Znów sosnowo, ale tym razem krótko.
Dziś będzie tylko "zwykły" soczek. Opcja zmielenia sosny w wytłaczarce do soków nie jest moim osobistym pomysłem, zmałpowałam soczek z sosną z tego bloga (tu). Pomysł okazał się wielce smakowity, więc i ja posyłam go dalej w świat.
Bardzo harmonijne połączenie smaków, jabłkowa baza i słodycz ananasa przełamana aromatyczną i lekko cierpką sosną.
Częstujcie się dla smaku i na zdrowie.
Przepis ma tylko dwie wady: nie da się go zrobić w zwykłej sokowirówce, to opcja dla szczęśliwych posiadaczy wytłaczarki ślimakowej do soków (sokowirówki wolnoobrotowej) oraz spożycie sosny nie jest zalecane dla kobiet w ciąży i karmiących.
Potrzeba (na ok. 700ml gotowego soku, ilość zależy od soczystości produktów):
-pół większego ananasa
-3 gałązki sosny (szczyty gałązek z pączkami, długości ok. 10 cm)
-4-5 dużych jabłek
Przygotowujemy jabłka i ananasa do przerobienia na soczek (jabłka kroimy w ósemki, nie obieramy, ale usuwamy pestki, ananasa obieramy i kroimy na mniejsze kawałki razem z rdzeniem). Sosnowe gałązki dużym, ostrym nożem siekamy na ok. 5mm kawałki (igły razem z gałązkami).
Najpierw wrzucamy całego ananasa, potem jabłka na zmianę z sosną.
Wytłoczony sok mieszamy i pijemy najlepiej tego samego dnia, bo po spędzeniu doby w lodówce robi się gorzkawy.
Na świeżo bardzo pyszny i bardzo zdrowy, bo sosna ma multum witamin, antyoksydantów, wspomaga odporność, pomaga w leczeniu kataru i kaszlu.
Przepis bierze udział w styczniowej akcji zjadania sosny Cała Polska widzi szyszki.
Uwagi techniczne:
*Nie musicie się obawiać o zdrowie sprzętu, który bardzo jest fajny, ale swoje kosztuje. Sosna mielona razem z jabłkami nie zalepi żywicą sitka, czyści się normalnie jak po każdym innym soku. Luzik.
*Sok z dodatkiem sosny robimy na sam koniec wyciskania podobnie jak soki z dodatkiem innych włóknistych składników, jak seler naciowy (dziurka na wytłoczyny potrafi się przytkać, więc dla oszczędności nerwów na początku mielimy miękkie i nie włókniste produkty, a na sam koniec składniki "problematyczne", włókniste).
*Warto próbować sok w trakcie tworzenia, bo sosna sośnie aromatem nierówna. Z mojego doświadczenia (trzy sosnowe soczki) wynika, że gałązki z młodych, niewysokich drzewek są o wiele bardziej smakowe niż szczyty gałązek z niższych gałęzi większych drzew.
.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
środa, 21 stycznia 2015
Co u tytułowego królika z U królika
W dzisiejszym poście nie będzie przepisu, to post dla tych co są ciekawi co u uszatego łobuza.
Październikowa przeprowadzka to trzecia przeprowadzka w życiu Ziomka. Zwierzu przeprowadzek nie lubi, ale jest dzielny i po około trzech tygodniach ogarnia nowe kąty jakby mieszkał w nich od zawsze.
Nie ukrywam jednak, że ostatni rok był dla uszaka trudny i pełen zmian, dla mnie radosnych, dla puchatego biedaka mniej. Jeszcze na starym mieszkaniu musiał zmierzyć się z nowością w postaci Małego Człowieka, którego radosny entuzjazm objawia się działaniami mało delikatnymi i musi puchaty bidak uważać, żeby nie dać się złapać za ogon albo za ucho. Na szczęście mimo biegu lat, królik nadal ma refleks i Mały Człowiek ma dość marne szanse złapania go. Smutno mi jednak było patrzeć jak królik z początku próbował dyplomacji i mową ciała dawał do zrozumienia małemu człowieczemu agresorowi, że się poddaje, uznaje jego wyższość i prosi o zostawienie go w spokoju, bo nie zamierza walczyć. Niestety. Teraz Ziomek już wie, że z Małym Człowiekiem nie ma dyplomacji, trzeba po prostu od razu uciekać.
Ale nie ma takich sytuacji, żeby nie mogło być gorzej. Bo na nowych włościach pojawił się jeszcze Momo. Kot na początku był wychudzonym, wyleniałym kociakiem na skraju śmierci głodowej, który z początku bardzo się Ziomka bał. Trzy miesiące później Momo jest kocurkiem z błyszczącą, gęstą sierścią i ... kocurkiem wyrośniętym do sporych rozmiarów. Teraz Ziomka się nie boi, teraz chciałby się z nim pobawić, ale nie rozumie koci łepek, że Ziomek to nie kot tylko starszawy królik i nie chce się z nim bawić. W króliczej zagrodzie kot był tylko raz i ...po laniu, które dostał od królika więcej tam nosa nie wtrynia. Ale na reszcie mieszkania to różnie bywa. Często jest tak, że królik chętnie by pozwiedzał, ale wobec objawów kociej sympatii woli siedzieć u siebie niż męczyć się z ustawianiem kota, niestety. Na szczęście szary Momo jest wprawdzie namolny, ale bardzo delikatny i nieagresywny (na szczęście nie tylko dla królika, ale i dla całości oczu i skóry dziecia).
Z innych nowości okazało się, że Ziomek na starość robi się bardziej ciepłolubny i teraz jego ulubioną miejscówką są... kafelki pod kominkiem.
A tu Momo, nowy, sympatyczny współlokator, choć współlokator niekoniecznie wymarzony przez królika.
Kiedy 4 lata temu robiłam pierwszy wpis na blogu moim zamiarem było zamieszczać nie tylko przepisy, ale i posty o moim oczku w głowie, czyli o uszatym zwierzu, mości Ziomku. Wpisów o króliku miało być co najmniej 1/4, o życiu codziennym, o żywieniu, o klatkach, żwirku i zagrodach, o łażeniu luzem po mieszkaniu i ogólnie o "minimum" potrzebnym do życia królikowi w mieszkaniu. Ale jakoś tak w praniu wyszło, że łatwiej się pisze o żarciu.
Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale króliki miniaturki (z powodu stereotypowego postrzegania ich jako puchate zwierzątka dla dzieci, które nic nie robią tylko siedzą sobie w klatce) są to najgorzej traktowane zwierzęta towarzyszące człowiekowi. Do tego dochodzi powszechne przekonanie, że króliki to gryzonie i karmi się je karmą "dla gryzoni i królików". Kompletna pomyłka, skutkująca wieloma problemami zdrowotnymi, bo króliki, to nie gryzonie tylko zajęczaki. Ich dieta powinna być podobna do diety krów lub koni czy innych zwierząt stricte roślinożernych, a nie gryzoni...
Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi, jak częste uwagi ludzi, którym wspomnę, że mam królika. Uwagi typu... o masz króliczka, ja też kiedyś miałam/miałem, ale one krótko żyją, mój zdechł po dwóch latach... (...)... o co ty mówisz, naprawdę króliki żyją dłużej niż dwa, trzy lata... jak to 10 lat? serio?...
Tak, serio, królik prawidłowo żywiony, z prawidłową opieką może spokojnie dożyć 8-10 lat.
Dlatego moje postanowienie na 2015 to więcej pisać o Ziomku i o królikach. Jest w planie post o przeprowadzkach z królikiem, o wyjazdach z królikiem, o weterynarzach dla królików, groźnych zatorach, o żywieniu i minimalnych wymaganiach dotyczących przestrzeni życiowej dla królika. Tym bardziej jest to ważne postanowienie noworoczne, że w kwietniu tego roku królik wkroczy w szósty rok życia i oficjalnie zacznie być króliczym seniorem. W przeliczeniu na ludzkie lata będą to jego 60te urodziny, a Ziom nie jest królikiem super zdrowym, co roku ma problemy z zatorami w okresie linienia (bo puchata z niego sztuka) i w dodatku ma ropnia w szczęce, takie wredne coś jak ludzki rak i każdy jego rok życia jest dla naszej rodzinki prezentem.
Dlatego postanowienie noworoczne jest jedno: zdążyć z króliczymi postami, póki uszak jest nadal obecny w naszym życiu (i oby obecny był jak najdłużej).
Październikowa przeprowadzka to trzecia przeprowadzka w życiu Ziomka. Zwierzu przeprowadzek nie lubi, ale jest dzielny i po około trzech tygodniach ogarnia nowe kąty jakby mieszkał w nich od zawsze.
Nie ukrywam jednak, że ostatni rok był dla uszaka trudny i pełen zmian, dla mnie radosnych, dla puchatego biedaka mniej. Jeszcze na starym mieszkaniu musiał zmierzyć się z nowością w postaci Małego Człowieka, którego radosny entuzjazm objawia się działaniami mało delikatnymi i musi puchaty bidak uważać, żeby nie dać się złapać za ogon albo za ucho. Na szczęście mimo biegu lat, królik nadal ma refleks i Mały Człowiek ma dość marne szanse złapania go. Smutno mi jednak było patrzeć jak królik z początku próbował dyplomacji i mową ciała dawał do zrozumienia małemu człowieczemu agresorowi, że się poddaje, uznaje jego wyższość i prosi o zostawienie go w spokoju, bo nie zamierza walczyć. Niestety. Teraz Ziomek już wie, że z Małym Człowiekiem nie ma dyplomacji, trzeba po prostu od razu uciekać.
Ale nie ma takich sytuacji, żeby nie mogło być gorzej. Bo na nowych włościach pojawił się jeszcze Momo. Kot na początku był wychudzonym, wyleniałym kociakiem na skraju śmierci głodowej, który z początku bardzo się Ziomka bał. Trzy miesiące później Momo jest kocurkiem z błyszczącą, gęstą sierścią i ... kocurkiem wyrośniętym do sporych rozmiarów. Teraz Ziomka się nie boi, teraz chciałby się z nim pobawić, ale nie rozumie koci łepek, że Ziomek to nie kot tylko starszawy królik i nie chce się z nim bawić. W króliczej zagrodzie kot był tylko raz i ...po laniu, które dostał od królika więcej tam nosa nie wtrynia. Ale na reszcie mieszkania to różnie bywa. Często jest tak, że królik chętnie by pozwiedzał, ale wobec objawów kociej sympatii woli siedzieć u siebie niż męczyć się z ustawianiem kota, niestety. Na szczęście szary Momo jest wprawdzie namolny, ale bardzo delikatny i nieagresywny (na szczęście nie tylko dla królika, ale i dla całości oczu i skóry dziecia).
Z innych nowości okazało się, że Ziomek na starość robi się bardziej ciepłolubny i teraz jego ulubioną miejscówką są... kafelki pod kominkiem.
A tu Momo, nowy, sympatyczny współlokator, choć współlokator niekoniecznie wymarzony przez królika.
Kiedy 4 lata temu robiłam pierwszy wpis na blogu moim zamiarem było zamieszczać nie tylko przepisy, ale i posty o moim oczku w głowie, czyli o uszatym zwierzu, mości Ziomku. Wpisów o króliku miało być co najmniej 1/4, o życiu codziennym, o żywieniu, o klatkach, żwirku i zagrodach, o łażeniu luzem po mieszkaniu i ogólnie o "minimum" potrzebnym do życia królikowi w mieszkaniu. Ale jakoś tak w praniu wyszło, że łatwiej się pisze o żarciu.
Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale króliki miniaturki (z powodu stereotypowego postrzegania ich jako puchate zwierzątka dla dzieci, które nic nie robią tylko siedzą sobie w klatce) są to najgorzej traktowane zwierzęta towarzyszące człowiekowi. Do tego dochodzi powszechne przekonanie, że króliki to gryzonie i karmi się je karmą "dla gryzoni i królików". Kompletna pomyłka, skutkująca wieloma problemami zdrowotnymi, bo króliki, to nie gryzonie tylko zajęczaki. Ich dieta powinna być podobna do diety krów lub koni czy innych zwierząt stricte roślinożernych, a nie gryzoni...
Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi, jak częste uwagi ludzi, którym wspomnę, że mam królika. Uwagi typu... o masz króliczka, ja też kiedyś miałam/miałem, ale one krótko żyją, mój zdechł po dwóch latach... (...)... o co ty mówisz, naprawdę króliki żyją dłużej niż dwa, trzy lata... jak to 10 lat? serio?...
Tak, serio, królik prawidłowo żywiony, z prawidłową opieką może spokojnie dożyć 8-10 lat.
Dlatego moje postanowienie na 2015 to więcej pisać o Ziomku i o królikach. Jest w planie post o przeprowadzkach z królikiem, o wyjazdach z królikiem, o weterynarzach dla królików, groźnych zatorach, o żywieniu i minimalnych wymaganiach dotyczących przestrzeni życiowej dla królika. Tym bardziej jest to ważne postanowienie noworoczne, że w kwietniu tego roku królik wkroczy w szósty rok życia i oficjalnie zacznie być króliczym seniorem. W przeliczeniu na ludzkie lata będą to jego 60te urodziny, a Ziom nie jest królikiem super zdrowym, co roku ma problemy z zatorami w okresie linienia (bo puchata z niego sztuka) i w dodatku ma ropnia w szczęce, takie wredne coś jak ludzki rak i każdy jego rok życia jest dla naszej rodzinki prezentem.
Dlatego postanowienie noworoczne jest jedno: zdążyć z króliczymi postami, póki uszak jest nadal obecny w naszym życiu (i oby obecny był jak najdłużej).
czwartek, 15 stycznia 2015
Sosnowy pudding chia
Przedstawiam rzadkość na blogu... deser.
Deser miodowo-śmietankowo-sosnowy.
Pycha :)
Ogólnie ostatnio jest mi zielono i sosnowo, a wszystko za sprawą Herbiness i styczniowej sosnowej akcji Cała Polska widzi szyszki. Poza walorami smakowymi sosny i świerki mają mnóstwo witamin, antyutleniaczy i działają antyprzeziębieniowo (pobudzają odporność, pomagają leczyć kaszel i katar), do tego wspomagają trawienie. Same zalety.
Jedyną wadą jest to, że nie powinny ich spożywać kobiety w ciąży i karmiące.
Kto ma ochotę na wynalazki bardzo polecam do budyniu ziarenka szałwii hiszpańskiej chia, poza tym, że zdrowe, aż do przesady*, to jeszcze bardzo przyjemne w jedzeniu: chrupkie ziarenko w żelkowej otoczce, która przyjmuje taki smak, jaki chcemy jej nadać.
Jeśli ktoś nie ma ochoty na wynalazki, to w ten sam sposób, co śmietankę można aromatyzować sosną mleko na zwykły śmietankowy lub waniliowy budyń czy to z torebki czy domowy.
Przed przystąpieniem do gotowania trzeba wyjść na spacer i zaopatrzyć się w młode, szczytowe gałązki sosny, ok. 10cm długości oraz (niekoniecznie, ale warto) kawałek żywicy**. Jeśli do sosen zdatnych spożywczo (czyli rosnących w niezbyt zurbanizowanym terenie przynajmniej 200m od większej drogi) macie daleko, to radzę zaopatrzyć się od razu w większą ilość gałązek, bo U królika będą jeszcze co najmniej dwa iglaste przepisy, a wyżej wspomniany sosnowy post Hebiness zawiera (cały czas uzupełniane) stadko sosnowo-świerkowych przepisów.
Potrzeba (trzy zwykłe porcje lub dwie duże):
-200ml śmietanki kremówki (30%) i 100ml mleka
-igliwie sosnowe (na oko z 3 szczytowych gałązek po 10 cm długości) i opcjonalnie kawałek żywicy wielkości mniej więcej ziarnka grochu
-2,5 łyżki ziaren chia (nie czubatych)***
-1-3 łyżki miodu
-pół laski wanilii (ewentualnie łyżeczkę ekstraktu waniliowego, kilka kropli olejku zapachowego waniliowego, łyżka cukru waniliowego, itp.)
-gorzka czekolada o wysokiej zawartości kakao lub mleczna, jeśli ktoś woli
Do rondelka lub małej patelni wlewamy mleko i śmietankę, wkładamy pocięte nożyczkami gałązki sosny i kawałek żywicy oraz pociętą na drobne kawałki waniliową laską (lub co tam waniliowego akurat mamy). Całość doprowadzamy do wrzenia, ale powoli, na małym ogniu mieszając czasem. Kiedy zawrze wyłączamy gaz i zostawiamy na 15 min, żeby sosna się zaparzyła w śmietance (ale nie dłużej, żeby nie zrobiło się zbyt gorzkie i cierpkie).
Sosnową śmietankę przecedzamy do miski przez gęste sitko i dodajemy miód do smaku. Dorzucamy ziarenka chia i energicznie mieszamy widelcem lub trzepaczką. Zostawiamy do stężenia na ok. 5 godzin (lub do następnego dnia).
Przed podaniem siekamy czekoladę. Masę nakładamy do naczynek, każdą łyżkę masy przesypując odrobiną czekolady. Na wierzchu sypiemy z czekolady pokaźny stosik.
Mniam :)
Szklaneczka na zdjęciu ma 125 ml. Porcyjka niby nie duża, ale deser jest bardzo syty, sycące są już same ziarenka chia, a do tego mamy jeszcze tłustą śmietankę i czekoladę. Jest to deser zdrowy, ale na pewno nie dietetyczny ;)
* Zawiera m.in. kwasy omega, antyutleniacze, witaminy, wartościowe białko i wysoką zawartość najwartościowszej postaci błonnika.
**Żywicę znaleźć można wokół skaleczeń drzewa, zbieramy ją delikatnie zeskrobując z drzewa zaschniętą żywicę (ma kolor bursztynowy do białego). Jeśli zeskrobiecie ją z kawałkiem kory to się nie przejmujcie, dodajcie do śmietanki, kora i tak zostanie na sitku.
***Tak, "tylko" tyle. Jeśli spotykacie się z chia pierwszy raz, to może Was to zdziwić, ale te maleńkie ziarenka naprawdę bardzo rosną pod wpływem płynu i taka ilość wystarczy.
Deser miodowo-śmietankowo-sosnowy.
Pycha :)
Ogólnie ostatnio jest mi zielono i sosnowo, a wszystko za sprawą Herbiness i styczniowej sosnowej akcji Cała Polska widzi szyszki. Poza walorami smakowymi sosny i świerki mają mnóstwo witamin, antyutleniaczy i działają antyprzeziębieniowo (pobudzają odporność, pomagają leczyć kaszel i katar), do tego wspomagają trawienie. Same zalety.
Jedyną wadą jest to, że nie powinny ich spożywać kobiety w ciąży i karmiące.
Kto ma ochotę na wynalazki bardzo polecam do budyniu ziarenka szałwii hiszpańskiej chia, poza tym, że zdrowe, aż do przesady*, to jeszcze bardzo przyjemne w jedzeniu: chrupkie ziarenko w żelkowej otoczce, która przyjmuje taki smak, jaki chcemy jej nadać.
Jeśli ktoś nie ma ochoty na wynalazki, to w ten sam sposób, co śmietankę można aromatyzować sosną mleko na zwykły śmietankowy lub waniliowy budyń czy to z torebki czy domowy.
Przed przystąpieniem do gotowania trzeba wyjść na spacer i zaopatrzyć się w młode, szczytowe gałązki sosny, ok. 10cm długości oraz (niekoniecznie, ale warto) kawałek żywicy**. Jeśli do sosen zdatnych spożywczo (czyli rosnących w niezbyt zurbanizowanym terenie przynajmniej 200m od większej drogi) macie daleko, to radzę zaopatrzyć się od razu w większą ilość gałązek, bo U królika będą jeszcze co najmniej dwa iglaste przepisy, a wyżej wspomniany sosnowy post Hebiness zawiera (cały czas uzupełniane) stadko sosnowo-świerkowych przepisów.
Potrzeba (trzy zwykłe porcje lub dwie duże):
-200ml śmietanki kremówki (30%) i 100ml mleka
-igliwie sosnowe (na oko z 3 szczytowych gałązek po 10 cm długości) i opcjonalnie kawałek żywicy wielkości mniej więcej ziarnka grochu
-2,5 łyżki ziaren chia (nie czubatych)***
-1-3 łyżki miodu
-pół laski wanilii (ewentualnie łyżeczkę ekstraktu waniliowego, kilka kropli olejku zapachowego waniliowego, łyżka cukru waniliowego, itp.)
-gorzka czekolada o wysokiej zawartości kakao lub mleczna, jeśli ktoś woli
Do rondelka lub małej patelni wlewamy mleko i śmietankę, wkładamy pocięte nożyczkami gałązki sosny i kawałek żywicy oraz pociętą na drobne kawałki waniliową laską (lub co tam waniliowego akurat mamy). Całość doprowadzamy do wrzenia, ale powoli, na małym ogniu mieszając czasem. Kiedy zawrze wyłączamy gaz i zostawiamy na 15 min, żeby sosna się zaparzyła w śmietance (ale nie dłużej, żeby nie zrobiło się zbyt gorzkie i cierpkie).
Sosnową śmietankę przecedzamy do miski przez gęste sitko i dodajemy miód do smaku. Dorzucamy ziarenka chia i energicznie mieszamy widelcem lub trzepaczką. Zostawiamy do stężenia na ok. 5 godzin (lub do następnego dnia).
Przed podaniem siekamy czekoladę. Masę nakładamy do naczynek, każdą łyżkę masy przesypując odrobiną czekolady. Na wierzchu sypiemy z czekolady pokaźny stosik.
Mniam :)
Szklaneczka na zdjęciu ma 125 ml. Porcyjka niby nie duża, ale deser jest bardzo syty, sycące są już same ziarenka chia, a do tego mamy jeszcze tłustą śmietankę i czekoladę. Jest to deser zdrowy, ale na pewno nie dietetyczny ;)
Poglądowo: 1/3 filiżanki skrawków żywicy sosnowej i świerkowej
**Żywicę znaleźć można wokół skaleczeń drzewa, zbieramy ją delikatnie zeskrobując z drzewa zaschniętą żywicę (ma kolor bursztynowy do białego). Jeśli zeskrobiecie ją z kawałkiem kory to się nie przejmujcie, dodajcie do śmietanki, kora i tak zostanie na sitku.
***Tak, "tylko" tyle. Jeśli spotykacie się z chia pierwszy raz, to może Was to zdziwić, ale te maleńkie ziarenka naprawdę bardzo rosną pod wpływem płynu i taka ilość wystarczy.
niedziela, 11 stycznia 2015
Seleroryba czyli sushi seler
Wegetariańska ryba? A czemu nie :)
Przedstawiam Wam dziś moje ostatnie odkrycie: selerorybę, czyli rybę po wegańsku. Roślinożernym czytelnikom pewnie nie muszę jakoś specjalnie zachwalać, a mięsożernym powiem, że jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, jest naprawdę smakowite (o ile ktoś nie jest wrogiem selera) i pożywne oraz, że naprawdę zdrowo jest zrobić sobie przynajmniej 2-3 wege dni w tygodniu.
Przepis zaczerpnięty z bloga, który jest jedną z moich kulinarnych miłości. Ten blog to Jadłonomia, a oryginalna wersja przepisu tu.
Jak natknę się na pasternak lub skorzonerę, to przetestuję też "rybne" paluszki dla zadeklarowanych wrogów smaku selera.
Potrzeba (na 2 osoby):
-duży seler
-glony nori, ok. 5 płatów (to takie glony jak do sushi)
-2 łyżki suszonych glonów wakame (od biedy można pominąć)
-1-2 ziela angielskie, z 5 kulek pieprzu, 2 liście laurowe, pół łyżeczki ziaren kolendry, 2-3 łyżki sosu sojowego, oraz opcjonalnie (bardzo warto) jeśli coś z tego macie w kuchennej szafce: łyżka pasty miso, czubata łyżeczka nasion kozieradki i suszony liść lub dwa limonki kaffir
-ewentualnie trochę soli, ale z tym ostrożnie, bo sos sojowy i pasta miso są słone
-może być zwykła mąka pszenna, ale zamiast niej gorąco polecam tu mąkę z ciecierzycy lub grochu*
Poprzedniego dnia wieczorem lub tego samego rano zagotowujemy 1,5 litra wody z przyprawami, 3 płatami nori i wakame. Obrany seler kroimy na pół, po czym każdą połówkę na plastry ok. 1cm grubości. Do wrzącego wywaru wkładamy seler i gotujemy ok. 20 min. (powinien być ugotowany, ale nie rozgotowany i ciapowaty). Wyłączmy gaz i zostawiamy do ostygnięcia w wywarze na minimum kilka godzin, wyjmujemy z wywaru bezpośrednio przed przygotowaniem, żeby nie zdążyły wyschnąć (panierka i nori lepiej przylgną do wilgotnej powierzchni).
Płaty nori tniemy na paski o szerokości ok. 3 cm, tyle pasków ile plastrów selera. Każdy plaster selera dość ciasno owijamy paskiem nori i zostawiamy na chwilę, żeby nori zmiękło.
Na talerzyk wysypujemy mąkę i dokładnie obtaczamy w niej naszą selerorybę. Delikatnie prószymy solą i pieprzem.
Smażymy na złoto.
Podajemy z surówką (np. z kiszonej kapusty) i ziemniakami lub frytkami jak zwykłą smażoną rybę.
Seler w tym daniu jest wyczuwalny, ale nie dominuje, na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się morski smak glonów.
Bardzo smaczny obiadek, jednocześnie lekki i sycący, a dodatkowo bardzo zdrowy. Cóż chcieć więcej?
*Mąkę grochową lub ciecierzycową od dawna używam do panierowania także prawdziwej ryby, jest w połączeniu z rybką o wiele smaczniejsza niż zwykła mąka. Do tego w przypadku wege posiłku podwyższa też wartość odżywczą o wartościowe białko. Ale jeśli nie macie na stanie to oczywiście nie ma się co przejmować, zróbcie ze zwykłą mąką, też będzie pysznie.
niedziela, 5 października 2014
Jesienny kompot, jabłka i czarny bez
Wraz z końcem lata odchodzą lekkie, cierpkie, orzeźwiające kompoty smakujące najlepiej z kostką lodu. Z początkiem jesieni do kuchni wkraczają kompoty słodsze, bardziej esencjonalne, smakujące także na ciepło. Śliwki, aromatyczne działkowe winogrona, jesienne jabłka, pigwowiec i czarny bez.
Dziś zrobiłam sobie darmowy "dziki" kompot. Z małych, aromatycznych jabłuszek ze zdziczałej jabłonki i owoców czarnego bzu.
Zdziczałe jabłuszka są bardziej aromatyczne, dadzą kompot pachnący piękniej, o głębszym smaku, ale wymagający dodatkowego cukru (i to sporo). Kupne jabłka do kompotu wybieramy jak najsłodsze, też będzie smacznie, a o tyle zdrowiej, że obędzie się bez dosładzania.
Potrzeba:
*3 większe lub 5-6 małych jabłek
*3-4 baldachy owoców czarnego bzu
*ewentualnie cukier
Umyte jabłka kroimy w ćwiartki, wykrajamy gniazda nasienne, wkładamy do gara.
Baldachy czarnego bzu zbieramy tylko dojrzałe (końcówki szypułek powinny się przebarwić na czerwono, owoce mają być ciemne, prawie czarne). Oskubujemy jagódki uważając, żeby do kompotu nie wrzucać szypułek i odrzucając niedojrzałe (jasno czerwone i zielone). Jagódki przepłukujemy na sicie, wrzucamy do gara, zalewamy 1,5-2 litrami wody. Gotujemy bez przykrycia ok. 25 min. Próbujemy i ewentualnie dosłądzamy do smaku. Dajemy kompotowi ostygnąć z owocami w środki i przecedzamy na drobnym sitku do dzbanka czy butelki.
Pijemy dla smaku i na zdrowie.
Zdrowy nie tylko, bo domowy, owocowy i pełen witamin. Zdrowy, bo owoce czarnego bzu działają napotnie, moczopędnie, antyprzeziębieniowo, przeciwgorączkowo i delikatnie przeciwbólowo. Czyli idealny napitek na jesień, smaczny i wspomagający odporność.
Cała roślina zawiera trującą sambunigrynę, dlatego nie można zjadać owoców na surowo i odrzuca się niedojrzałe owoce i szypułki. Jednak spokojnie, nie ma się czego bać, po zagotowaniu nic trującego w kompocie nie zostanie, kilka przeoczonych zielonych jagódek też nam nie zaszkodzi.
Łasuchom polecam pyszny dżem nie do kupienia w sklepach klik. Trzeba poświęcić trochę pracy i czasu, ale efekt jest wart każdej minuty.
Więcej o kompotach tu i ich butelkowaniu na później tu.
Dziś zrobiłam sobie darmowy "dziki" kompot. Z małych, aromatycznych jabłuszek ze zdziczałej jabłonki i owoców czarnego bzu.
Zdziczałe jabłuszka są bardziej aromatyczne, dadzą kompot pachnący piękniej, o głębszym smaku, ale wymagający dodatkowego cukru (i to sporo). Kupne jabłka do kompotu wybieramy jak najsłodsze, też będzie smacznie, a o tyle zdrowiej, że obędzie się bez dosładzania.
Potrzeba:
*3 większe lub 5-6 małych jabłek
*3-4 baldachy owoców czarnego bzu
*ewentualnie cukier
Umyte jabłka kroimy w ćwiartki, wykrajamy gniazda nasienne, wkładamy do gara.
Baldachy czarnego bzu zbieramy tylko dojrzałe (końcówki szypułek powinny się przebarwić na czerwono, owoce mają być ciemne, prawie czarne). Oskubujemy jagódki uważając, żeby do kompotu nie wrzucać szypułek i odrzucając niedojrzałe (jasno czerwone i zielone). Jagódki przepłukujemy na sicie, wrzucamy do gara, zalewamy 1,5-2 litrami wody. Gotujemy bez przykrycia ok. 25 min. Próbujemy i ewentualnie dosłądzamy do smaku. Dajemy kompotowi ostygnąć z owocami w środki i przecedzamy na drobnym sitku do dzbanka czy butelki.
Pijemy dla smaku i na zdrowie.
Zdrowy nie tylko, bo domowy, owocowy i pełen witamin. Zdrowy, bo owoce czarnego bzu działają napotnie, moczopędnie, antyprzeziębieniowo, przeciwgorączkowo i delikatnie przeciwbólowo. Czyli idealny napitek na jesień, smaczny i wspomagający odporność.
Cała roślina zawiera trującą sambunigrynę, dlatego nie można zjadać owoców na surowo i odrzuca się niedojrzałe owoce i szypułki. Jednak spokojnie, nie ma się czego bać, po zagotowaniu nic trującego w kompocie nie zostanie, kilka przeoczonych zielonych jagódek też nam nie zaszkodzi.
Łasuchom polecam pyszny dżem nie do kupienia w sklepach klik. Trzeba poświęcić trochę pracy i czasu, ale efekt jest wart każdej minuty.
Więcej o kompotach tu i ich butelkowaniu na później tu.
środa, 10 września 2014
Wężymord z zasmażką
Wiem, że to zdjęcie jest bardzo kiepskie (szczególnie, że pomyślałam o zrobieniu fotki i wrzuceniu na bloga jak już było po części zjedzone :) , a danie prościutkie, ale smakuje zaskakująco świetnie jak na swój skromny wygląd i małą ilość pracy. Może być na kolację, przekąskę lub obiad (w wersji obiadowej, np. w towarzystwie jajka sadzonego, tofu smażonego w panierce tu albo dobrego mięska, np. smażonej krowy tu lub tu czy poczciwych schaboszczaków).
Skorzonera, zwana też czarnym korzeniem lub wężymordem (bo baaardzo daaawno temu sokiem z tej rośliny "leczono" w razie ukąszenia przez żmiję) to warzywo o czarnej skórce i śnieżno białym środku. Teraz zapomniane, ale kiedyś, jeszcze przed pierwszą wojną światową znane i niedrogie. Smakuje trochę jak pietruszka, trochę jak seler, trochę jak ziemniak, ale jednocześnie jest słodkawe i jakby trochę jabłkowe, brzmi dziwnie, ale jest naprawdę pysznie. Jest to warzywo zawierające sporo skrobi, więc z tych bardziej sycących.
Potrzeba (w wersji na kolację dla 2 osób):
*2-3 korzenie wężymordu
*3-4 łyżki masła
*bułka tarta
*sól, pieprz
*drobno posiekane mała cebula, dwie pieczarki i duży ząbek czosnku
*opcjonalnie chlust białego wytrawnego wina
*ewentualnie (polecam) biała część średniego pora
Korzenie obieramy, te grubsze części kroimy wzdłuż na pół, mniejsze odrosty zostawiamy jak są. Jeśli lubicie pora, to przekrawamy go wzdłuż na pół przy gotowaniu na parze lub zostawiamy w całości przy gotowaniu w osolonym wrzątku. Gotujemy oprószone solą warzywa ok. 25 min. na parze (polecam ten sposób) lub gotujemy w osolonym wrzątku 25-30min.
W czasie kiedy warzywa się gotują robimy zasmażkę. Na maśle podsmażamy czosnek i cebulę, chwilę potem dodajemy pieczarki, wrzucamy szczyptę lub dwie soli. Jak dodatki będą już miękkie wsypujemy hojną garść bułki tartej i przesmażamy chwilę cały czas mieszając. Opcjonalnie wlewamy chlust wina (na oko to chlust ma u mnie 3-4 łyżki) i mieszając odparowujemy płyn. Jeśli po chwili masa nadal będzie papkowata, to dosypujemy jeszcze trochę bułki i chwilę smażymy cały czas mieszając, aż zasmażka będzie miała grudkowatą, suchą konsystencję jak typowa złocista zasmażka z masła i tartej bułki. Ogólnie zasmażkę robi się niecałe 10 min. (albo 5 min. bez wina) cały czas mieszając, żeby się masło nie przypaliło. Warto zacząć ją robić dopiero pod koniec gotowania warzyw. Jeśli już taką robiliście to wiecie, że to żadna filozofia.
Warzywa układamy na talerzu, posypujemy obficie zasmażką, prószymy świeżo mielonym pieprzem.
Wygląd dania bez fajerwerków, w smaku jest super.
Nie jest łatwo kupić skorzonerę, ja spotkałam ją u Majlertów, jeśli macie blisko na warszawską Białołękę to polecam gorąco się tam wybrać. A jak nie macie blisko tam, ale spotkacie czarne korzenie gdzieś na bazarku, to bez wahania zakupcie. Pycha i zdrowe w dodatku.
PS jak kupię przy okazji następnej wizyty w gospodarstwie to zamieszczę też fotki samych korzeni, bardzo są malownicze.
Skorzonera, zwana też czarnym korzeniem lub wężymordem (bo baaardzo daaawno temu sokiem z tej rośliny "leczono" w razie ukąszenia przez żmiję) to warzywo o czarnej skórce i śnieżno białym środku. Teraz zapomniane, ale kiedyś, jeszcze przed pierwszą wojną światową znane i niedrogie. Smakuje trochę jak pietruszka, trochę jak seler, trochę jak ziemniak, ale jednocześnie jest słodkawe i jakby trochę jabłkowe, brzmi dziwnie, ale jest naprawdę pysznie. Jest to warzywo zawierające sporo skrobi, więc z tych bardziej sycących.
Potrzeba (w wersji na kolację dla 2 osób):
*2-3 korzenie wężymordu
*3-4 łyżki masła
*bułka tarta
*sól, pieprz
*drobno posiekane mała cebula, dwie pieczarki i duży ząbek czosnku
*opcjonalnie chlust białego wytrawnego wina
*ewentualnie (polecam) biała część średniego pora
Korzenie obieramy, te grubsze części kroimy wzdłuż na pół, mniejsze odrosty zostawiamy jak są. Jeśli lubicie pora, to przekrawamy go wzdłuż na pół przy gotowaniu na parze lub zostawiamy w całości przy gotowaniu w osolonym wrzątku. Gotujemy oprószone solą warzywa ok. 25 min. na parze (polecam ten sposób) lub gotujemy w osolonym wrzątku 25-30min.
W czasie kiedy warzywa się gotują robimy zasmażkę. Na maśle podsmażamy czosnek i cebulę, chwilę potem dodajemy pieczarki, wrzucamy szczyptę lub dwie soli. Jak dodatki będą już miękkie wsypujemy hojną garść bułki tartej i przesmażamy chwilę cały czas mieszając. Opcjonalnie wlewamy chlust wina (na oko to chlust ma u mnie 3-4 łyżki) i mieszając odparowujemy płyn. Jeśli po chwili masa nadal będzie papkowata, to dosypujemy jeszcze trochę bułki i chwilę smażymy cały czas mieszając, aż zasmażka będzie miała grudkowatą, suchą konsystencję jak typowa złocista zasmażka z masła i tartej bułki. Ogólnie zasmażkę robi się niecałe 10 min. (albo 5 min. bez wina) cały czas mieszając, żeby się masło nie przypaliło. Warto zacząć ją robić dopiero pod koniec gotowania warzyw. Jeśli już taką robiliście to wiecie, że to żadna filozofia.
Warzywa układamy na talerzu, posypujemy obficie zasmażką, prószymy świeżo mielonym pieprzem.
Wygląd dania bez fajerwerków, w smaku jest super.
Nie jest łatwo kupić skorzonerę, ja spotkałam ją u Majlertów, jeśli macie blisko na warszawską Białołękę to polecam gorąco się tam wybrać. A jak nie macie blisko tam, ale spotkacie czarne korzenie gdzieś na bazarku, to bez wahania zakupcie. Pycha i zdrowe w dodatku.
PS jak kupię przy okazji następnej wizyty w gospodarstwie to zamieszczę też fotki samych korzeni, bardzo są malownicze.
czwartek, 24 lipca 2014
Kiszone pomidory
Ukochany pożerając pierwszego kiszonego pomidora nie mógł się nadziwić dlaczego wszyscy kiszą tylko ogórki, skoro pomidory są takie dobre i tak samo łatwe jak ogórki. Ja za to zastanawiałam się dlaczego, u licha, zrobiłam je dopiero teraz skoro obiły mi się o oczy już ze dwa lata temu.
Bardzo smaczne, idealne na upały, z wyraźną nutą kopru i czosnku.
Do zjedzenia same, na kanapki, do sałatki.
Przykład super szybkiej, prostej i pysznej sałatki:
Pokrojone kiszone pomidory wymieszane z posiekaną cebulką dymką, pieprzem i olejem lnianym/aromatyczną oliwą/olejem orzechowym/innym olejem jaki lubicie.
Mniam.
Potrzeba:
-5 twardych pomidorów,
-kilka gałązek kopru,
-4-5 ząbków czosnku,
-łyżeczka ziaren gorczycy, kilka ziaren pieprzu, nieduży liść laurowy, opcjonalnie (jeśli lubicie pikantne) mała suszona papryczka pepperocino lub pół łyżeczki grysu z chilli,
-sól 15-20g na 0,5l wody,
-jeśli mamy pomidory z gałązką, to ją też dodajemy
Pomidory wkładamy na krótką chwilę do garnka z wrzącą wodą i obdzieramy ze skóry. Mniejsze kroimy na połówki, większe w ćwiartki. W gorącej wodzie (może być ta, w której oparzaliśmy pomidory) rozpuszczamy sól.
Na dno wyparzonego dużego słoika wkładamy przyprawy, nacięte ząbki czosnku, pomidorową gałązkę lub dwie (i/lub 2-3 pomidorowe liście), połowę kopru.
Ciasno układamy pomidory. Przykrywamy pozostałym koprem. Zalewamy przestudzoną zalewą. Staram się czy to w ogórkach czy pomidorach tak zaklinować gałązki kopru o zwężenie u góry słoika, żeby po zalaniu zalewą nic nie wystawało, jeśli to się nie uda trzeba przycisnąć wierzch małym spodeczkiem, płaskim kamieniem, itp. Przykrywamy, ale nie ma to być szczelne przykrycie, luźno nałożoną pokrywką lub gazą.
Czekamy.
W upalne dni pomidory można jeść już po dwóch dobach, w chłodniejsze po trzech czy czterech. Dobre są wtedy jak przestaną smakować jak pomidory w słonej wodzie, a nabiorą posmaku kiszonych ogórków. Jak już będą dobre chowamy do lodówki. Nie ma sensu kisić więcej na raz, bo najsmaczniejsze są przez dwa dni, potem papkowacieją i robią się coraz mniej smaczne.
Całość roboty zajmie nam góra 15 min. (nie licząc czasu na ostygnięcie wody).
A tu pomidory już ukiszone. Jak widać na przykładzie pomidora w miseczce nie rozciapały się i zachowały kształt.
Uwagi techniczne:
*Gałązki od pomidorów, a jak mamy własne krzaczki, to i liście smakowicie podkręcają aromat, ale oczywiście nie są niezbędne.
*Nie polecam pomidorów malinowych. Z początku są bardziej aromatyczne, ale potem robią się papkowate, trudno je wyjąć ze słoika i w efekcie końcowym są mniej smaczne, niż takie tańsze, zwykłe pomidory.
*Jeśli czosnek jest młody i ma ładną, zdrową łupinę, to ząbków nie musimy obierać.
*Do kiszenia nadają się tylko letnie gruntowe pomidory, te zimowe, szklarniowe czy spod folii często psują się niejadalnie, a nie smacznie kiszą.
*Na pierwszym zdjęciu gościnnie występuje nastaw na ocet jabłkowy.
Bardzo smaczne, idealne na upały, z wyraźną nutą kopru i czosnku.
Do zjedzenia same, na kanapki, do sałatki.
Przykład super szybkiej, prostej i pysznej sałatki:
Pokrojone kiszone pomidory wymieszane z posiekaną cebulką dymką, pieprzem i olejem lnianym/aromatyczną oliwą/olejem orzechowym/innym olejem jaki lubicie.
Mniam.
Potrzeba:
-5 twardych pomidorów,
-kilka gałązek kopru,
-4-5 ząbków czosnku,
-łyżeczka ziaren gorczycy, kilka ziaren pieprzu, nieduży liść laurowy, opcjonalnie (jeśli lubicie pikantne) mała suszona papryczka pepperocino lub pół łyżeczki grysu z chilli,
-sól 15-20g na 0,5l wody,
-jeśli mamy pomidory z gałązką, to ją też dodajemy
Pomidory wkładamy na krótką chwilę do garnka z wrzącą wodą i obdzieramy ze skóry. Mniejsze kroimy na połówki, większe w ćwiartki. W gorącej wodzie (może być ta, w której oparzaliśmy pomidory) rozpuszczamy sól.
Na dno wyparzonego dużego słoika wkładamy przyprawy, nacięte ząbki czosnku, pomidorową gałązkę lub dwie (i/lub 2-3 pomidorowe liście), połowę kopru.
Ciasno układamy pomidory. Przykrywamy pozostałym koprem. Zalewamy przestudzoną zalewą. Staram się czy to w ogórkach czy pomidorach tak zaklinować gałązki kopru o zwężenie u góry słoika, żeby po zalaniu zalewą nic nie wystawało, jeśli to się nie uda trzeba przycisnąć wierzch małym spodeczkiem, płaskim kamieniem, itp. Przykrywamy, ale nie ma to być szczelne przykrycie, luźno nałożoną pokrywką lub gazą.
Czekamy.
W upalne dni pomidory można jeść już po dwóch dobach, w chłodniejsze po trzech czy czterech. Dobre są wtedy jak przestaną smakować jak pomidory w słonej wodzie, a nabiorą posmaku kiszonych ogórków. Jak już będą dobre chowamy do lodówki. Nie ma sensu kisić więcej na raz, bo najsmaczniejsze są przez dwa dni, potem papkowacieją i robią się coraz mniej smaczne.
Całość roboty zajmie nam góra 15 min. (nie licząc czasu na ostygnięcie wody).
A tu pomidory już ukiszone. Jak widać na przykładzie pomidora w miseczce nie rozciapały się i zachowały kształt.
Uwagi techniczne:
*Gałązki od pomidorów, a jak mamy własne krzaczki, to i liście smakowicie podkręcają aromat, ale oczywiście nie są niezbędne.
*Nie polecam pomidorów malinowych. Z początku są bardziej aromatyczne, ale potem robią się papkowate, trudno je wyjąć ze słoika i w efekcie końcowym są mniej smaczne, niż takie tańsze, zwykłe pomidory.
*Jeśli czosnek jest młody i ma ładną, zdrową łupinę, to ząbków nie musimy obierać.
*Do kiszenia nadają się tylko letnie gruntowe pomidory, te zimowe, szklarniowe czy spod folii często psują się niejadalnie, a nie smacznie kiszą.
*Na pierwszym zdjęciu gościnnie występuje nastaw na ocet jabłkowy.
piątek, 27 czerwca 2014
Awanturka z serka tofu. Jedna swojska, druga po japońsku.
Jeśli choć trochę znudziło się Wam zjadanie na śniadanie kanapek z żółtym serem czy szynką, to proszę, proponuję pasty kanapkowe z tofu. Mnóstwo smaku i bogactwo różnych zdrowych składników odżywczych. W dodatku są niedrogie o ile macie pod ręką jakiś autentycznie azjatycki sklep (w Warszawie znam jeden przy Hali Mirowskiej i jeden absolutnie rewelacyjny pod dachem centrum handlu barachłem, czyli na Marywilskiej 44). Kostka tofu kosztuje w takim sklepie 3,50 i przy okazji możecie też nabyć słoik rewelacyjnego marynowanego czosnku i pyszną kiszoną kapustę bok choy. Jeśli kupicie tofu w markecie lub sklepie ze zdrową żywnością cena pasty trochę wzrośnie.
Tofu jest jedną z moich kulinarnych miłości, co zwykle wywołuje zdziwienie, bo większość polskiej populacji uważa, że to coś co jedzą tylko wegetarianie oraz, że to coś paskudnego, bo bez smaku...
Tak jak u nas żółty ser czy ziemniaki, tak tofu to zupełnie zwykły składnik pożywienia w Chinach, Indiach, Tajlandii, Wietnamie, Japonii... Tam opinia, że jest tylko dla wegetarian wywołałaby mocne zdziwienie.
A że jest bez smaku? No tofu nie je się przecież w czystej postaci, to genialny produkt, o świetnej konsystencji, któremu można nadać 1000 smaków...
Na fotce kostki tofu wyłowione przez skośnooką, nie mówiącą po naszemu i bardzo ładną sprzedawczynię z czerwonej plastikowej skrzynki, gdzie pływały sobie w sojowej serwatce. Do każdej pasty użyłam pół kostki, ale kostki z "cywilizowanego" sklepu, z foliowym opakowaniem i wydrukowaną na nim datą ważości są o połowę mniejsze.
Awanturka po japońsku:
*tofu, ok. 200g,
*łyżka oleju sezamowego, jedna lub dwie łyżeczki sosu sojewego, pieprz, ewentualnie sól,
*płaska łyżeczka wakame i płat nori (jak do sushi), jeśli nie macie wakame (które zdecydowanie warto mieć), to dajemy 2-3 płaty nori,
*czubata łyżka pestek słonecznika (ja wolę nie prażone, ale możecie uprażyć, jeśli chcecie),
*czubata łyżka białego sezamu i druga czarnego (albo dwie białego, jak nie macie czarnego),
*ok. 1/2 szklanki drobno posiekanej zieleniny; obowiązkowa jest cebulka dymka i zielony ogórek (wykrajamy wodnisty środek z pestkami), a poza tym co kto lubi, pasować będzie biała rzodkiew, rzodkiewki, rzepa, kalarepka, sałata rzymska lub lodowa, zielona lub biała papryka, cukinia (tak, można ją jeść także na surowo), kawałek startej na grubych oczkach marchewki, kawałek drobno posiekanej białej części pora, itp., itd.,
*opcjonalnie (polecam!) czubata łyżka wiórków suszonego tuńczyka bonito (kolejny po wakame genialny japoński wynalazek),
*na wierzch kanapki można nałożyć trochę ikry lub strzępki wędzonego łososia
Wakame zalewamy w szklance ciepłą wodą. Widelcem wyrabiamy tofu na gładką masę z olejem, sosem sojowym i pieprzem, próbujemy, ewentualnie dosalamy. Całość powinna być trochę bardziej słona niż lubimy, bo potem domieszamy niesłone dodatki. Wakame odciskamy z wody, siekamy, nori tniemy nożyczkami na małe kawałki. Wrzucamy glony, pestki i ewentualnie wiórki bonito do tofu i mieszamy, potem mieszając po trochu dorzucamy zieleninę. Zieleniny powinno być dużo, ale bez przesady, żeby całość była pastą kanapkową, a nie sałatką. Próbujemy i ewentualnie dosalamy albo dodajemy pieprzu.
Rozsmarowujemy grubą warstwę pasty na chlebku, można na wierzch nałożyć trochę kawioru lub wędzonego łososia. Najlepiej smakuje na dobrym, ciemnym chlebie na zakwasie.
Awanturka swojska:
*ok. 200g tofu,
*łyżka oleju lnianego, orzechowego, z pestek dyni lub łyżka aromatycznej oliwy, co kto woli,
*sól, pieprz
*opcjonalnie (WARTO!) łyżeczka zmielonej, np. w młynku do kawy lub utłuczonej w moździeżu czarnuszki,
*2 łyżki pestek słonecznika albo po 1 słonecznika i dyni,
*ok. 3/4 szklanki luźno ułożonej drobno posiekanej zieleniny, co Wam fantazja i chętka podpowie, sałata, cebulka dyma, czosnek, zioła (może być natka pietruszki, koperek, bazylia, tymianek, rozmaryn, oregano...), por, kalarepka, papryka w waszym ulubionym kolorze, cukinia, ogórek, rzodkiew, rzepa, rzodkiewki, pomidory (bez mokrego środka), itp., itd.
Robi się tak samo jak awanturkę po japońsku. Najpierw wyrabiamy tofu z olejem, przyprawami i czarnuszką, potem dorzucamy pestki, mieszamy, następnie po trochu dorzucamy zieleninę, ile się da, żeby masa nie straciła konsytencji pasty kanapkowej. Tu zieleniny powinno "wejść" trochę więcej, bo do tej samej ilość tofu nie dajemy glonów.
Do tej pasty pasuje właściwie każde pieczywo na jakie mamy ochotę.
Tofu jest jedną z moich kulinarnych miłości, co zwykle wywołuje zdziwienie, bo większość polskiej populacji uważa, że to coś co jedzą tylko wegetarianie oraz, że to coś paskudnego, bo bez smaku...
Tak jak u nas żółty ser czy ziemniaki, tak tofu to zupełnie zwykły składnik pożywienia w Chinach, Indiach, Tajlandii, Wietnamie, Japonii... Tam opinia, że jest tylko dla wegetarian wywołałaby mocne zdziwienie.
A że jest bez smaku? No tofu nie je się przecież w czystej postaci, to genialny produkt, o świetnej konsystencji, któremu można nadać 1000 smaków...
Na fotce kostki tofu wyłowione przez skośnooką, nie mówiącą po naszemu i bardzo ładną sprzedawczynię z czerwonej plastikowej skrzynki, gdzie pływały sobie w sojowej serwatce. Do każdej pasty użyłam pół kostki, ale kostki z "cywilizowanego" sklepu, z foliowym opakowaniem i wydrukowaną na nim datą ważości są o połowę mniejsze.
Awanturka po japońsku:
*tofu, ok. 200g,
*łyżka oleju sezamowego, jedna lub dwie łyżeczki sosu sojewego, pieprz, ewentualnie sól,
*płaska łyżeczka wakame i płat nori (jak do sushi), jeśli nie macie wakame (które zdecydowanie warto mieć), to dajemy 2-3 płaty nori,
*czubata łyżka pestek słonecznika (ja wolę nie prażone, ale możecie uprażyć, jeśli chcecie),
*czubata łyżka białego sezamu i druga czarnego (albo dwie białego, jak nie macie czarnego),
*ok. 1/2 szklanki drobno posiekanej zieleniny; obowiązkowa jest cebulka dymka i zielony ogórek (wykrajamy wodnisty środek z pestkami), a poza tym co kto lubi, pasować będzie biała rzodkiew, rzodkiewki, rzepa, kalarepka, sałata rzymska lub lodowa, zielona lub biała papryka, cukinia (tak, można ją jeść także na surowo), kawałek startej na grubych oczkach marchewki, kawałek drobno posiekanej białej części pora, itp., itd.,
*opcjonalnie (polecam!) czubata łyżka wiórków suszonego tuńczyka bonito (kolejny po wakame genialny japoński wynalazek),
*na wierzch kanapki można nałożyć trochę ikry lub strzępki wędzonego łososia
Wakame zalewamy w szklance ciepłą wodą. Widelcem wyrabiamy tofu na gładką masę z olejem, sosem sojowym i pieprzem, próbujemy, ewentualnie dosalamy. Całość powinna być trochę bardziej słona niż lubimy, bo potem domieszamy niesłone dodatki. Wakame odciskamy z wody, siekamy, nori tniemy nożyczkami na małe kawałki. Wrzucamy glony, pestki i ewentualnie wiórki bonito do tofu i mieszamy, potem mieszając po trochu dorzucamy zieleninę. Zieleniny powinno być dużo, ale bez przesady, żeby całość była pastą kanapkową, a nie sałatką. Próbujemy i ewentualnie dosalamy albo dodajemy pieprzu.
Rozsmarowujemy grubą warstwę pasty na chlebku, można na wierzch nałożyć trochę kawioru lub wędzonego łososia. Najlepiej smakuje na dobrym, ciemnym chlebie na zakwasie.
Awanturka swojska:
*ok. 200g tofu,
*łyżka oleju lnianego, orzechowego, z pestek dyni lub łyżka aromatycznej oliwy, co kto woli,
*sól, pieprz
*opcjonalnie (WARTO!) łyżeczka zmielonej, np. w młynku do kawy lub utłuczonej w moździeżu czarnuszki,
*2 łyżki pestek słonecznika albo po 1 słonecznika i dyni,
*ok. 3/4 szklanki luźno ułożonej drobno posiekanej zieleniny, co Wam fantazja i chętka podpowie, sałata, cebulka dyma, czosnek, zioła (może być natka pietruszki, koperek, bazylia, tymianek, rozmaryn, oregano...), por, kalarepka, papryka w waszym ulubionym kolorze, cukinia, ogórek, rzodkiew, rzepa, rzodkiewki, pomidory (bez mokrego środka), itp., itd.
Robi się tak samo jak awanturkę po japońsku. Najpierw wyrabiamy tofu z olejem, przyprawami i czarnuszką, potem dorzucamy pestki, mieszamy, następnie po trochu dorzucamy zieleninę, ile się da, żeby masa nie straciła konsytencji pasty kanapkowej. Tu zieleniny powinno "wejść" trochę więcej, bo do tej samej ilość tofu nie dajemy glonów.
Do tej pasty pasuje właściwie każde pieczywo na jakie mamy ochotę.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Smażona krowa, czyli steki
Jeden z moich ulubionych sposóbów na krowie truchło (obok carbonade, tatara i cytrynowej krowy).
Prosty i przepyszny.
Potrzeba:
*kawałek wołowiny na steki (np. rostbef, a jak kto bardziej zamożny to polędwica) ok. 150g na osobę,
*sól, pieprz
*olej do smażenia
Na patelni rozgrzewamy olej, np. rzepakowy. Umyte i osuszone papierowym ręcznikiem plastry krowy prószymy świeżo mielonym pieprzem z obu stron. Mięso nie może być z lodówki, musi być w temperaturze pokojowej. Takie zimne prosto z lodówki po wrzuceniu na patelnię za bardzo wychłodzi tłuszcz. Mięso będzie trzeba smażyć dłużej, nie zrumieni się tak ładnie jak powinno i a nawet może nasiąknąć olejem.
Steki kładziemy na mocno rozgrzany tłuszcz i smażymy aż do zrumienienia (1-2 minuty), odwracamy i smażymy do zrumienienia drugą stronę mięcha. Zaraz po zdjęciu z patelni, jeszcze gorące prószymy z obu stron solą. Nie solimy wcześniej, bo mięso stwardnieje.
Powinny być brązowe, ostro przysmażone z wierzchu i różowe lub nawet krwiste w środku (wedle gustu).
Przepyszności
Podajemy z sałatą lub krótko gotowanymi, chrupkimi jarzynami (fasolka, brokuły, kalarepka, młode marechwki, itp., itd.). Frakcją skrobią mogą być ziemniaczki z wody lub w postaci puree albo świeże pieczywo, albo grzanki z masełkiem, co kto woli.
PS
Jedyne do czego musimy się przyłożyć to wybór mięsa. W Polsce nie jest tak łatwo znaleźć wołowinę nadającą się na krótko smażone steki. Nie prawdą jest ogólne przekonanie, że wołowina w polskich sklepach, to stare krowy mleczne, które już nie dają mleka, takie krowy są dostępne tylko w postaci mocno przetworzonych wędlin lub karmy dla psów czy kotów. Większość wołowiny dostępnej na bazarkach to owszem młoda wołowina, ale są to młode byczki ras mlecznych. Taka wołowina spokojnie da radę w gulaszu czy bitkach, ale nie w krótko smażonych stekach, do tego potrzeba kawałka krowiego truchła rasy mięsnej. Po prostu trzeba się rozjerzeć za mięsem droższym, ale nadającym się na mięciutkie, kruche, krwiste steki (jest na pewno w Lidlach, Biedronkach i Makro, nie to że reklamuję, po prostu wiem, że tam można takie kupić, ale to na pewno nie jedyne sklepy mające w ofercie taką wołowinę, trzeba się rozejrzeć). A że drogo? No cóż, co kto woli. Jest tyle pysznych warzyw, kasz i strączkowych na rynku, zdecydowanie smaczniej i zdrowiej zjeść rzadziej lepszej jakości mięso niż codziennie opychać się tańszymi produktami mięsopodobnymi. Mam na myśli nie tylko wędliny, ale też produkowane przemysłowo i karmione syfiastymi paszami na porost mięśni kurczaki i świnki.
Prosty i przepyszny.
Potrzeba:
*kawałek wołowiny na steki (np. rostbef, a jak kto bardziej zamożny to polędwica) ok. 150g na osobę,
*sól, pieprz
*olej do smażenia
Na patelni rozgrzewamy olej, np. rzepakowy. Umyte i osuszone papierowym ręcznikiem plastry krowy prószymy świeżo mielonym pieprzem z obu stron. Mięso nie może być z lodówki, musi być w temperaturze pokojowej. Takie zimne prosto z lodówki po wrzuceniu na patelnię za bardzo wychłodzi tłuszcz. Mięso będzie trzeba smażyć dłużej, nie zrumieni się tak ładnie jak powinno i a nawet może nasiąknąć olejem.
Steki kładziemy na mocno rozgrzany tłuszcz i smażymy aż do zrumienienia (1-2 minuty), odwracamy i smażymy do zrumienienia drugą stronę mięcha. Zaraz po zdjęciu z patelni, jeszcze gorące prószymy z obu stron solą. Nie solimy wcześniej, bo mięso stwardnieje.
Powinny być brązowe, ostro przysmażone z wierzchu i różowe lub nawet krwiste w środku (wedle gustu).
Przepyszności
Podajemy z sałatą lub krótko gotowanymi, chrupkimi jarzynami (fasolka, brokuły, kalarepka, młode marechwki, itp., itd.). Frakcją skrobią mogą być ziemniaczki z wody lub w postaci puree albo świeże pieczywo, albo grzanki z masełkiem, co kto woli.
PS
Jedyne do czego musimy się przyłożyć to wybór mięsa. W Polsce nie jest tak łatwo znaleźć wołowinę nadającą się na krótko smażone steki. Nie prawdą jest ogólne przekonanie, że wołowina w polskich sklepach, to stare krowy mleczne, które już nie dają mleka, takie krowy są dostępne tylko w postaci mocno przetworzonych wędlin lub karmy dla psów czy kotów. Większość wołowiny dostępnej na bazarkach to owszem młoda wołowina, ale są to młode byczki ras mlecznych. Taka wołowina spokojnie da radę w gulaszu czy bitkach, ale nie w krótko smażonych stekach, do tego potrzeba kawałka krowiego truchła rasy mięsnej. Po prostu trzeba się rozjerzeć za mięsem droższym, ale nadającym się na mięciutkie, kruche, krwiste steki (jest na pewno w Lidlach, Biedronkach i Makro, nie to że reklamuję, po prostu wiem, że tam można takie kupić, ale to na pewno nie jedyne sklepy mające w ofercie taką wołowinę, trzeba się rozejrzeć). A że drogo? No cóż, co kto woli. Jest tyle pysznych warzyw, kasz i strączkowych na rynku, zdecydowanie smaczniej i zdrowiej zjeść rzadziej lepszej jakości mięso niż codziennie opychać się tańszymi produktami mięsopodobnymi. Mam na myśli nie tylko wędliny, ale też produkowane przemysłowo i karmione syfiastymi paszami na porost mięśni kurczaki i świnki.
wtorek, 3 czerwca 2014
Syrop z kwiatków mniszka
C.D. tego posta, w którym nastawione zostały takie właśnie cudaki.
W tym poście syrop, później będzie o occie. Sezon na mniszkowe kwiaty już za nami, ale tak to już jest z różnymi nastawami, na efekty trzeba poczekać.
Syrop jest super :) Gęsta, słodka, lepka, aromatyczna masa z płatków, pachnąca mniszkowo-miodowo.
Robi się go tak:
Kwiatki wytrząsamy z ewentualnych mieszkańców (raczej unikamy opcji płukania ich, bo pozbędziemy się wtedy żółciutkiego pyłku).
Przygotowujemy wyparzony słoik i wrzucamy do niego oberwane z kwiatków płatki i środek z pręcikami i pyłkiem (dlatego na syrop zbieramy młodsze kwiatki zaraz po otwarciu się pączków, te starsze mają w środku waciany zaczątek przyszłego dmuchawca).
Układamy warstwę płatków (1,5-2 cm), przesypujemy brązowych cukrem, ugniatamy...
i tak aż wypełni się słoik (albo skończą kwiatki).
Wierzch polewamy 4 łyżkami spirytusu.
Przykrywamy luźno nałożoną wyparzoną pokrywką i odstawiamy na tydzień. Nasz syrop w tym czasie nabierze smaku i niestety sporo straci na objętości. Potem zakręcamy szczelnie i wkładamy do lodówki.
Syrop można przechowywać do 4 miesięcy.
U mnie słoik 300ml, chociaż teraz żałuję, że nie zrobiłam więcej, na szczęście mikstura jest bardzo aromatyczna i nie trzeba jej dużo, żeby coś smakowo "zamniszkować".
Jest to syrop z mniszka według prof. Ożarowskiego, jednak nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmieniła. Dałam brązowy cukier zamiast zwykłego i tej zmianie całość zawdzięcza wyraźną miodowo-karmelową nutę. Dałam też więcej spirytusu, który jest wyczuwalny w efekcie końcowym. Taki alkoholowy akcent bardzo mi pasuje do tej słodkiej, aromatycznej masy, ale jeśli nie lubicie czekoladek z alkoholem czy mocno nasączanych ciast, to dajcie tylko jedną łyżkę spirytusu jak w oryginalnej recepturze. Odrobina alkoholu jest potrzebna, żeby było zdrowiej, bo rozpuszczają się w nim różne zdrowe substancje z kwiatków i pyłku.
Jak już mamy syrop możemy sobie zrobić mniszkową czekoladę, a mniszkową czekoladą można przełożyć wafle. Dodatek mniszkowego syropu wyniesie na wyższy poziom smaku zwykłe bajaderki lub trufleki czekoladowe. Mam też w planach naleśniki z serem na słodko, z masą serową z dodatkiem mniszkowego syropu. Twaróg już czeka w lodówce, dam Wam znać jak wyszło.
PS (04.2015) oczywiście zapomniałam o napisaniu jak wyszły naleśniki. Smacznie bardzo wyszły, mniszek i ser biały to bardzo wdzięczne połączenie. A największym hitem zaraz po waflach z powyższego zdjęcia był sernik aromatyzowany skórką cytrynową i mniszkowym syropem
PS (11.2015) ocet też wyszedł bardzo smaczny (ale zupełnie nie spotkał się z uznaniem Połówka, który uznaje tylko ocet spirytusowy). Ale posta o occie to jeszcze chyba długo nie będzie, bo octy to temat rzeka i na razie nie czuję się dostatecznie ekspercko, żeby się o nich wymądrzać. Co nie oznacza, że nie namawiam do nastawiania.
W tym poście syrop, później będzie o occie. Sezon na mniszkowe kwiaty już za nami, ale tak to już jest z różnymi nastawami, na efekty trzeba poczekać.
Syrop jest super :) Gęsta, słodka, lepka, aromatyczna masa z płatków, pachnąca mniszkowo-miodowo.
Robi się go tak:
Kwiatki wytrząsamy z ewentualnych mieszkańców (raczej unikamy opcji płukania ich, bo pozbędziemy się wtedy żółciutkiego pyłku).
Przygotowujemy wyparzony słoik i wrzucamy do niego oberwane z kwiatków płatki i środek z pręcikami i pyłkiem (dlatego na syrop zbieramy młodsze kwiatki zaraz po otwarciu się pączków, te starsze mają w środku waciany zaczątek przyszłego dmuchawca).
Układamy warstwę płatków (1,5-2 cm), przesypujemy brązowych cukrem, ugniatamy...
i tak aż wypełni się słoik (albo skończą kwiatki).
Wierzch polewamy 4 łyżkami spirytusu.
Przykrywamy luźno nałożoną wyparzoną pokrywką i odstawiamy na tydzień. Nasz syrop w tym czasie nabierze smaku i niestety sporo straci na objętości. Potem zakręcamy szczelnie i wkładamy do lodówki.
Syrop można przechowywać do 4 miesięcy.
U mnie słoik 300ml, chociaż teraz żałuję, że nie zrobiłam więcej, na szczęście mikstura jest bardzo aromatyczna i nie trzeba jej dużo, żeby coś smakowo "zamniszkować".
Tak, tylko tyle zostało z całego słoika.
Jest to syrop z mniszka według prof. Ożarowskiego, jednak nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmieniła. Dałam brązowy cukier zamiast zwykłego i tej zmianie całość zawdzięcza wyraźną miodowo-karmelową nutę. Dałam też więcej spirytusu, który jest wyczuwalny w efekcie końcowym. Taki alkoholowy akcent bardzo mi pasuje do tej słodkiej, aromatycznej masy, ale jeśli nie lubicie czekoladek z alkoholem czy mocno nasączanych ciast, to dajcie tylko jedną łyżkę spirytusu jak w oryginalnej recepturze. Odrobina alkoholu jest potrzebna, żeby było zdrowiej, bo rozpuszczają się w nim różne zdrowe substancje z kwiatków i pyłku.
Jak już mamy syrop możemy sobie zrobić mniszkową czekoladę, a mniszkową czekoladą można przełożyć wafle. Dodatek mniszkowego syropu wyniesie na wyższy poziom smaku zwykłe bajaderki lub trufleki czekoladowe. Mam też w planach naleśniki z serem na słodko, z masą serową z dodatkiem mniszkowego syropu. Twaróg już czeka w lodówce, dam Wam znać jak wyszło.
PS (04.2015) oczywiście zapomniałam o napisaniu jak wyszły naleśniki. Smacznie bardzo wyszły, mniszek i ser biały to bardzo wdzięczne połączenie. A największym hitem zaraz po waflach z powyższego zdjęcia był sernik aromatyzowany skórką cytrynową i mniszkowym syropem
PS (11.2015) ocet też wyszedł bardzo smaczny (ale zupełnie nie spotkał się z uznaniem Połówka, który uznaje tylko ocet spirytusowy). Ale posta o occie to jeszcze chyba długo nie będzie, bo octy to temat rzeka i na razie nie czuję się dostatecznie ekspercko, żeby się o nich wymądrzać. Co nie oznacza, że nie namawiam do nastawiania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)