.

.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Pod ziołową kruszonką

Kruszonka, najlepsza część ciasta. Ale kto powiedział, że musi być słodka? Na wytrawnie też smakuje świetnie, szczególnie jeśli pod nią leżą sobie pory dosmaczone białym winem. Smakowite, wykwintne i proste jednocześnie.
My pożarliśmy je na kolację, ale mogą też być przystawką lub warzywną częścią obiadu.

Potrzeba (na 2 os.):
- duży por z grubą białą częścią
- sól i pieprz
- wytrawne białe wino
- mąka i bułka tarta
- ziołowy smalczyk roślinny Smakowita Pajda
oraz dla urozmaicenia koloru może być
- pomidor, szczypiorek, aromatyczny żółty ser

Pora myjemy, kroimy na kilka części i przekrawamy je wzdłuż na pół. Rozcięciem do góry układamy w posmarowanym oliwą żaroodpornym naczyniu (jedną warstwą), prószymy solą i pieprzem.
Łyżkę roślinnego smalczyku zagniatamy z mąką wymieszaną z bułką tartą (w proporcji pół na pół), dosypujemy mąki i bułki, aż ciasto będzie miało konsystencję mokrego piasku, trochę sypkiego i lepkiego jednocześnie.
Oblepiamy wierzch porów cienką warstwą ciasta (nie za grubą, pory zmniejszą się podczas pieczenia). Potem do naczynia wlewamy białe wino tyle ile się zmieści, żeby poziom wina nie dosięgnął kruszonki (ma się upiec, nie ugotować).
Wstawiamy do nagrzanego piekarnika (180stopni) na ok. poł godziny, aż pory zmiękną, a kruszonka się zrumieni.

Jeśli zostanie nam kruszonki, to dla ożywienia kolorów na talerzu możemy w osobnym naczyniu dołożonym do piekarnika 15 min po porach zapiec pomidory. Przekrajamy je na pół, wydrążamy środek, prószymy solą i pieprzem, wkładamy do środka straty ser i szczypiorek, przykrywamy ziołową kruszonką. Podajemy z listkiem bazyli.

Smakowita Pajda zaskoczyła mnie tym, że jest smaczna. Nie jestem fanem margaryn, więc otwierając pudełeczko spodziewałam się, że będzie jak każde inne smarowidło roślinne, a tu proszę, zasmakowało i będzie się w mojej lodówce pojawiać.
Przepis bierze udział w zabawie kulinarnej "Smakowita Pajda to kulinarna frajda", której sponsorem jest ZT Kruszwica S.A., producent smalczyku roślinnego Smakowita Pajda.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zielone jedzenie, wodorosty i makaron

Wakame, genialny wynalazek kuchni japońskiej. W mojej kuchni pożerane, np. w sałatce z ogórkiem, jajecznicy, zupie w stylu japońskim albo z tytułowym gryczanym makaronem soba.
Takie glony czekają sobie grzecznie w postaci suchej i skurczonej, aż będą potrzebne, wtedy wystarczy tylko zalać je wodą i już, są gotowe do zjedzenia.
Mają charakterystyczny morski smak, jednak w połączeniu z innymi składnikami tworzą smakowitą całość. Tym z Was, którzy lubią sushi smakować będą też same.
Skąd je zdobyć? Na ten przykład z Allegro, jak większość egzotycznych składników. Paczka 100g suchych glonów, to naaapraaawdę duuużo glonów po namoczeniu.


Ta mała sucha kupka, to czubata łyżeczka, a poniżej taka sama ilość po namoczeniu.

Potrzeba:
- warzywa: zielona papryka, seler naciowy, kawałek marchewki starty na tarce na grubych oczkach, cebula, por, brokuł, sałata lodowa lub rzymska, kalarepka, biała rzodkiew, itp. (oczywiście nie wszystkie na raz, dodajemy to, co akurat mamy w lodówce, konieczna jest tylko cebula i zielona papryka, a reszta według uznania)
- pestki: czarny i biały sezam, słoneczik, dynia, mogą też być orzeszki ziemne (najważniejszy jest biały sezam, reszta doda smaku, ale nie jest niezbędna),
- gryczany makaron soba lub pszenny udon (od biedy może być spaghetti),
- wakame (ewentualnie pocięte nożyczkami na małe kawki arkusze nori, takie jak do sushi),
-sól, pieprz, sos sojowy, masło

Gotujemy makaron, uważamy żeby nie rozgotować. Wakame wsypujemy do szklanki i zalewamy letnią wodą. Siekamy wybrane warzywa i wakame. Na patelni rozgrzewamy dwie łyżki masła, wsypujemy pestki i przesmażamy, dodajemy warzywa i przesmażamy chwilę tak, żeby zostały chrupkie, na końcu dodajemy makaron i glony, i mieszamy, żeby maślano-pestkowo-warzywna masa dokładnie oblepiła makaron. Dodajemy sól, pieprz i chlust sosu sojowego, mieszamy.
Wykładamy na talrze i podajemy.
Całość przygotowań zajmuje tylko jakieś 20 minut.

Dla dwóch osób proporcje to: po kawałku wybranych warzyw, 4 łyżki mieszanych pestek, łyżeczka suchych wakame lub 2 płaty nori.

Jeśli chcemy można do masła do smażenia dodać kilka kropli oleju sezamowego, wtedy całości przewodzić będzie smak sezamu, a nie glonów (choć ja wolę bez sezamowego oleju, bardziej morskie w smaku).


W talerzu na zdjęciu z warzyw jest zielona papryka, cebula, seler naciowy i por.
Z pestek sezam biały i czarny, dynia i słonecznik.
Makaron jest zielonkawy, bo to soba z zieloną herbatą matcha, ale szczerze mówiąc normalna, bura grycznana soba jest tak samo dobra, tylko mniej malownicza.

niedziela, 22 grudnia 2013

Krewetki smaczne i proste

Szybkie danie dla oderwania na chwilę myśli i kubków smakowych od świątecznych przygotowań.
Klasyczny, prosty i smakowity sposób na krewetki.

Potrzeba:
-krewetki* (tutaj niecałe 400g przed rozmrożeniem, na 2 osoby)
-białe wytrawne wino
-1 szalotka (ewentualnie pół małej cebuli)
-ząbek lub dwa czosnku
-pół łyżeczki startej skórki z cytryny, sól, pieprz, dwie szczypty tymianku, szczypta chilli
-czubata łyżka masła i trochę oliwy do smażenia


Na patelni rozgrzewamy oliwę i masło, podsmażamy na nim posiekaną szalotkę i zgnieciony czosnek. Kiedy cebulka się zeszkli wlewamy pół butelki wina i dodajemy przyprawy, redukujemy na dużym ogniu do 1/3 objętości. Wrzucamy krewetki. Nie trzymamy ich na patelni zbyt długo, żeby nie zrobiły się gumiaste, 5 minut zupełnie im wystarczy (a małym krewetkom wystarczą już trzy minuty).
Pożeramy, np. z kawałkiem świeżej bagietki (którą można zebrać z talerza resztki smakowitego sosu) i sałatą.
U mnie krewetki do towarzystwa miały makaron soba wymieszany z odrobiną oleju z włoskich orzechów i sezamem oraz ogórek polany gotowym owocowym sosem balsamicznym z Lidla. Tu akurat jest soba w wersji zielonej, z herbatą matcha. Taki zielony makaron jest bardzo dekoracyjny, ale jeśli chodzi o smak, to okazało się, że wolę zwykłą, burą w kolorze sobę.


*Krewetki polecam w pancerzykach, w efekcie finlnym są smaczniejsze i bardziej soczyste, ale jeśli nie macie ochoty bawić się w wydłubywanie, to oczywiście można użyć już obranych. Nie koniecznie muszą to być takie piękne i wielkie krewetki. Przyrządzone w ten sposób smakowite będą i koktajlowe krewetki z mrożonki (choć nie aż tak pyszne jak większe krewetki w pancerzykach).



poniedziałek, 9 września 2013

Pamiętacie o kompotach?

Pogoda robi się powoli coraz bardziej jesienna. Jednak koniec lata, to dopiero środek sezonu kompotowego.
Orzeźwiające truskawki, porzeczki i wiśnie ustępują miejsca słodkim śliwkom, jabłkom, gruszkom i winogronom. Z ciekawszych smaków gorąco polecam śliwki uleny oraz nektarynki lub brzoskwinie w połączeniu z jabłkami (pół na pół).

Na fotce występują (od lewej):
*wiśnia albo wiśnia z czarną porzeczką (mają taki sam kolor, więc tu akurat otwierający butelkę ma niespodziankę),
*wiśnie i śliwki uleny,
*jabłko z rabarbarbarem,
*brzoskwinie z jabłkiem (albo nektarynki z jabłkiem, też mają taki sam kolor),
*jabłka (papierówki) z goździkiem i kawałeczkiem kory cynamonu.

Ten wpis to tylko przypomnienie, szczegółowo o robieniu kompotów przeczytacie tu.

Na początku robiłam mniejszy garnek kompotu raz na 2-3 dni. Od zeszłej jesieni (i ogromnej ilości działkowych ciemnych winogron do przerobienia na raz) zmieniłam taktykę. Okazało się, że najwygodniejszą opcją jest zrobienie wielkiego gara kompotu i zabutelkowanie na później. Potem mamy kilkanaście kolorowych butelek, które tylko czekają, aż komuś zachce się pić.
Potrzebne są tylko butelki (np. po soczkach Tymbark, oranżadzie, piwie czy inne z kapslem), kapsle i kapslownica (do kupienia w internecie albo sklepach z artykułami do domowego wyrobu win i piwa).
Gotujemy kompot bez cukru i dajemy mu kilka godzin na ostygnięcie (i przegryzienie się, będzie smaczniejszy niż taki odcedzony od razu). Przecedzamy. Próbujemy czy i jak dużo trzeba mu cukru (różnie bywa, zależy od owoców). Stawiamy na gaz, doprowadzamy do wrzenia, dosładzamy do smaku i skręcamy gaz (żeby tylko lekko się gotował). Wrzący kompot nalewamy do umytych butelek, każdą od razu kapslując i kładąc na boku, żeby gorący kompot zakrywał kapsel*. W tej pozycji studzimy.

 Na fotce właśnie butelkuje się kompot śliwkowy.

Brzmi skomplikowanie, ale w rzeczywistości nie jest. Zabutelkowanie 3-4 litrów kompotu nie zajmuje więcej niż 15 min.
A koszty? U mnie zwykle do 3zł za litr czyli w normie w porównaniu do napojów sklepowych. Na bazarku prawie za każdym razem trafia się sprzedawca z przecenionymi owocami (bo lekko przejrzałymi, mniejszymi czy brzydszymi, a takie świetnie nadają się na kompot). Czasem zaatakowany zostaje ogródek teściowej, wtedy to już w ogóle wychodzi darmo ;)

*Nie bawię się w wyparzanie butelek ani pasteryzowanie. Wystarczy tylko dobrze umyć butelkę, zakapslowanie w niej wrzącego kompotu zupełnie wystarczy do zakonserwowania napoju. Zdarzało się niektórym kompotom czekać nawet kilka miesięcy na wypicie i jeszcze żaden mi się nie popsuł.
Nie polecam szklanych butelek z zakrętką, bo po jednym czy dwóch użyciach zamknięty w nich kompot zyskuje wyraźną nutę smakową i zapachową zakrętki od słoika

sobota, 3 sierpnia 2013

Chrzanowo-musztardowe schabowe

Tydzień, domek nad jeziorem i niemuszenie niczego.
I taki widok znad laptopa, koło którego na talerzu leżą kolorowe kanapki i stoi kubek aromatycznej herbaty.

Po kąpieli w jeziorze i pływaniu łódką trzeba coś wrzucić na ząb. Najlepiej coś konkretnego i nieskomplikowanego w przygotowaniu. Jeśli mamy do dyspozycji piekarnik możemy sobie zrobić schaboszczaki, i to nie byle jakie, ale upieczone w marynacie chrzanowej i zawinięte w szynkę szwarcwaldzką. Mniam.

Potrzeba:
*po grubym plastrze schabu na głowę
*plastry szynki szwarcwaldzkiej, wędzonej szynki lub wędzonego boczku (tyle żeby dokładnie owinąć schab)
*musztarda, chrzan, sól i pieprz


Musztardę i chrzan (w proporcji 1:1 lub w łagodniejszej wersji 2:1) mieszamy z niewielką ilością oliwy. Każdy plaster schabu z obu stron prószymy solą i pieprzem, po czym z obu grubo smarujemy pastą musztardową. Jeśli użyta musztarda była mocno słona, to solimy delikatnie. Owijamy schabowe szynką i układamy jedną warstwą w posmarowanym oliwą naczyniu żaroodpornym. Z wierzchu lekko prószymy świeżo mielonym pieprzem.
Pieczemy w 180 stopniach ok. 30 min.
Podajemy z surówką i ziemniakami okraszonymi sosem z pieczenia kotletów. Mięciutkie, aromatyczne mięso w chrupiącej, smakowitej skorupce z szynki.
Dobre także na zimno na pajdzie dobrego chleba.

Jeśli chcemy w ten sam sposób można zrobić schab w całości. Wtedy oczywiście dłużej pieczemy (najłatwiej z wbitym w pieczeń termometrem, żeby wiedzieć kiedy będzie gotowe).


Choć nie ukrywam, że obiady w domku nad jeziorem obiady wyglądają częściej tak : )


 Cukinia podsmażona na masełku z czosnkiem i cebulką, uduszona potem w pomidorach z dodatkiem fasolki z puszki.

piątek, 29 marca 2013

Kolorowych jajek

Ależ ten czas pędzi strasznie i podstępnie... Dopiero co jadłam w styczniu boczniaki a'la flaczki, a tu już koniec marca i Wielkanoc...

Zamiast bab i mazurków zaproponuję Wam nietypowe pisanki. Fajnie się prezentują i w koszyczku ze święconką i na stole na niedzielne śniadanie.


Jajka trzeba ugotować na twardo, ostudzić, obtłuc skorupkę ze wszystkich stron. Potem wystarczy wziąć pędzelek i pomalować dokładnie całą skorupkę barwnikiem spożywczym. Najwcześniej po około pół godzinie, jak skorupka podeschnie, obieramy i mamy takie kolorowe jajko.


Trzeba pamiętać o dokładnym obtłuczeniu skorupki ze wszystkich stron, żeby nie powstały takie oto białe plamy.

Na zdjęciu na razie jedno jajko do fotki na bloga, a w sobotę rano będzie też czerwone, niebieskie, fioletowe i różowe. Pomalowałam też kiedyś jedno czarnym barwnikiem, ale wyglądało trochę zbyt dziwnie :)

Radosnej Wielkanocy i wesołych jajek Wam życzę najserdeczniej

piątek, 4 stycznia 2013

Boczniaki a'la flaczki

Lekka, rozgrzewająca  i aromatyczna zupka. Na odpoczynek po świątecznych i noworocznych szaleństwach obżarciowych.

Nie jestem specjalnym fanem tradycyjnych flaków. Bardzo lubię zestaw przypraw dodawany do tej zupy, jednak charakterystyczny posmak flaków, nie mówiąc już o ich zapachu w trakcie gotowania zupełnie mi nie podchodzi. Tym bardziej więc posmakowała mi ta zupa... smakuje właściwie jak flaczki, ale lepiej. Co ciekawe mimo, że z grzybów, wcale nie jest jak grzybowa.
Na fotce w wersji wegetariańskiej na bulionie warzywnym, ale może być też na wołowym lub drobiowym wywarze.

Potrzeba:
  • 200-250g boczniaków
  • duża marchewka, kawałek selera, pietruszka, kawałek pora, nie za duża cebula, 1-2 ząbki czosnku
  • sól, pieprz, łyżka słodkiej papryki i trochę ostrej (do smaku), szczypta gałki muszkatołowej, nieczubata łyżeczka imbiru w proszku, 3-4 łyżki majeranku, kilka ziaren angielskiego ziela i liść laurowy, chlust maggi
  • 1,5 litra bulionu warzywnego, drobiowego lub wołowego (od biedy 1,5 litra wody i 2 warzywne kostki rosołowe; przy użyciu kostek trzeba ostrożnie z soleniem)
  • masło
  • ewentualnie (ale bardzo niekoniecznie) drobno pokrojone mięso drobiowe lub wołowe z gotowania bulionu*
  • proporcje na 4 solidne, całoobiadowe porcje (lub 6 mniejszych)
Marchew, pietruszkę i seler kroimy w zapałkę. Cebulę kroimy dość drobno, por i czosnek w plasterki. Cebulę, por i czosnek podsmażamy lekko na maśle. Jeśli mamy bulion warzywny a nie mięsny, to masła dajemy duży kawałek (za dwie czubate łyżki), będzie potem miało wyraźny wpływ na smak zupy, która potrzebuje troszkę tłustych oczek na powierzchni**. Do garnka z bulionem wkładamy warzywa (te podsmażone przekładamy razem z masłem z patelni) i zagotowujemy. Jak zawrze dodajemy przyprawy (poza maggi). Majeranek przed wrzuceniem rozcieramy w palcach, żeby uwolnił więcej aromatu.
Boczniaki kroimy w cienkie paseczki i dodajemy do zupy po ok. 10 minutach od zagotowania (kiedy warzywa już zaczną mięknąć) i gotujemy kolejne 15-20 min. Jeśli dajemy mięsko z rosołu, to dodajemy je razem z boczniakami.
Pod koniec gotowania próbujemy i dodajemy maggi do smaku, ewentualnie dodajemy więcej pieprzu, ostrej papryki czy majeranku.
Zajadamy z pieczywem.

*Można z boczniakowych flaków zrobić danie bardziej sycące także jeśli bulion był z zamrażarki (albo robimy wersję od biedy, czyli z kostki). Razem z warzywami (jeszcze przed zagotowaniem) wkładamy do garnka ze dwie pałki z kurczaka (polecam obdarcie ich ze skórki przed gotowaniem). Przed podaniem wyjmujemy je, oddzielamy mięsko od kości i pokrojone wkładamy z powrotem do zupy. 
**Jeśli masło komuś bardzo nie pasuje, bo dieta czy coś, to można i zdrowiej. Do podsmażenia cebulki dajemy masła odrobinkę tylko, a oczka tłuszczu na zupie robimy inaczej. Po nalaniu zupy na talerz kropimy porcję jakimś fajnym, tłoczonym na zimno olejem, np. rzepakowym lub lnianym, mieszamy i podajemy.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Gwiazdkowo

Wszelakiego najlepsiejszego bożonarodzeniowego Wam życzę.
I Ukochany też.
Królik pewnie by się do życzeń dołączył, ale chwilowo jest zbyt zajęty.


wtorek, 18 grudnia 2012

Potrawy świąteczne

Podobnie jak w zeszłym roku, tak i w tym nie bardzo mam czas świąteczne gotowanie i pieczenie czy robienie ozdóbek. Na szczęście jeszcze jeżdżę na świąteczne kolacje po rodzince, więc jest bezstresowo, nie mam na głowie przygotowania świąt.

Inna sprawa, że jako pracownik galerii handlowej mam "świątecznej atmosfery" powyżej uszu. Kiedy wracam do domu mam ochotę raczej zrobić szybki obiad, a  potem usiąść spokojnie w fotelu z fajną książką i kubkiem gorącej herbaty albo butelką dobrego piwa niż zapełniać dom świątecznymi ozdóbkami. Świąteczne hity niestety kojarzą mi się raczej z całymi stadami ludzi biegających po centrach handlowych z obłędem w oczach, warczących na siebie nawzajem i na sprzedawców. Tu pozdrowienia np. dla pana, który wpada do pierwszego od wejścia na sklepu i naskakuje na pracownika, że to skandal, że powinniśmy coś z tym zrobić, bo on tyle czasu nie mógł nigdzie zaparkować i to żałosne, że galeria nie ma większego parkingu. Trochę żałuję, że nie odpowiedziałam panu, że bardzo przepraszam, obiecuję poprawę i po pracy wezmę szpadel i taczkę z kostką brukową i powiększę parking... Pozdrawiam też serdecznie miłą panią, która oburzyła się straszliwie (no bo jak to! kolejka jest! ona była pierwsza!), kiedy poprosiłam do kasy ze środka kolejki panią w zaawansowanej ciąży. I tak bez przerwy przez cały ostatni weekend... Ktoś powinien zrobić jakieś ciekawe badania socjologiczne o ogromnym wzroście agresji występującym w populacji ludzkiej przez dwa tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia.

No, ponarzekałam sobie, ale wcale to nie oznacza, że nie lubię świąt. Przeciwnie, jutro lub pojutrze będę kupować choinkę (którą od najmłodszych lat strasznie lubię ubierać), na pewno zrobię też jakiś świąteczny stroik. Prezenty czekają w szafie ubrane w kolorowy papier. Uwielbiam świąteczny, świerkowy zapach w domu i same święta, tradycyjne potrawy i spotkania z rodzinką.

Może w 2013 uda mi się spokojnie przez cały rok opracować i napisać wigilijne wpisy, które sobie zapiszę i które potem będę dumnie publikować przed świętami. A na razie linki do kilku przepisów idealnych na bożonarodzeniowy stół, które już znalazły się na blogu.

środa, 5 grudnia 2012

Carbonade, czyli wołowina po flamandzku, czyli wreszcie koniec listopada pełnego wrażeń

Tak... listopad w tym roku to był czas pełen wrażeń; skręciłam sobie nogę; zginął śmiercią nagłą i tragiczną mój śmieszny, stary, granatowy VW Golfik (na szczęście samochodzina stanął na wysokości zadania i choć sam życie oddał, to ludziom w środku nic się nie stało); po raz pierwszy przejechałam samochodem na raz więcej niż 100km (czyli świeżo zakupionym, nieznanym autem 430km z Legnicy, było dość strasznie); Ukochany miał drobną przygodę z nadziewaniem się na podstępnie wystającą rurę i z całkiem poważnym szyciem w szpitalu; ja miałam wątpliwą przyjemność zwiedzania różnych urzędów w celu zarejestrowania samochodu świeżo sprowadzonego z Niemiec; Ziomkowi znów zaczęło łzawić oko, ale zbyt źle na razie nie jest...
Jak na moje spokojne, nudnawe życie, to naprawdę dużo się działo jak na jeden miesiąc, mam cichą nadzieję, że grudzień będzie o wiele nudniejszy.

A skoro powróciła mi chętka na pisanie, to będzie danie naprawdę popisowe.
Wspaniale rozgrzewa i syci po powrocie do domu z zimnego dworu, a dzięki piernikowym nutom świetnie będzie pasować na świątecznym stole.

Przepyszny, aromatyczny, rozgrzewający, rewelacyjny gulasz wołowy na ciemnym piwie, ściągnięty z bloga Belgia od Kuchni (tu), choć sam przepis jest za naszym, polskim Makłowiczem.

Przepis z serdecznym pozdrowieniem dla Clement'a, na razie jedynego Belga, którego poznałam osobiście.

Potrzeba:
  • 1kg wołowiny bez kości (np. zrazowa)
  • 3 cebule
  • masło
  • gałązka tymianku, dwa liście laurowe
  • 2 butelki ciemnego piwa (u mnie 0,5l Karmi i 0,5l Żywca Portera)*
  • łyżka cukru trzcinowego (a najlepiej oryginalnego cassonade, jak przypadkiem mamy)
  • 2 łyżki octu z czerwonego wina
  • 2 łyżki musztardy (najlepiej takiej ostrzejszej, np. rosyjskiej)
  • 3 pierniczki katarzynki (albo gruba kromka piernika, albo gruba kromka ciemnego pieczywa i trochę przyprawy do piernika, albo kilka speculosów jeśli takie mamy)

Mięso kroimy w małą kostkę (ok. 1 cm), mieszamy z solą i pieprzem. Cebulę kroimy (nie musi być zbyt drobno). Przygotowujemy porządny gar z grubym dnem (albo zwykły garnek, ale wtedy musimy uważać, żeby nam się nie przypaliło i bardzo często mieszać). Na patelni rozgrzewamy masło i partiami obsmażamy wołowinę, 1 kg mięsa powinniśmy podzielić na 3-4 porcje (każdą podsmażoną partię przekładamy do gara, a na patelnię wrzucamy z nowym kawałeczkiem masła następną porcję; jeśli wrzucimy całe mięso na raz, to bardziej się podgotuje niż usmaży). Na tej samej patelni, po obsmażaniu mięsa szklimy cebulę i też wrzucamy do gara z podsmażoną krową.

Na patelnię wylewamy pół butelki piwa i mieszamy dokładnie, na delikatnym ogniu, żeby zebrać z patelni wszystkie smakowite przysmażeliny z mięsa i cebuli. To piwo też wlewamy do gara z mięsem i cebulą.
Do wyżej wymienionego gara wlewamy resztę piwa, dodajemy sporą gałązkę tymianku, liście laurowe i cukier. Gotujemy na wolnym ogniu godzinę, jeśli płyn zbyt wyparuje to otwieramy kolejną butelkę piwa i dolewamy wedle potrzeby.


Pod koniec gotowania dodajemy ocet oraz (żeby zagęścić sos) rozkruszone w palcach pierniczki katarzynki (albo speculosy, itp.), ewentualnie dodajemy więcej soli i/lub pieprzu. Gotujemy jeszcze 10-20 min.

W oryginalnej wersji podajemy z frytkami, choć mi znacznie smaczniej kojarzy się to danie z puree ziemniaczanym, z którym można zmieszać przepyszny sos. Podajemy z brukselką, fasolką szparagową albo sałatą. Sos jest wspaniały, gęsty, aromatyczny, trochę piernikowy, trochę słodki, trochę gorzki, a mięso kruche, miękkie i pełne smaku. Głęboki, brązowy kolor dania sprawia, że ten gulasz wygląda trochę jak jakiś deser w czekoladzie.

Pyszności.

*U mnie to była butelka  0,5 Karmi i 0,5 Żywca Portera i takie połączenie polecam. Mogą też być, na ten przykład dwa ciemne Tyskie albo 2 butelki piwa Heban, itp. Natomiast jak dla mnie samo Karmi w efekcie końcowym było by zbyt słodkie, za to zmieszane z ostrym i gorzkim Żywcem Porterem daje pyszny duet delikatnej goryczki i słodyczyDwa razy Żywiec Porter raczej się nie nada, bo jest za mocny i za gorzki.