Nie wyglądają na takie, ale młodziutkie pędy mają bardzo twardą korę, niedokładnie obrane będą trudne do zjedzenia, bo z wierzchu straszliwie łykowate. Jak ktoś się przyjrzy to w tle zdjęcia widać talerzyk ze stertą obierków, powstałą już z ugotowanych szparagów. Ukochanemu trochę się zapomniała nauka z zeszłego roku, dlaczego trzeba te bielutkie, na pierwszy rzut oka delikatne roślinki dokładnie obierać :)
A poniżej szparagi w wersji pełnoobiadowej. Z miseczką kefiru i obowiązkowym beżowym sosem majonezowo-octowym. Do tego pierwsze w tym roku młode ziemniaczki. Pysznie dziś było.
Na opisanie czekają też rewelacyjne (już sfotografowane i zjedzone) grillowane zielone szparagi. Hmn... obiecuję, że się postaram, żeby wpis pojawił się zanim skończy się bezlitośnie krótki szparagowy sezon.
*Garnek powinien być na tyle duży, żeby szparagi zmieściły się leżąc (nie musimy wypełniać go wodą po brzegi, wystarczy 1/3 czy 1/2 tak żeby miały się w czym gotować). Jeśli są bardzo długie możemy ugotować je w dużej patelni, ewentualnie można odciąć główki, wrzucić na gotującą się wodę końcówki, a chwilę później delikatniejsze główki.
Na początek białe szparagi w postaci najprostszej, po prostu gotowane.
Można je zajadać same z podpieczonym w tosterze chlebkiem, z ziemniaczkami z koperkiem i jajkiem sadzonym albo z ziemniaczkami i kefirem, pasować też będzie "schabowy" z piersi kurczaka.
Szparagi uwielbiają towarzystwo białego wina ;)
Szparagi gotujemy w posolonej wodzie z dodatkiem grubego plastra cytryny i łyżki masła, wrzucamy je do garnka* dopiero jak woda zawrze i gotujemy ok. 10 min (może być krócej przy cieniutkich szparagach lub dłużej przy dużych i grubych). Uważamy żeby nie rozgotować.
Podajemy z majonezem wymieszanym na gładki krem z octem balsamicznym (u mnie niepełna łyżka octu i 2 łyżki majonezu, ale może być bardziej lub mniej octowo w zależności jak lubicie).
Szczerze pisząc w rzeczywistości nie jadam szparagów tak podanych, tylko kilka zapozowało do zdjęcia. Reszta leży na kuchennym stole rzucona jak popadło na stertę na wielkim talerzu. Talerz znajduje się między dwoma wygłodniałymi bestiami, które zaraz je pożrą zupełnie nie zawracając sobie głowy elegancją podania :) Ważne, że jest sosik majonezowy i opieczone w tosterze kromki dobrego, białego chleba oraz pół wytrawne białe wino.
Żeby było smakowicie trzeba wybrać świeży pęczek, jak najbardziej biały, powierzchnia pędów nie może być zeschnięta, powinny być kruche, tak żeby się łamać, a nie giąć. Obieramy ostrym nożykiem cieniutko, ale dokładnie. Nie wyglądają na takie, ale młodziutkie pędy mają bardzo twardą korę, niedokładnie obrane będą trudne do zjedzenia, bo z wierzchu straszliwie łykowate. Jak ktoś się przyjrzy to w tle zdjęcia widać talerzyk ze stertą obierków, powstałą już z ugotowanych szparagów. Ukochanemu trochę się zapomniała nauka z zeszłego roku, dlaczego trzeba te bielutkie, na pierwszy rzut oka delikatne roślinki dokładnie obierać :)
A poniżej szparagi w wersji pełnoobiadowej. Z miseczką kefiru i obowiązkowym beżowym sosem majonezowo-octowym. Do tego pierwsze w tym roku młode ziemniaczki. Pysznie dziś było.
Na opisanie czekają też rewelacyjne (już sfotografowane i zjedzone) grillowane zielone szparagi. Hmn... obiecuję, że się postaram, żeby wpis pojawił się zanim skończy się bezlitośnie krótki szparagowy sezon.
*Garnek powinien być na tyle duży, żeby szparagi zmieściły się leżąc (nie musimy wypełniać go wodą po brzegi, wystarczy 1/3 czy 1/2 tak żeby miały się w czym gotować). Jeśli są bardzo długie możemy ugotować je w dużej patelni, ewentualnie można odciąć główki, wrzucić na gotującą się wodę końcówki, a chwilę później delikatniejsze główki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























