.

.

piątek, 17 kwietnia 2015

Kartoflanka z arabską nutą

Niech Was nie zwiedzie bury wygląd, zupa jest smakowita, sycąca i bardzo aromatyczna.
Jeśli tylko macie blender żyrafę, to polecam taki obiadek szczególnie w czas dziwnej tegorocznej wiosny, kiedy kolory już się pojawiają i słońce też już jest, ale ciągle zimno.
Można robić ją w wielu wersjach smakowych, zamiast kolendry i kuminu może być, np. potężna łycha majeranku i trochę wędzonej papryki albo curry.
Zupa ta jest obok pomidorowej ulubioną zupą mojego 1,5 rocznego dziecia.*


Potrzeba :
(z tych proporcji wychodzi obiad na 2 dni dla 2 dorosłych i dziecia)
-ok.1kg ziemniaków
-dwie spore pietruszki, dwie marchewki, duża cebula, duży por (biała i jasnozielona część), nieduży seler (albo pół jeśli nie lubicie), 3-5 ząbków czosnku (my lubimy dużo, więc daję 5)
-3 czubate łyżki masła
- sól, pieprz, niecała łyżeczka suszonego tymianku, ziarna kuminu (nie kminku!) i kolendry, chilli, liść laurowy i 2 suszone liście limonki kaffir (które spokojnie można pominąć, ale bardzo polecam sobie takie zakupić), ewentualnie chlust maggi
-opcjonalnie 5-6 strączków okry lub szklanka zielonego groszku albo garść strączków fasolki szparagowej
-do podania aromatyczny żółty ser, zielone (szałwia, szczypiorek lub pietruszka), mogą być też posiekane orzechy włoskie, ewentualnie kawałki wędzonego kurczaka lub podsmażony boczek jeśli koniecznie chcecie z mięsem

Pół cebuli, pietruszki, marchew, por, seler i ziemniaki kroimy na mniejsze kawałki i gotujemy. Ja robię to w parowarze (30-35min) i bardzo Wam taką opcję polecam, bo warzywa będą bardziej aromatyczne. Jeśli nie macie parowaru, to żadna przeszkoda oczywiście, zalewamy warzywa niewielką ilością wody (tak tylko żeby je przykryła) i gotujemy, aż ziemniaki zmiękną.
W czasie gdy warzywa się gotują łyżkę ziaren kolendry (jeśli bardzo lubicie, jak my, to ta łyżka może być kopiata) i 1-2 łyżeczki kuminu rozcieramy w moździerzu (nie na pyłek, ot tak żeby się pokruszyły). Ziarna podprażamy chwilę (ze 4 minutki) na suchej patelni, żeby wydobyć aromat i przesypujemy z powrotem do moździerza.


Na tej samej patelni roztapiamy 2 łyżki masła. Pół cebuli kroimy w cienkie plasterki i dusimy na masełku, pod koniec dodając zgniecione ząbki czosnku (nie dajemy czosnku od razu, żeby się nie przypalił). Zestawiamy patelnię z ognia.
Warzywa z parowaru przekładamy do garnka i dolewamy 1-1,5l zimnej wody (a jeśli gotowaliśmy je w garnku, to czekamy, aż trochę przestygną) i blendujemy na w miarę gładki krem (mnie grudki nie przeszkadzają, ale jeśli jesteście perfekcjonistami to możecie przetrzeć zupę przez sitko). Powinien wyjść gęsty, czasem bardzo gęsty krem.
Teraz dorzucamy przyprawy, zawartość patelni razem z tłuszczem, pozostałą łyżkę masła i pokrojoną na plasterki okrę albo mrożony groszek (jeśli jest z puszki lepiej wrzucić na koniec, już po zdjęciu gara z ognia), albo pokrojoną na ok. 1cm kawałki fasolkę.


Jeśli trzeba mieszając dolewamy jeszcze wodę, aż do uzyskania pożądanej konsystencji.
Wstawiamy na gaz i gotujemy, często mieszając, jeszcze 10-15min. od momentu zawrzenia. Zielone warzywa nie powinny się rozgotować, żeby było coś na ząb w gładkiej zupie.

Po rozlaniu na talerze posypujemy jakimś ostrzejszym żółtym serem, posiekanym zielonym i ewentualnie orzechami (ale akurat do zdjęcia nie miałam w szafce).

*Jeśli i Wy macie małego człowieka, to dodając przyprawy nie wrzucamy z resztą soli i chilli, a pieprzu tylko część. Kiedy zupa jest gotowa odlewamy do małego garnka część dla dziecka i dopiero potem dodajemy sól, chilli i resztę pieprzu, i mieszamy dokładnie. Dzieciowi oczywiście też można posypać serem i zieleniną jeśli lubi.

piątek, 27 marca 2015

Ciastka z jabłkiem, całkiem lub prawie bezcukrowe

Słodkie U królika to rzadkość, bo za deserami jakoś specjalnie nie przepadam. Za jedzeniem to jeszcze jako tako, ale za robieniem to już w ogóle.
Te ciastka jednak zadomowiły się w mojej kuchni na stałe. Nie są wykwintne ani odkrywcze, przed teściową czy gośćmi się nimi nie popiszecie. Są za to bardzo smakowite i zupełnie niekłopotliwe do zrobienia. To nie tylko kalorie, ale i wartościowa przegryzka czy podwieczorek dla dziecka.
Za jednym pieczeniem otrzymujemy wersję posypaną cukrem dla dorosłych i wersję bez cukru dla dziecia małego i wszystkich tych, co uważają cukier za białą śmierć.
Ogromnym plusem tego przepisu jest jego wspaniała plastyczność.

Potrzeba:
*mąka pszenna, masło, mielony twaróg (w równych ilościach, np. po 200g)
*cynamon (albo kardamon, albo tarta skórka pomarańczowa, albo gałka muszkatołowa, co kto woli)
*słodkie jabłka (albo gruszki, albo brzoskwinie, albo śliwki, albo ananas, albo inne owoce do nadziania)
*opcjonalnie cukier puder (lub gruby kryształ)
*opcjonalnie miód


Jabłka kroimy w ósemki (można nie obierać, ciastka będą bardziej aromatyczne, ale będzie za to skórka do pogryzienia). Mąkę, miękkie, ogrzane masło i twaróg zagniatamy na nielepiące się do rąk ciasto (jak za bardzo się lepi, to podsypujemy jeszcze odrobiną mąki). Jeśli mamy niezbyt słodkie jabłka, to do ciasta warto dodać łyżkę czy dwie miodu. Cienko rozwałkowujemy (na grubość ok. 3mm) i wykrawamy kółka jak na pierogi . Z proporcji po 200g masła, mąki i twarogu wyjdzie ok. 20 sporych ciastek. Na każdym kółku układamy kawałek jabłka, prószymy cynamonem i składamy jak pieróg, ale nie zlepiamy brzegów. Układamy ciastka na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.



Pieczemy do zrumienienia w 180 stopniach (czyli 10-15 min w zależności od użytych mąk i właściwości piekarnika, u mnie 10 min na termoobiegu). Po upieczeniu posypujemy cukrem pudrem (lub posypujemy grubym cukrem przed pieczeniem).
I już.
Smacznego.


Wariacje:
*Mąka może być tylko biała (całość będzie delikatniejsza i słodsza) albo z dodatkami. Możemy dodać pełnoziarnistą pszenną, żytnią, orkiszową, owsianą albo mąkę ryżową, kukurydzianą, ciecierzycową, amarantusową, kasztanową, orzechową... co Wam wyobraźnia podpowie.
Ja lubię z dodatkiem żytniej pełnoziarnistej i kilkoma łyżkami zmielonych orzechów włoskich. Z razową mąką spód może być trochę wilgotnawy od soku z owoców. Razowych mąk używam zamiast 1/3 ilości białej, amarantusowej czy orzechów kilka łyżek.
*Twaróg może być gładki, np. twaróg mielony do serników, wtedy będziemy mieć delikatne ciastka albo można  rozdrobnić widelcem zwykły twaróg z kostki (dość dokładnie, żeby ciasto się zlepiło, ale z grudkami) i wtedy będziemy mieć rustykalne ciastka z grudkami sera (to też smakuje dobrze).
*Zamiast jabłek mogą być gruszki (np. posypane kardamonem), półplastry świeżego ananasa (np. oprószone gałką muszkatołową albo startą skórką pomarańczową ze szczyptą mielonych goździków), śliwki (np. oprószone cynamonem), itp., itd.
*Jeśli owoce są bardzo soczyste warto oprószyć je mąką ryżową lub cukrem pudrem, wtedy nie rozmoczą tak spodu.

Pomysł autorstwa Weroniki Kl zaczerpnięty z facebook'owej grupy BLW przepisy ze zdrowymi recepturami dla dzieci i dorosłych.

sobota, 21 lutego 2015

Arabskie pulpety II, z okrą (lub fasolką szparagową)

Pulpety nie są częstym gościem w mojej kuchni, ale jak już są, to są na wypasie. Moja ulubiona wersja, to pulpety w sosie pomidorowym z warzywami, przyprawione w arabskim stylu.
Takie pulpety to pyszny, aromatyczny obiad zarówno na ponurą i chłodną pluchę, jak i na słoneczne lato.
Tym razem są z okrą, moją niedawno poznaną miłością kulinarną pochodzącą z cieplejszych krain. Okra jest pyszna i zdrowa bardzo, polecana do pożerania nawet dla niemowlaków. Jest też niestety trudno dostępna w naszej strefie klimatycznej, więc zamiast okry można dać zieloną fasolkę szparagową, o tej porze roku spokojnie można użyć fasolki z mrożonki. Świeżą okrę można nabyć w autentycznych sklepach z orientalną żywnością (np. w centrum handlu chińskimi ciuchami Marywilska 44 lub na tyłach Hali Mirowskiej w Warszawie).


Potrzeba (u mnie na dwa dni dla 2 głodnych osób):
-mięso mielone, ok. 600g (tu pół na pół wołowina z indykiem, polecam ten zestaw, jak ktoś ma dostęp, to najlepsza by była baranina lub jagnięcina, jeśli ktoś jest fanem drobiu to może być sam indyk)
-jajko
-ok. 3 łyżki tartej bułki
-sól, pieprz, nieczubata łyżka kuminu w ziarnach (od biedy niepełna łyżeczka mielonego), łyżka ziaren kolendry (od biedy niepełna łyżeczka mielonej), 5-6 zgniecionych ząbków czosnku, zioła prowansalskie lub suszony tymianek (niecała łyżeczka), duża szczypta chilli
-średnia czerwona papryka
-duża cebula
-pół większej cukinii
-skórka z cytryny (z ok. 1/3 sporej cytryny)
-2 puszki krojonych pomidorów lub 5-6 dużych, pokrojonych świeżych pomidorów
-2 czubate łyżki koncentratu pomidorowego
-ok. 15-20 strączków okry lub duża garść zielonej fasolki szparagowej

Do miski wkładamy mięso, sól, pieprz, jajko, bułkę tartą, utłuczone w moździerzu (nie musi być bardzo drobno) kumin i kolendrę, 2/3 zgniecionego czosnku. Całość dokładnie mieszamy i wyrabiamy na gładką, kleistą masę. Formujemy kulki (2-3cm średnicy), jeśli masa się bardzo lepi do rąk, to dłonie warto posmarować oliwą i dopiero potem toczyć pulpety. Gotowe pulpety układamy na wysypanym bułką tartą blacie (lub innej powierzchni, do której się nie przylepią, np. na silikonowej macie).
Na dużej patelni rozgrzewamy oliwę do smażenia (nie extra virgin) lub inny ulubiony olej do smażenia i obsmażamy klopsiki na rumiano. Po obsmażeniu przerzucamy pulpety do dużego garnka, najlepiej z grubym dnem.
Kiedy pulpety się smażą paprykę kroimy w kostkę, cebulę w cienkie półplasterki, a cukinię w grube półplastry. Podsmażamy warzywa na tej samej patelni co pulpety pod koniec dodając resztę czosnku. Przekładamy do garnka z pulpetami, dodajemy pomidory, koncentrat, skórkę z cytryny, sól, pieprz, chilli, tymianek lub zioła prowansalskie i mieszamy dokładnie, ale delikatnie żeby się pulpety nie rozpadły.
Dusimy pod przykryciem ok. 40 minut mieszając od czasu do czasu. W połowie duszenia dodajemy okrę lub fasolkę pokrojoną na kawałki ok. 3-4cm długości.
Podajemy obficie posypane natką pietruszki z ryżem, kaszą (najlepiej bulgur, ale może być też jęczmienna lub kuskus) albo z ziemniakami.

Dla ciekawych arabskie pulpety I.

środa, 11 lutego 2015

Domowa vegeta czy inny kucharek

Takie to proste, a jakże aromatyczne!
Podobnie jak kupny oryginał domowa vegeta to przyprawa do wszystkiego, podbije smak zup, sosów, kasz, duszonego mięsa czy warzyw, risotto, itp., itd. Domowa wersja ma jednak tą przewagę, że pachnie mocniej i smakowiciej, a do tego jest zdrowsza i można ją skomponować wedle własnego smaku.

Potrzeba:
-opakowanie suszonej włoszczyzny (50g)
-opakowanie suszonej natki pietruszki i lubczyku (po 10g)
-nieczubata łyżka słodkiej papryki w proszku
-nieczubata łyżeczka mielonej kurkumy
opcjonalnie (bardzo warto):

-dwa liście laurowe i liść lub dwa limonki kaffir
-czubata łyżka nasion kozieradki
-dwie czubate łyżki suszonych płatków zielonej papryki



Wszystkie składniki (poza papryką w proszku i kurkumą oczywiście) mielimy w młynku do kawy (mój młynek do kawy jest niewielki, więc składniki mieliłam porcjami). Wszystko wsypujemy do słoika czy innego szczelnie zamykanego naczynka.

Gotowa przyprawa jest niejednorodna, składa się z drobinek od miałkiego pyłu do większych grudek. Tak ma być.
Przed każdym użyciem dokładnie mieszamy wstrząsając słoiczkiem.
Taka wersja vegety najbardziej mi odpowiada, ale oczywiście śmiało możecie modyfikować skład wedle własnego gustu, np. dać mniej zieleniny, pominąć zieloną paprykę jeśli nie lubicie albo dodać to co lubicie, np. granulowany czosnek, suszony czosnek niedźwiedzi  lub czarnuszkę dla zaostrzenia smaku. Możliwości jest bez liku.
Pomysł na zrobienie domowej vegety zaczerpnęłam tu.

Uwagi techniczne:
*Nie robiłam tego w blenderze, ale przypuszczam, że dobry blender też powinien dać radę.
*Jeśli dodajemy liście laurowe i kaffir to mielimy je w osobnej porcji i wyjmujemy większe włókna, które się nie zmielą przed wsypaniem do reszty składników.
*Podstawowy przepis to natka, lubczyk i włoszczyzna, składniki opcjonalne można pominąć, ale zdecydowanie warto je dodać.
*Kozieradki nie ma na zdjęciu, bo dodałam ją później, już po zrobieniu fotek.
*Suszoną zieloną paprykę w płatkach, kozieradkę i liście limonki kaffir można bez problemu kupić w internecie.
*Z liśćmi limonki trzeba ostrożnie, warto zmielić najpierw jeden, a potem ewentualnie dodać drugi, bo są bardzo aromatyczne i całość może wyjść przesadnie cytrynowa.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Soczek i sosna

Znów sosnowo, ale tym razem krótko.
Dziś będzie tylko "zwykły" soczek. Opcja zmielenia sosny w wytłaczarce do soków nie jest moim osobistym pomysłem, zmałpowałam soczek z sosną z tego bloga (tu). Pomysł okazał się wielce smakowity, więc i ja posyłam go dalej w świat.
Bardzo harmonijne połączenie smaków, jabłkowa baza i słodycz ananasa przełamana aromatyczną i lekko cierpką sosną.
Częstujcie się dla smaku i na zdrowie.
Przepis ma tylko dwie wady: nie da się go zrobić w zwykłej sokowirówce, to opcja dla szczęśliwych posiadaczy wytłaczarki ślimakowej do soków (sokowirówki wolnoobrotowej) oraz spożycie sosny nie jest zalecane dla kobiet w ciąży i karmiących.

Potrzeba (na ok. 700ml gotowego soku, ilość zależy od soczystości produktów):
-pół większego ananasa
-3 gałązki sosny (szczyty gałązek z pączkami, długości ok. 10 cm)
-4-5 dużych jabłek



Przygotowujemy jabłka i ananasa do przerobienia na soczek (jabłka kroimy w ósemki, nie obieramy, ale usuwamy pestki, ananasa obieramy i kroimy na mniejsze kawałki razem z rdzeniem). Sosnowe gałązki dużym, ostrym nożem siekamy na ok. 5mm kawałki (igły razem z gałązkami).
Najpierw wrzucamy całego ananasa, potem jabłka na zmianę z sosną.
Wytłoczony sok mieszamy i pijemy najlepiej tego samego dnia, bo po spędzeniu doby w lodówce robi się gorzkawy.
Na świeżo bardzo pyszny i bardzo zdrowy, bo sosna ma multum witamin, antyoksydantów, wspomaga odporność, pomaga w leczeniu kataru i kaszlu.

Przepis bierze udział w styczniowej akcji zjadania sosny Cała Polska widzi szyszki.

Uwagi techniczne:
*Nie musicie się obawiać o zdrowie sprzętu, który bardzo jest fajny, ale swoje kosztuje. Sosna mielona razem z jabłkami nie zalepi żywicą sitka, czyści się normalnie jak po każdym innym soku. Luzik.
*Sok z dodatkiem sosny robimy na sam koniec wyciskania podobnie jak soki z dodatkiem innych włóknistych składników, jak seler naciowy (dziurka na wytłoczyny potrafi się przytkać, więc dla oszczędności nerwów na początku mielimy miękkie i nie włókniste produkty, a na sam koniec składniki "problematyczne", włókniste).
*Warto próbować sok w trakcie tworzenia, bo sosna sośnie aromatem nierówna. Z mojego doświadczenia (trzy sosnowe soczki) wynika, że gałązki z młodych, niewysokich drzewek są o wiele bardziej smakowe niż szczyty gałązek z niższych gałęzi większych drzew.

środa, 21 stycznia 2015

Co u tytułowego królika z U królika

W dzisiejszym poście nie będzie przepisu, to post dla tych co są ciekawi co u uszatego łobuza.
Październikowa przeprowadzka to trzecia przeprowadzka w życiu Ziomka. Zwierzu przeprowadzek nie lubi, ale jest dzielny i po około trzech tygodniach ogarnia nowe kąty jakby mieszkał w nich od zawsze.
Nie ukrywam jednak, że ostatni rok był dla uszaka trudny i pełen zmian, dla mnie radosnych, dla puchatego biedaka mniej. Jeszcze na starym mieszkaniu musiał zmierzyć się z nowością w postaci Małego Człowieka, którego radosny entuzjazm objawia się działaniami mało delikatnymi i musi puchaty bidak uważać, żeby nie dać się złapać za ogon albo za ucho. Na szczęście mimo biegu lat, królik nadal ma refleks i Mały Człowiek ma dość marne szanse złapania go. Smutno mi jednak było patrzeć jak królik z początku próbował dyplomacji i mową ciała dawał do zrozumienia małemu człowieczemu agresorowi, że się poddaje, uznaje jego wyższość i prosi o zostawienie go w spokoju, bo nie zamierza walczyć. Niestety. Teraz Ziomek już wie, że z Małym Człowiekiem nie ma dyplomacji, trzeba po prostu od razu uciekać.
Ale nie ma takich sytuacji, żeby nie mogło być gorzej. Bo na nowych włościach pojawił się jeszcze Momo. Kot na początku był wychudzonym, wyleniałym kociakiem na skraju śmierci głodowej, który z początku bardzo się Ziomka bał. Trzy miesiące później Momo jest kocurkiem z błyszczącą, gęstą sierścią i ... kocurkiem wyrośniętym do sporych rozmiarów. Teraz Ziomka się nie boi, teraz chciałby się z nim pobawić, ale nie rozumie koci łepek, że Ziomek to nie kot tylko starszawy królik i nie chce się z nim bawić. W króliczej zagrodzie kot był tylko raz i ...po laniu, które dostał od królika więcej tam nosa nie wtrynia. Ale na reszcie mieszkania to różnie bywa. Często jest tak, że królik chętnie by pozwiedzał, ale wobec objawów kociej sympatii woli siedzieć u siebie niż męczyć się z ustawianiem kota, niestety. Na szczęście szary Momo jest wprawdzie namolny, ale bardzo delikatny i nieagresywny (na szczęście nie tylko dla królika, ale i dla całości oczu i skóry dziecia).

Z innych nowości okazało się, że Ziomek na starość robi się bardziej ciepłolubny i teraz jego ulubioną miejscówką są... kafelki pod kominkiem.


A tu Momo, nowy, sympatyczny współlokator, choć współlokator niekoniecznie wymarzony przez królika.

Kiedy 4 lata temu robiłam pierwszy wpis na blogu moim zamiarem było zamieszczać nie tylko przepisy, ale i posty o moim oczku w głowie, czyli o uszatym zwierzu, mości Ziomku. Wpisów o króliku miało być co najmniej 1/4, o życiu codziennym, o żywieniu, o klatkach, żwirku i zagrodach, o łażeniu luzem po mieszkaniu i ogólnie o "minimum" potrzebnym do życia królikowi w mieszkaniu. Ale jakoś tak w praniu wyszło, że łatwiej się pisze o żarciu.
Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale króliki miniaturki (z powodu stereotypowego postrzegania ich jako puchate zwierzątka dla dzieci, które nic nie robią tylko siedzą sobie w klatce) są to najgorzej traktowane zwierzęta towarzyszące człowiekowi. Do tego dochodzi powszechne przekonanie, że króliki to gryzonie i karmi się je karmą "dla gryzoni i królików". Kompletna pomyłka, skutkująca wieloma problemami zdrowotnymi, bo króliki, to nie gryzonie tylko zajęczaki. Ich dieta powinna być podobna do diety krów lub koni czy innych zwierząt stricte roślinożernych, a nie gryzoni...
Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi, jak częste uwagi ludzi, którym wspomnę, że mam królika. Uwagi typu... o masz króliczka, ja też kiedyś miałam/miałem, ale one krótko żyją, mój zdechł po dwóch latach... (...)... o co ty mówisz, naprawdę króliki żyją dłużej niż dwa, trzy lata... jak to 10 lat? serio?...
Tak, serio, królik prawidłowo żywiony, z prawidłową opieką może spokojnie dożyć 8-10 lat.
Dlatego moje postanowienie na 2015 to więcej pisać o Ziomku i o królikach. Jest w planie post o przeprowadzkach z królikiem, o wyjazdach z królikiem, o weterynarzach dla królików, groźnych zatorach, o żywieniu i minimalnych wymaganiach dotyczących przestrzeni życiowej dla królika. Tym bardziej jest to ważne postanowienie noworoczne, że w kwietniu tego roku królik wkroczy w szósty rok życia i oficjalnie zacznie być króliczym seniorem. W przeliczeniu na ludzkie lata będą to jego 60te urodziny, a Ziom nie jest królikiem super zdrowym, co roku ma problemy z zatorami w okresie linienia (bo puchata z niego sztuka) i w dodatku ma ropnia w szczęce, takie wredne coś jak ludzki rak i każdy jego rok życia jest dla naszej rodzinki prezentem.
Dlatego postanowienie noworoczne jest jedno: zdążyć z króliczymi postami, póki uszak jest nadal obecny w naszym życiu (i oby obecny był jak najdłużej).

czwartek, 15 stycznia 2015

Sosnowy pudding chia

Przedstawiam rzadkość na blogu... deser.
Deser miodowo-śmietankowo-sosnowy.
Pycha :)
Ogólnie ostatnio jest mi zielono i sosnowo, a wszystko za sprawą Herbiness i styczniowej sosnowej akcji Cała Polska widzi szyszki. Poza walorami smakowymi sosny i świerki mają mnóstwo witamin, antyutleniaczy i działają antyprzeziębieniowo (pobudzają odporność, pomagają leczyć kaszel i katar), do tego wspomagają trawienie. Same zalety.
Jedyną wadą jest to, że nie powinny ich spożywać kobiety w ciąży i karmiące.


Kto ma ochotę na wynalazki bardzo polecam do budyniu ziarenka szałwii hiszpańskiej chia, poza tym, że zdrowe, aż do przesady*,  to jeszcze bardzo przyjemne w jedzeniu: chrupkie ziarenko w żelkowej otoczce, która przyjmuje taki smak, jaki chcemy jej nadać.
Jeśli ktoś nie ma ochoty na wynalazki, to w ten sam sposób, co śmietankę można aromatyzować sosną mleko na zwykły śmietankowy lub waniliowy budyń czy to z torebki czy domowy.
Przed przystąpieniem do gotowania trzeba wyjść na spacer i zaopatrzyć się w młode, szczytowe gałązki sosny, ok. 10cm długości oraz (niekoniecznie, ale warto) kawałek żywicy**. Jeśli do sosen zdatnych spożywczo (czyli rosnących w niezbyt zurbanizowanym terenie przynajmniej 200m od większej drogi) macie daleko, to radzę zaopatrzyć się od razu w większą ilość gałązek, bo U królika będą jeszcze co najmniej dwa iglaste przepisy, a wyżej wspomniany sosnowy post Hebiness zawiera (cały czas uzupełniane) stadko sosnowo-świerkowych przepisów.


Potrzeba (trzy zwykłe porcje lub dwie duże):
-200ml śmietanki kremówki (30%) i 100ml mleka
-igliwie sosnowe (na oko z 3 szczytowych gałązek po 10 cm długości) i opcjonalnie kawałek żywicy wielkości mniej więcej ziarnka grochu
-2,5 łyżki ziaren chia (nie czubatych)***
-1-3 łyżki miodu
-pół laski wanilii (ewentualnie łyżeczkę ekstraktu waniliowego, kilka kropli olejku zapachowego waniliowego, łyżka cukru waniliowego, itp.)
-gorzka czekolada o wysokiej zawartości kakao lub mleczna, jeśli ktoś woli


Do rondelka lub małej patelni wlewamy mleko i śmietankę, wkładamy pocięte nożyczkami gałązki sosny i kawałek żywicy oraz pociętą na drobne kawałki waniliową laską (lub co tam waniliowego akurat mamy). Całość doprowadzamy do wrzenia, ale powoli, na małym ogniu mieszając czasem. Kiedy zawrze wyłączamy gaz i zostawiamy na 15 min, żeby sosna się zaparzyła w śmietance (ale nie dłużej, żeby nie zrobiło się zbyt gorzkie i cierpkie).
Sosnową śmietankę przecedzamy do miski przez gęste sitko i dodajemy miód do smaku. Dorzucamy ziarenka chia i energicznie mieszamy widelcem lub trzepaczką. Zostawiamy do stężenia na ok. 5 godzin (lub do następnego dnia).
Przed podaniem siekamy czekoladę. Masę  nakładamy do naczynek, każdą łyżkę masy przesypując odrobiną czekolady. Na wierzchu sypiemy z czekolady pokaźny stosik.
Mniam :)

Szklaneczka na zdjęciu ma 125 ml. Porcyjka niby nie duża, ale deser jest bardzo syty, sycące są już same ziarenka chia, a do tego mamy jeszcze tłustą śmietankę i czekoladę. Jest to deser zdrowy, ale na pewno nie dietetyczny ;)

Poglądowo: 1/3 filiżanki skrawków żywicy sosnowej i świerkowej

* Zawiera m.in. kwasy omega, antyutleniacze, witaminy, wartościowe białko i wysoką zawartość najwartościowszej postaci błonnika.
**Żywicę znaleźć można wokół skaleczeń drzewa, zbieramy ją delikatnie zeskrobując z drzewa zaschniętą żywicę (ma kolor bursztynowy do białego). Jeśli zeskrobiecie ją z kawałkiem kory to się nie przejmujcie, dodajcie do śmietanki, kora i tak zostanie na sitku. 
***Tak, "tylko" tyle. Jeśli spotykacie się z chia pierwszy raz, to może Was to zdziwić, ale te maleńkie ziarenka naprawdę bardzo rosną pod wpływem płynu i taka ilość wystarczy.

niedziela, 11 stycznia 2015

Seleroryba czyli sushi seler


Wegetariańska ryba? A czemu nie :)
Przedstawiam Wam dziś moje ostatnie odkrycie: selerorybę, czyli rybę po wegańsku. Roślinożernym czytelnikom pewnie nie muszę jakoś specjalnie zachwalać, a mięsożernym powiem, że jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, jest naprawdę smakowite (o ile ktoś nie jest wrogiem selera) i pożywne oraz, że naprawdę zdrowo jest zrobić sobie przynajmniej 2-3 wege dni w tygodniu.
Przepis zaczerpnięty z bloga, który jest jedną z moich kulinarnych miłości. Ten blog to Jadłonomia, a oryginalna wersja przepisu tu.
Jak natknę się na pasternak lub skorzonerę, to przetestuję też "rybne" paluszki dla zadeklarowanych wrogów smaku selera.

Potrzeba (na 2 osoby):
-duży seler
-glony nori, ok. 5 płatów (to takie glony jak do sushi)
-2 łyżki suszonych glonów wakame (od biedy można pominąć)
-1-2 ziela angielskie, z 5 kulek pieprzu, 2 liście laurowe, pół łyżeczki ziaren kolendry, 2-3 łyżki sosu sojowego, oraz opcjonalnie (bardzo warto) jeśli coś z tego macie w kuchennej szafce: łyżka pasty miso, czubata łyżeczka nasion kozieradki i suszony liść lub dwa limonki kaffir
-ewentualnie trochę soli, ale z tym ostrożnie, bo sos sojowy i pasta miso są słone
-może być zwykła mąka pszenna, ale zamiast niej gorąco polecam tu mąkę z ciecierzycy lub grochu*

Poprzedniego dnia wieczorem lub tego samego rano zagotowujemy 1,5 litra wody z przyprawami, 3 płatami nori i wakame. Obrany seler kroimy na pół, po czym każdą połówkę na plastry ok. 1cm grubości. Do wrzącego wywaru wkładamy seler i gotujemy ok. 20 min. (powinien być ugotowany, ale nie rozgotowany i ciapowaty). Wyłączmy gaz i zostawiamy do ostygnięcia w wywarze na minimum kilka godzin, wyjmujemy z wywaru bezpośrednio przed przygotowaniem, żeby nie zdążyły wyschnąć (panierka i nori lepiej przylgną do wilgotnej powierzchni).
Płaty nori tniemy na paski o szerokości ok. 3 cm, tyle pasków ile plastrów selera. Każdy plaster selera dość ciasno owijamy paskiem nori i zostawiamy na chwilę, żeby nori zmiękło.
Na talerzyk wysypujemy mąkę i dokładnie obtaczamy w niej naszą selerorybę. Delikatnie prószymy solą i pieprzem.
Smażymy na złoto.
Podajemy z surówką (np. z kiszonej kapusty) i ziemniakami lub frytkami jak zwykłą smażoną rybę.


Seler w tym daniu jest wyczuwalny, ale nie dominuje, na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się morski smak glonów.
Bardzo smaczny obiadek, jednocześnie lekki i sycący, a dodatkowo bardzo zdrowy. Cóż chcieć więcej?

*Mąkę grochową lub ciecierzycową od dawna używam do panierowania także prawdziwej ryby, jest w połączeniu z rybką o wiele smaczniejsza niż zwykła mąka. Do tego w przypadku wege posiłku podwyższa też wartość odżywczą o wartościowe białko. Ale jeśli nie macie na stanie to oczywiście nie ma się co przejmować, zróbcie ze zwykłą mąką, też będzie pysznie.

niedziela, 5 października 2014

Jesienny kompot, jabłka i czarny bez

Wraz z końcem lata odchodzą lekkie, cierpkie, orzeźwiające kompoty smakujące najlepiej z kostką lodu. Z początkiem jesieni do kuchni wkraczają kompoty słodsze, bardziej esencjonalne, smakujące także na ciepło. Śliwki, aromatyczne działkowe winogrona, jesienne jabłka, pigwowiec i czarny bez.
Dziś zrobiłam sobie darmowy "dziki" kompot. Z małych, aromatycznych jabłuszek ze zdziczałej jabłonki i owoców czarnego bzu.
Zdziczałe jabłuszka są bardziej aromatyczne, dadzą kompot pachnący piękniej, o głębszym smaku, ale wymagający dodatkowego cukru (i to sporo). Kupne jabłka do kompotu wybieramy jak najsłodsze, też będzie smacznie, a o tyle zdrowiej, że obędzie się bez dosładzania.
Potrzeba:
*3 większe lub 5-6 małych jabłek
*3-4 baldachy owoców czarnego bzu
*ewentualnie cukier

Umyte jabłka kroimy w ćwiartki, wykrajamy gniazda nasienne, wkładamy do gara.
Baldachy czarnego bzu zbieramy tylko dojrzałe (końcówki szypułek powinny się przebarwić na czerwono, owoce mają być ciemne, prawie czarne). Oskubujemy jagódki uważając, żeby do kompotu nie wrzucać szypułek i odrzucając niedojrzałe (jasno czerwone i zielone). Jagódki przepłukujemy na sicie, wrzucamy do gara, zalewamy 1,5-2 litrami wody. Gotujemy bez przykrycia ok. 25 min. Próbujemy i ewentualnie dosłądzamy do smaku. Dajemy kompotowi ostygnąć z owocami w środki i przecedzamy na drobnym sitku do dzbanka czy butelki.
Pijemy dla smaku i na zdrowie.

Zdrowy nie tylko, bo domowy, owocowy i pełen witamin. Zdrowy, bo owoce czarnego bzu działają napotnie, moczopędnie, antyprzeziębieniowo, przeciwgorączkowo i delikatnie przeciwbólowo. Czyli idealny napitek na jesień, smaczny i wspomagający odporność.
Cała roślina zawiera trującą sambunigrynę, dlatego nie można zjadać owoców na surowo i odrzuca się niedojrzałe owoce i szypułki. Jednak spokojnie, nie ma się czego bać, po zagotowaniu nic trującego w kompocie nie zostanie, kilka przeoczonych zielonych jagódek też nam nie zaszkodzi.

Łasuchom polecam pyszny dżem nie do kupienia w sklepach klik. Trzeba poświęcić trochę pracy i czasu, ale efekt jest wart każdej minuty.
Więcej o kompotach tu  i ich butelkowaniu na później tu.

środa, 10 września 2014

Wężymord z zasmażką

Wiem, że to zdjęcie jest bardzo kiepskie (szczególnie, że pomyślałam o zrobieniu fotki i wrzuceniu na bloga jak już było po części zjedzone :) , a danie prościutkie, ale smakuje zaskakująco świetnie jak na swój skromny wygląd i małą ilość pracy. Może być na kolację, przekąskę lub obiad (w wersji obiadowej, np. w towarzystwie jajka sadzonego, tofu smażonego w panierce tu albo dobrego mięska, np. smażonej krowy tu lub tu czy poczciwych schaboszczaków).

Skorzonera, zwana też czarnym korzeniem lub wężymordem (bo baaardzo daaawno temu sokiem z tej rośliny "leczono" w razie ukąszenia przez żmiję) to warzywo o czarnej skórce i śnieżno białym środku. Teraz zapomniane, ale kiedyś, jeszcze przed pierwszą wojną światową znane i niedrogie. Smakuje trochę jak pietruszka, trochę jak seler, trochę jak ziemniak, ale jednocześnie jest słodkawe i jakby trochę  jabłkowe, brzmi dziwnie, ale jest naprawdę pysznie. Jest to warzywo zawierające sporo skrobi, więc z tych bardziej sycących.

Potrzeba (w wersji na kolację dla 2 osób):
*2-3 korzenie wężymordu
*3-4 łyżki masła
*bułka tarta
*sól, pieprz
*drobno posiekane mała cebula, dwie pieczarki i duży ząbek czosnku
*opcjonalnie chlust białego wytrawnego wina
*ewentualnie (polecam) biała część średniego pora

Korzenie obieramy, te grubsze części kroimy wzdłuż na pół, mniejsze odrosty zostawiamy jak są. Jeśli lubicie pora, to przekrawamy go wzdłuż na pół przy gotowaniu na parze lub zostawiamy w całości przy gotowaniu w osolonym wrzątku. Gotujemy oprószone solą warzywa ok. 25 min. na parze (polecam ten sposób) lub gotujemy w osolonym wrzątku 25-30min.
W czasie kiedy warzywa się gotują robimy zasmażkę. Na maśle podsmażamy czosnek i cebulę, chwilę potem dodajemy pieczarki, wrzucamy szczyptę lub dwie soli. Jak dodatki będą już miękkie wsypujemy hojną garść bułki tartej i przesmażamy chwilę cały czas mieszając. Opcjonalnie wlewamy chlust wina (na oko to chlust ma u mnie 3-4 łyżki) i mieszając odparowujemy płyn. Jeśli po chwili masa nadal będzie papkowata, to dosypujemy jeszcze trochę bułki i chwilę smażymy cały czas mieszając, aż zasmażka będzie miała grudkowatą, suchą konsystencję jak typowa złocista zasmażka z masła i tartej bułki. Ogólnie zasmażkę robi się niecałe 10 min. (albo 5 min. bez wina) cały czas mieszając, żeby się masło nie przypaliło. Warto zacząć ją robić dopiero pod koniec gotowania warzyw. Jeśli już taką robiliście to wiecie, że to żadna filozofia.
Warzywa układamy na talerzu, posypujemy obficie zasmażką, prószymy świeżo mielonym pieprzem.
Wygląd dania bez fajerwerków, w smaku jest super.


Nie jest łatwo kupić skorzonerę, ja spotkałam ją u Majlertów, jeśli macie blisko na warszawską Białołękę to polecam gorąco się tam wybrać. A jak nie macie blisko tam, ale spotkacie czarne korzenie gdzieś na bazarku, to bez wahania zakupcie. Pycha i zdrowe w dodatku.
PS jak kupię przy okazji następnej wizyty w gospodarstwie to zamieszczę też fotki samych korzeni, bardzo są malownicze.