.

.

wtorek, 28 lutego 2012

Kurczak Mourgh, czyli kurczak z limonką, czosnkiem i jogurtem

Zaczerpnięty z bloga Kuchnia Ireny i Andrzeja, z tego przepisu. Receptura pochodzi z odległego Tadżykistanu. Jest bardzo pyszny... bardzo, bardzo.
Potrzeba:
*podwójny cyc z kurczaka, ok. 400-500g
*250ml naturalnego jogurtu
*sok z całej limonki i otarta skórka z 2/3 limonki
*dwa duże, zgniecione ząbki czosnku
*pół łyżeczki soli i świeżo mielony pieprz


Pierś kurczaka tniemy na paski. W misce mieszamy jogurt i resztę składników, i zalewamy kurczaka. Mieszamy i zostawiamy na noc, a najlepiej na 24h pod przykryciem w lodówce.


Rozgrzewam tłuszcz na patelni, widelcem nadziewam kawałki kurczaka, otrząsam z jogurtowej zalewy i wrzucam na rozgrzany tłuszcz. Potrzebny jest cały czas ostry ogień. Ptak pokrojony na małe kawałki usmaży się szybko. Ten kurczak smaży się troszkę dziwnie, bo po chwili intensywnego skwierczenia wychodzi z niego woda i jogurt, przez chwilkę impet smażenia jest przygaszony, ale nie należy się tym przejmować, zaraz woda odparuje i będzie się smażyć dalej. Powinien być przysmażony i mieć sporo rumianych miejsc. Po otrząśnięciu jogurtu z kawałków kurczaka powinno nam zostać trochę zalewy, dodajemy ją na patelnię pod koniec smażenia i mieszamy.


Jest pyszny z sałatą i brązowym ryżem albo z chlebem świeżym, albo z ziemniaczkami.
Próbować Wam każę, bo jest pysznie i prosto.
Naprawdę.
Można zanieść do pracy, zjeść odgrzane w mikrofali z kromką chleba i awokado albo jakąś sałatką oraz kubkiem kefiru.
Mięska było na dwa dni dla dwóch osób.
Mniam
Nie mam patelni grillowej jak w oryginalnym przepisie, ale latem spróbuję potraktować takiego kurczaka grillem :)

czwartek, 16 lutego 2012

Śledzie marynowane w winie z korzennymi przyprawami

Obiecany we wcześniejszym wpisie (tu) przepis na śledzie po skandynawsku. Choć tak naprawdę, to nie jest to całkiem taki przepis jak w książce Podróże kulinarne, tom: Kuchnia skandynawska. To jest przepis z tej książki trochę pomieszany z przepisem na śledzie z tej samej serii, ale z tomu Kuchnia żydowska i z moją własną inwencją. Kolejny przepis, który na stałe zagościł w mojej kuchni. Są bardzo pyszne.

Potrzeba:
*opakowanie ok. 500g śledzi matijasów (znaczy, jak to w marketach polskich śledzie a'la matijasy, takie prawdziwe to pewnie trzeba by przepłukać z soli)
*szklanka (250ml) czerwonego wytrawnego wina i trochę ponad pół szklanki octu z czerwonego wina
(albo szklanka wody i trochę mniej niż szklanka octu z czerwonego wina)
*3 liście laurowe, 4 goździki, kawałek kory cynamonu (coś w rodzaju drzazgi z 0,5 cm szerokiej i 3 cm długiej),  4 ziela angielskie, płaska łyżeczka ziaren pieprzu, szczypta chilli, jak ktoś lubi może być ułamek gwiazdki anyżu (nie dużo, jedno "ramię" gwiazdki)
*czerwona cebula albo cebula cukrowa, albo cebula czosnkowa, albo 2-3 szalotki pokrojone w cienkie plasterki
*niewielka garść rodzynek


Do garnka wlewamy ocet i wodę lub ocet i wino oraz przyprawy. Doprowadzamy do wrzenia i jak zawrze zdejmujemy z ognia. Wino i ocet są mieszanką bardziej aromatyczną i dają śledzie mniej śledziowe w smaku, woda z octem jest ostrzejsza, daje śledzie kwaśniejsze i jakby troszkę bardziej śledziowe. Obie wersje bardzo smaczne.
W płaskim naczyniu układamy połowę cebuli (szalotka jest troszkę ostrzejsza w smaku, natomiast różnica między cukrową a czerwoną cebulą jest głównie wizualna). Układamy płasko śledzie. Posypujemy resztą cebuli i rodzynkami. Zalewamy zalewą razem z przyprawami (ale wyjmujemy kawałek kory cynamonu). Można zalać zalewą gorącą lub ostudzoną. Zalane gorącą zalewą są bardziej kruche, mają trochę konsystencję gotowanej ryby, moim zdaniem są lepsze. Zalane zalewą zimną mają bardziej tradycyjną dla śledzi konsystencję, mniej kruchą, a bardziej zwartą.
Przykrywamy folią spożywczą, odstawiamy na noc do lodówki, można dłużej. Zajadamy ze świeżym chlebkiem i sałatą, można ugotować sobie do nich jajko na twardo albo zrobić jajko sadzone.
Na poniższym zdjęciu wbrew pozorom jest śledzi więcej niż jeden, reszta się po prostu ukryła pod zalewą :)
Smacznego.


PS dopisek z 18 lutego. Dziś zostały pożarte resztki śledzi. Były naprawdę pyszne, winne, korzenne i jednocześnie śledziowe... mniam :) Zdecydowanie lepsze są jak poleżą w zalewie przynajmniej 24h, a nie tylko noc.
Dopiszę też przy okazji uwagę dotyczącą proporcji. Z ukochanym lubimy kwaśne smaki, z podanych składników wychodzą śledzie mocno kwaśne. Przypuszczam, że większości z Was (tak jak mojej mamie, teściowej czy kilku znajomym) bardziej zasmakują śledzie z mniejszą niż podana ilością octu. Jeśli smakuje Wam kwaśność sklepowych rolmopsów to należy dać szklankę wina i 1/3 szklanki octu (1szkl. wody i 1/2 szkl. octu), a jak wolicie tylko delikatną kwaskowatość sklepowych koreczków, to szklankę wina i 1/4 szkl. octu. (1 szkl. wody i 1/3 szkl. octu). Reszta proporcji bez zmian. Jak raz zrobicie, to potem będzie o wiele łatwiej dobrać ilość octu pod wasz własny gust :)

niedziela, 12 lutego 2012

Pieczona szynka z gruszką, jabłkiem i żurawiną

Oryginalny przepis znajduje się w książce z serii Podróże kulinarne, tom Kuchnia Skandynawska. Książki te kiedyś były dodatkiem do Rzeczypospolitej, a teraz są czasem spotykane na  kramach z tanimi książkami w supermarketach. Bardzo fajne książeczki, 2/3 każdego tomu opowiada o kulinarnej historii i zwyczajach danego kraju, a 1/3 to przepisy. Ta część merytoryczna opowiadająca o zwyczajach i historii o dziwo napisana jest rzetelnie i z sensem, co nie jest wcale takie oczywiste w dobie publikowania głupot jakichkolwiek byle kolorowych i łatwych do sprzedaży.
Szczerze pisząc kuchnia skandynawska kojarzyła mi się z czymś nudnym i kompletnie niefantazyjnym. No bo co kulinarnie ciekawego może być, np. w szwedzkiej kuchni skoro ich narodowym i popisowym daniem są zwykłe klopsiki? Książeczka o kuchni skandynawskiej pokazała jak bardzo się mylę. Są tam świetne i często niecodzienne przepisy, głównie na śledzie i ryby, ale też na mięso, sałatki czy słodycze. Kilka z nich wypróbowałam, polubiłam i nawet powtarzam w swojej kuchni. Pierwszym skandynawskim przepisem będzie pieczona szynka. Jest naprawdę pyszna. Postaram się też w miarę szybko zrobić i opisać rewelacyjne śledzie marynowane w occie z czerwonego wina.

Potrzeba:
*1kg wieprzowej szynki
*duża cebula drobno pokrojona
*spora gruszka i jabłko pokrojone w drobną kostkę
*duża garść suszonych żurawin
*masło
*sól i pieprz

Na łyżce masła podsmażamy cebulkę. Fajny efekt kolorystyczny daje czerwona cebula, ale jeśli wolimy jedzenie w normalniejszym niż fioletowy kolorze, to tak samo smakuje zwykła.
Kawał szynki przecinamy nożem, żeby zrobić większy płat, w który można coś zawinąć. Płat lekko rozbijamy, nacieramy w środku solą i pieprzem. Rozkładamy na mięsie 1/3 cebulki, a na cebulkę suszoną żurawinę i wymieszaną gruszkę z jabłkiem. Warstwa owoców powinna być zwarta, ale nie za gruba, pojedyncza. Pozostałą cebulkę i owoce delikatnie solimy i pieprzymy, mieszamy, potem wylądują w brytfance.


Mięso zwijamy i związujemy ciasno nicią kuchenną. To jest najtrudniejsza część całej roboty. Na tym etapie możecie pozwolić sobie na irytację i niecenzuralne słowa :) Ale bądźcie dzielni, bo będzie pysznie :) Nie przejmujmy się zupełnie jak coś z nadzienia wypadnie bokiem, dodajemy to do odłożonych owoców. Roladę z wierzchu nacieramy solą i pieprzem.
Na patelni rozgrzewamy masło i obsmażamy związaną szynkę ze wszystkich stron. Szynki na zdjęciu nie obsmażyłam z jednego końca. To był błąd, bo w tym miejscu gotowa pieczeń wyglądała o wiele brzydziej i zamiast przypieczonej skórki miała taki ugotowany kawałek.
Kładziemy mięso w naczyniu, po bokach układamy wymieszane owoce i cebulkę. Podlewamy 1/2 szklanki wody.

Pieczemy w 200 stopniach ok. 1 godz i 15 min od czasu do czasu podlewając sosem spod pieczeni.
Po wyjęciu z piekarnika dajemy pieczeni chwilę, żeby odpoczęła, kroimy na plastry i podajemy z ziemniakami i z surówką (np. z kiszonej kapusty albo sałatą z winegretem). Prawie tak smaczna jak sama szynka jest owocowa ciapa spod pieczeni, którą kładziemy na ziemniaki.


Notka sprostowująca:
W oryginale, w książce, w nadzieniu są jabłko i borówki lub konfitura z borówek. Mnie jednak najbardziej smakuje wersja z takimi składnikami jak podałam w spisie, czyli suszona żurawina, jabłko i gruszka. Składniki na zdjęciach nie są takie jak składniki podane w przepisie. Zdjęcia są pierwszej pieczeni jaką robiłam, a przepis jest opracowany po czwartej próbie. Jednak efekt końcowy wygląda bardzo podobnie (oczywiście nadzienie jest jasne, a nie fioletowe przy użyciu białej cebuli). Opcja ze zdjęć, czyli z jabłkiem i świeżymi żurawinami jest o wiele za kwaśna, natomiast oryginalna wersja z borówkami jest dla mnie zbyt dżemowa w smaku.
Czas pieczenia jest podany na oko, zależy od wielkości szynki i rodzaju piekarnika. Osobiście piekę mięsa z wbitym w nie termometrem, w przypadku szynki wyłączam piekarnik na 3 stopnie przed kreską z narysowaną świnką. Przy wielkości szynki 1kg wychodzi właśnie 1 godz. 15 min (+- 5 min). Ja mam do dyspozycji piekarnik gazowy w kuchence, która ma jakieś 30 lat albo i więcej. W piekarniku z termoobiegiem pewnie upiecze się szybciej. Polecam pieczenie w woreczku do pieczenia, mięso jest wtedy bardziej soczyste, na 20 min przed końcem pieczenia warto rozciąć worek, żeby pieczeń się zrumieniła.

sobota, 28 stycznia 2012

Łazanki ze szpinakiem

Nie wszystko co gotuję, to jakieś wypaśne gulasze, gołąbki, łososie, arabskie pulpety czy inne takie. Na co dzień nie raz żywię się czymś szybkim i prostym, często bezmięsnym. Jak dzisiejsze łazanki, które robi się w 15 minut (i naprawdę jadłam je dzisiaj na obiad, tym razem nie jest to fotka czegoś co gotowałam miesiąc temu, zrobiłam zdjęcie i dopiero dziś opisuję :) Są bardzo, bardzo smaczne. Można do nich użyć mrożonego szpinaku, ale ma być taki grubo cięty, mrożony w dużych kawałkach, a nie w postaci papki. Ja miałam świeży. Obecność świeżego szpinaku na moim bazarku o tej porze roku trochę mnie zaskakuje. Pewnie jest szklarniowy, ale co ciekawe jego cena w porównaniu z latem wcale nie jest dużo wyższa.


Potrzeba:
*30-40 dag świeżego szpinaku albo ze 2-3 kostki mrożonego
*mała cebula, dwa spore ząbki czosnku
*makaron łazanki na 2 osoby
*sól i pieprz, tymianek do smaku i 1/2 łyżeczki startej skórki z cytryny
*czubata łyżka masła
*aromatyczny żółty ser, np. parmezan lub cheddar

W garnku zagotowujemy osoloną wodę, do której dodajemy łyżkę oliwy, jak się woda zagotuje wrzucamy łazanki. Kiedy łazanki się robią kroimy grubo szpinak, kroimy cebulę w cienkie plasterki, siekamy drobno czosnek. Na patelni rozgrzewamy masło, wrzucamy cebulę i czosnek, przesmażamy do miękkości. Dodajemy szpinak i przyprawy, krótko przesmażamy (potrzeba mu będzie raptem z 1,5 minuty). W między czasie odcedzamy łazanki jak będą już ugotowane. Łazanki dorzucamy na patelnię, mieszamy dokładnie i można zajadać.
Do podania należy posypać startym, aromatycznym serem, np. parmezanem, pecorino lub cheddarem. U mnie chwilowo brak takiego w lodówce, więc nie posypałam, zjadłam za to z oscypkiem. Też było smacznie, ale oscypek podczas jedzenia powoduje takie jakby skrzypiące odczucie na zębach i szpinak też tak ma. W połączeniu oscypkowo-szpinakowym trochę jest za dużo tego ściągającego, garbnikowego uczucia w ustach (po zjedzeniu miałam wrażenie, że właśnie płukałam usta szałwią). Takie łazanki na pewno zjem jeszcze nie raz, ale jednak ze startym żółtym serem w zestawie.

Jeśli mamy kostki mrożonego szpinaku, to można je dołożyć na patelnię zamrożone, trzeba je tylko cały czas mieszać (wtedy szybko rozmrożą się na patelni) i troszkę dłużej pogotować. 

piątek, 27 stycznia 2012

Gulasz szekely, czyli gulasz z Transylwanii, którym być może objadał się Dracula

Jest przepyszny. Tak, wiem, że piszę tak właściwie przy każdym przepisie, ale to tylko dlatego, że na blogu lądują tylko te, które najbardziej lubię. A ten jest pyszny : ) Podobny do węgierskiego gulaszu segedyńskiego, ale jak dla mnie smaczniejszy. Różnica w wyglądzie niewielka, ale w smaku znacząca (obecność zielonej papryki, świeżych pomidorów i kaparów, rzadki w moich przepisach brak czosnku). Czy to nie podejrzane, że gulasz rodem z Transylwanii nie zawiera w recepturze czosnku?
Jeden z niewielkiego i elitarnego grona przepisów, które na stałe weszły do mojej kuchni i są w miarę regularnie powtarzane.
Posiada entuzjastyczną rekomendację ukochanego.
Zaczerpnięty z bloga W kuchni Usagi i prawie nie zmieniony (wszedł do kanonu mojej kuchni, więc naturalnie ewoluował, zmieniając troszkę proporcje i kroki wykonania, ale jak na mnie, to zmiany są naprawdę niewielkie).
Jeśli chodzi o kapustę, to z ukochanym lubimy kwaśniejsze smaki. Nie tylko nie płuczę kapusty, ale wybieram na bazarku taką kwaśniejszą i do gulaszu dodaję też cały sok spod kapusty. Jak ktoś lubi taką mniej kwaśną wersję, to kapustę na sicie przepłukać należy zimną wodą.

Potrzeba:
*500- 700g mieszanego mięsa, u mnie jest pół na pól wołowina z wieprzową szynką (jestem pewna, że byłby wspaniały z szynką i baraniną, ale nie chce mi się jeździć na drugi koniec Warszawy po owcę), ewentualnie, jeśli ktoś tak lubi, to może być indyk (ale myślę, że drób mniej pasuje do zdecydowanego smaku kiszonej kapusty)
*kiszona kapusta (w gramach tyle samo co mamy mięsa)
*dwie średnie cebule, dwie duże zielone papryki, 5 dużych pomidorów bez skórki (ewentualnie pomidory z puszki, ale ze świeżymi jest o wiele lepsze)
*niepełna łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu, 3 liście laurowe, łyżka słodkiej papryki, niepełna łyżeczka mielonego kminku, szczypta płatków chilli, sól do smaku
*dwie czubate łyżki kaparów
*masło i trochę oleju do smażenia
*ewentualnie 300 ml kwaśnej śmietany


Na patelni rozgrzać olej i na dużym ogniu porządnie obsmażyć mięso. W garnku z grubym dnem rozgrzać kawał masła i zeszklić cebulę. Potem dodać pokrojone w grubą kostkę papryki i przesmażyć. Dodajemy do garnka mięso z patelni, a na patelnię wlewamy pół szklanki gorącej wody, mieszamy z pozostałymi na patelni przysmażelinami z mięsa i dodajemy do garnka (chodzi o to, żeby jak najwięcej smaku ze smażenia znalazło się w gulaszu). Dodajemy przyprawy (poza solą)  i dusimy całość ok. 30 min. Dodajemy kapustę i pokrojone w sporą kostkę pomidory. Dusimy na małym ogniu pod przykryciem przez godzinę, z tym, że po pół godzinie dodajemy kapary i dosalamy do smaku.
Według oryginalnego przepisu pod koniec, tuż przez podaniem należy wmieszać do gulaszu śmietanę. Nigdy tego nie zrobiłam, bo ukochany nie cierpi śmietany i mleka, a zabielenie gulaszu czy zupy miałoby ten skutek, że musiałabym, zjeść je sama : ) Bez śmietany już jest rewelacyjny, ja jednak jestem fanem kefirów, śmietany czy zsiadłego mleka. Czasem do tego gulaszu kładę sobie na talerz łychę gęstej, kwaśnej śmietany i wtedy to już w ogóle rządzi.

Gulasz z fotki jest ułomny, zawiera w sobie koncentrat pomidorowy zamiast pomidorów (co ujemnie wpłynęło na smak). Akurat nie miałam pomidorów, ani gdzie ich kupić, bo został zrobiony w ostatniej chwili, żeby było coś sycącego i rozgrzewającego na grudniowy wyjazd na działkę w celu drwalowania (ścięcia całkiem sporych, ok. 15-18m świerków, które przestały nas cieszyć, a zaczęły zawadzać i dawać o wiele za dużo cienia). Był smakowity bardzo, bo to wspaniały przepis, ale zdecydowanie lepszy jest z normalnymi pomidorami, a nie koncentratem. Ma też wtedy fajniejszy kolor, nie taki ceglasty. Na fotce z kawałkiem całkiem niezłej bułki, ale najlepszy jest ze świeżo ugotowanymi ziemniakami, takimi w całości, a nie tłuczonymi.

PS z dn. 30 czerwca 2012
Jeśli chodzi o fotki, to trochę po macoszemu potraktowałam ten przepis, a przecież jest jednym z moich ulubionych. Dlatego po pół roku dodam bardziej cywilizowane zdjęcie. Mój wczorajszy obiadek, ze szklaneczką zimnego kefiru obok.

środa, 25 stycznia 2012

Risotto z porem i ziemniakami

To moje drugie w życiu kulinarnym spotkanie z risotto. Znalezione na blogu Kwestia Smaku. Potrawa pyszna, kremowa, o wspaniałej konsystencji. Mniam. Pierwsze risotto było dyniowe (tu). To dzisiejsze, to raptem kilka prostych składników, ale razem dają wyrafinowany, smakowity efekt. Ukochany był zachwycony. Jak to zwykle u mnie bywa trochę zmieniłam przepis. Zamiast zwykłej oliwy jest oliwa, w której macerowały się kiszone cytryny (ta oliwa wspaniale pasuje i super podkręca smak, kolejny raz polecam zrobić kiszone cytryny choćby dla boskiej cytrynowej oliwy). Poza tym zmieniłam trochę proporcje płynów, jest więcej wina, a mniej bulionu.

Potrzeba:
*4 łyżki masła
*duża, grubo pokrojona cebula (pokroiłam grubiej, bo tak lubię bardziej, ale oczywiście możecie posiekać drobno jeśli tak wolicie)
*ok. 30 cm pora pokrojonego na talarki
*dwie łyżki oliwy z kiszenia cytryn (albo łyżka zwykłej, dobrej oliwy)
*trzy nieduże ziemniaki pokrojone w niewielką kostkę (max 0,5 cm)
*sól, niepełna łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu, łyżeczka suszonego tymianku i niepełna łyżeczka suszonego estragonu, szczypta płatków chilli
*200g ryżu do risotto ( koniecznie takiego)
*1 i 1/2 szklanki białego wytrawnego wina
*ok. 2 szklanki warzywnego bulionu (ja dałam rozpuszczoną w dwóch szklankach wody kostkę knorra z oliwą i ziołami do gotowania ryżu i makaronów. Ta kostka nie udaje, że da się z niej zrobić domową zupę, jest do dodania do wody do gotowania ryżu i makaronów, bardzo fajnie doprawiona, lubię ją i polecam)
*świeżo starty pecorino (lub parmezan)


Na porządnej patelni z grubym dnem rozgrzewamy 3 łyżki masła, wrzucamy cebulę, przesmażamy. Dodajemy  oliwę, podgrzewamy, dodajemy pora pokrojonego w plasterki i chwilę przesmażamy. Dodajemy ziemniaki, przesmażamy chwilkę, dodajemy przyprawy i przesmażamy całość ok. 5 min. Warzywa odgarniamy na brzegi patelni, na środek dajemy łyżkę masła, roztapiamy, wsypujemy ryż, przesmażamy chwilę, mieszamy z masłem i jeszcze przesmażamy. Ryż powinien zrobić się lekko szklisty zanim zaczniemy dodawać do niego płyn. Mieszamy całą zawartość patelni, dolewamy wino, mieszamy. Jak ryż wchłonie wino dolewamy szklankę bulionu (gorącego), mieszamy. Po podgotowaniu próbujemy sos, ewentualnie doprawiamy solą (pamiętamy o wzięciu poprawki na ewentualną słoność bulionu). Jak potrawa wchłonie płyn, dodajemy resztę bulionu, mieszamy. Jeśli bulionu jest za mało można potem dodać trochę wody. Gotujemy risotto, aż ryż i ziemniaki będą miękkie (ryż ma być w środku twardawy i nie wolno go rozgotować na ciapę). Warzywa i ryż powinny być miękkie i otoczone kremowym sosem.
Gasimy gaz, przykrywamy pokrywką i zostawiamy na 3-4 min żeby odpoczęło. Nakładamy na talerze i posypujemy porządną warstwą startego pecorino.
Na fotce obiad w kubku może nie wygląda imponująco, ale to bardzo duży kubek i wbrew pozorom całkiem spora obiadowa porcja. Z tych proporcji wyszło danie dla trzech osób (lub dwóch mocno głodnych). Startego sera nie ma, bo akurat nie miałam w lodówce. Było przepysznie, ale z doświadczenia kulinarnego wiem, że z pecorino byłoby jeszcze smaczniej.


Przygotowanie risotto wymaga poświęcenia mu sporo uwagi, trzeba mieszać i cały czas mieć go na oku. Efekt jest jednak wspaniały, a poza tym to danie na szybko, na przygotowanie całego obiadu razem z krojeniem potrzeba raptem z pół godziny.

wtorek, 24 stycznia 2012

I znów o króliczych smutkach, czyli ropień szczęki znów w akcji

Niestety poprzednia seria zastrzyków (tu) pomogła raptem na trzy miesiące. Ropa kilka dni temu znów pojawiła się w oku. Apetyt też mocno spadł. Od przedwczoraj zaczęliśmy kolejną serię zastrzyków z antybiotykiem, tym razem dłuższą. Mam nadzieję, że nędzny ropień zostanie przytemperowany na o wiele dłużej. Nędzny ropień widoczny jest na zdjęciu RTG poniżej. Ponoć jest to zaciemnienie widoczne nad i pomiędzy 2 i 3 zębem (a powinny być między nimi białe pasemka). Porównując fotkę zdrowej strony wydaje mi się, że i ja widzę tego ropnia wśród szarych plam zdjęcia, ale pewna nie jestem.


A zdrowa strona wygląda tak:


Gościnnie na zdjęciu występuje też moja dłoń.
U psów, kotów czy ludzi taki ropień leczy się antybiotykiem, który te bakterie skutecznie wybija. Niestety oprócz bakterii ten antybiotyk zabija też króliki. U uszaków można stosować inny, który niestety całkiem kości z ropnia nie oczyści. W operacje dentystyczne na razie się nie bawimy. Trzeba by zwierzowi usunąć dwa lub trzy zęby z góry i ich odpowiedniki z dołu i wcale nie ma gwarancji, że to pomoże na dłużej. Dlatego na razie popróbuję jeszcze z zastrzykami. Zobaczymy co będzie.

A na koniec fotka Ziomka z normalnej perspektywy, nie ma kości, za to jest zwierz z futerkiem na wierzchu : ) Puchaty potwór w wieku bardzo młodym i w poprzednim mieszkaniu.


Trzymajcie kciuki za zwierza i za skuteczność zastrzyków. A jak czasem będziecie łykać jakiś alkohol ze znajomymi i będziecie przypadkiem pamiętać, to poświęćcie proszę z jeden toast za zdrówko królika. Kto wie, a nóż pomoże?

środa, 18 stycznia 2012

Gołąbki 2, tym razem z ziemniakami w środku

Gołąbki z wpisu, który pojawił się kilka dni temu (tu) tak naprawdę powstały z półtora miesiąca temu. Opublikowałam wreszcie wpis z ich udziałem ponieważ z piekarnika pachniały mi inne gołąbki. Tym razem eksperymentalne, bo z ziemniaczanym nadzieniem. Miałam zamiar zrobić gołąbki z kaszą gryczaną, ale jakoś tak w trakcie robienia zmieniłam zdanie i postanowiłam pofantazjować. Wyszły naprawdę smakowicie. Gołąbki te są już zjedzone, a ja zapomniałam zrobić im zdjęcia, więc to będzie pierwszy wpis bez fotki potrawy. Z wierzchu wyglądały jak najzwyklejsze gołąbki, a przecież każdy wie jak one wyglądają. Bardzo fajna alternatywa dla klasycznych mięsnych gołąbków. Zamiast zdjęć potrawy dostaniecie tym razem fotki z letniej wyprawy do ogrodu botanicznego w Powsinie (o wyprawie jesiennej już kiedyś wspominałam tu). A czemu akurat te? A bo tak.

Potrzeba:
*ok. 1,5 kg główkę włoskiej kapusty (do mięsnych wolę białą, do ziemniaczanych bardziej pasuje mi włoska, wybrać powinniście tą, która smakuje wam bardziej)
*ok. 0,5 kg ziemniaków
*2 jajka
*tarta bułka
*3 duże cebule, 6 ząbków czosnku, ok. 10cm kawałek pora
*sól, pieprz, 0,5-1 łyżeczka płatków chilli, 4-5 łyżek drobno posiekanych suszonych pomidorów, łyżka majeranku, 2 łyżki maggi
*drobno pokrojony, podsmażony boczek albo wytopione ze słoniny skwarki (fajnie podkręcają smak, ale spokojnie do pominięcia bez szkody dla potrawy)
*3/4 szklanki brązowej soczewicy
*dwie garście grubo pokrojonych włoskich orzechów
*na sos: krojone pomidory z puszki (albo świeże, bez skórki latem), koncentrat pomidorowy (ok. 150g), trochę oliwy, warzywna kostka rosołowa, 2 zgniecione ząbki czosnku, troszkę soli, pieprz, woda


W dużym garze zagotowujemy osoloną wodę, zmniejszamy gaz, ale nie wyłączamy. Z kapusty obieramy wierzchnie liście (i zostawiamy je), wykrawamy głąb, w miejsce po głąbie wbijamy widelec i wkładamy kapustę do gara. Obgotowujemy kolejno wybierając oddzielające się od główki liście.
Ziemniaki trzemy jak na placki ziemniaczane, dodajemy jajka, przyprawy, orzechy, opcjonalny boczek, połowę ze zgniecionych ząbków czosnku. Soczewicę zalewamy osolonym wrzątkiem i zostawiamy na ok. 5 min. po czym odcedzamy i dodajemy do nadzienia. Grubo pokrojoną cebulę (to ważne, grubo pokrojona daje przyjemniejszą konsystencję nadzienia, niż drobno posiekana) szklimy na maśle i dodajemy do ziemniaków. Na tej samej patelni co cebulę delikatnie przesmażamy plasterki pora i dodajemy do nadzienia. Też na maśle przesmażamy chwilę drugą połowę zgniecionego czosnku i też dodajemy do nadzienia. Wszystko dokładnie mieszamy i partiami dosypujemy do całości tartą bułkę, cały czas mieszając, aż do uzyskania gęstego nadzienia, którym da się nadziać gołąbki. W dużym naczyniu nadającym się do piekarnika układamy warstwę z wierzchnich liści kapusty. Zawijamy gołąbki (technika podobna jak w przypadku sajgonek tu) i ciasno układamy w naczyniu. Do miski kładziemy jedną lub dwie kostki rosołowe, polewamy łyżką oliwy i rozgniatamy widelcem na papkę. Dodajemy słoiczek koncentratu pomidorowego i mieszamy na gładką masę, dodajemy resztę składników sosu (poza wodą) i mieszamy. Uzupełniamy wodą (i mieszamy oczywiście) do takiej objętości, żeby sosem dało się zalać gołąbki tak, by wystawały tylko troszkę ponad sos. Myślę, że dobrze będą też smakować uduszone w warzywnym wywarze i podane z sosem grzybowym.
Wkładamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na 1,5 godziny, a potem zajadamy z sałatką. Jak ktoś koniecznie musi mieć mięso do obiadu, to może być do nich schabowy albo jakaś pieczeń, albo wysmażone na chrupko plasterki boczku.


Czasem gdzieś po internecie krążą wzmianki o kapuście kiszonej w całych główkach. Nigdy takiej nie spotkałam, ale jestem pewna, że była by idealna do ziemniaczanych gołąbków. To na pewno jest pyszne połączenie. A może ktoś wie gdzie taką kiszoną główkę kapusty zdobyć? 

niedziela, 15 stycznia 2012

Kwiatki z królikiem w tle

Kupiłam kiedyś mocno zmarniałą orchideę na przecenie za 3zł. Nie tylko udało mi się kwiatka odratować, ale odwdzięczył się drugim już zakwitnięciem. Niby nie ma się czym chwalić, bo to jakaś malutka odmiana storczyka, kwiatki mają może z 1,5 cm średnicy. Z bliska jednak wygląda ślicznie, ma śmieszny pokrój (inny niż te klasyczne sklepowe storczyki), no i w ogóle taka mała rzecz, co poprawia mi humor na tym ponurym świecie : )


Różowość tła całkiem przypadkowa, to zasługa światełek na choince, której nie mam serca rozebrać, a przydałoby się bo trochę zawadza. Może niedługo zacznie się sypać, to decyzja będzie łatwiejsza ; )

A skoro już mowa o choince i światełkach. To już trzecie święta kiedy świecące się lampki na choince wymagają pewnych kombinacji. Oczywiście wszystko przez puchatego potwora i jego ostre zębiska, z którymi kable elektryczne nie mają szans. W tym roku plan na uniknięcie pieczonego królika jest taki:


Przy gniazdku do wysokości dostępnej dla królika zostały umieszczone fortyfikacje ze szmatki i taśmy klejącej. Dają one domownikom czas, żeby nakrzyczeć na potwora zanim zatopi zęby w cienkim kablu i zostanie usmażony przez prąd.

A teraz wracam do tematu kwiatków. Jeszcze trzy dni temu, zanim w Warszawie pojawił się mrozek i trochę śniegu znalazłam w balkonowej skrzynce taką niespodziankę. Ot, taki drobny wybryk natury zimową porą.


Latem na balkonie zawsze jest minimum jedna skrzynka z bratkami, bo Ziomek bardzo te kwiatki lubi. Nie tylko bratki zresztą, stokrotkami, żółtymi mniszkami, kwiatami lipy, chabrami uszak też nie gardzi, a największym przysmakiem są płatki malwy, dzikiej róży, słonecznika i nasturcji. Zimą jeśli pani w trakcie wizyty w zoologicznym ma akurat dobry humor to kupuje królikowi w prezencie mieszankę suszonych płatków kwiatów. To tylko namiastka świeżych kwiatów, ale tymi suszonymi będzie się musiało zwierze zadowolić aż do wiosny. A na koniec fotka ostatnich sekund kwiatka, po uważnym wpatrzeniu się widać brzeg płatka jeszcze wystający z pyszczka : )


W tym roku postaram się wyhodować na balkonie nasturcje, bo w wakacje próbowałam tych kwiatów. Nie tylko ładnie wyglądają, ale są naprawdę smaczne do sałatek. W smaku są trochę podobne do kiełków rzodkiewki z nutą włoskich orzechów. No i spróbuję w tym roku zrobić choć słoiczek konfitur z płatków róży, i syrop z kwiatów czarnego bzu, no i może syrop fiołkowy.

piątek, 13 stycznia 2012

Klasyczne gołąbki

Najpierw trochę mojego blablania, mam nadzieję, że będzie mieli ochotę przeczytać. Jeśli nie, to możecie od razu przejść do przepisu na gołąbki.

Zanim jakieś półtora roku temu wprowadziłam się na Targówek "moim" bazarkiem był bazar na Szembeka. Teraz już tam nie bywam, bo to daleko, ale jest jedno stoisko za którym tęsknię. Jest tam wesoła mięsna budka, w której ongiś bywałam.  Mięso sprzedają tam na zmianę ze dwie młodsze panie i ze trzy panie po czterdziestce, a za ladą i paniami jest zasłonka, a za zasłonką zakrwawione zaplecze gdzie jest wesoły pan z dużym, ostrym tasakiem i nożem trybownikiem (tych panów to jest kilku, ale każdy z nich wygląda właściwie tak samo). Do tej budki przyjeżdżają świeżutkie, niedawno zabite zwierzęta w półtuszach. Panowie z tasakami czasem zapominają o zasunięciu zasłonki, co wprawia w pewną konsternację tych klientów, którzy usiłują zapomnieć, że kotlety na naszych talerzach, to nie rosną na drzewach, ale są zrobione ze zwierząt, które kiedyś były żywe. Panowie z zaplecza i panie sprzedawczynie mają trochę dziwne poczucie humoru. Potrafią przerzucać się celnymi i trochę makabrycznymi "żartobliwymi" uwagami, szczególnie kiedy jakaś bardziej wrażliwa pani kupująca mięsko na schabowe jęknie na widok scenerii za akurat odsuniętą zasłonką. W tej budce można kupić albo zgrabny kawałek mięsa z lady albo opisać jaki kawałek, by się chciało i pan z nożem i tasakiem wycina z półtuszy dokładnie to, co chciałoby się kupić. W powszedniej ofercie są nie tylko świnie i krowy, ale także cielaki oraz baranina i jagnięcina.
Teraz moim bazarkiem jest bazarek na Trockiej i niestety nie ma tu takiej opcji. Ludzie tutaj kupują tylko klasyczne kawałki wieprzowiny, wołowina jest raptem w dwóch budkach, a o owcach mogę tylko pomarzyć.  Jest tu jednak mięsna budka, która osładza mi trochę brak tej wyżej opisanej szmbekowej. Mięso jest zawsze świeże, świnie przyjeżdżają w półtuszach, krowy w kawałkach, a czasem zdarzy się nawet kawałek cielęciny. Sprzedawcami są starsza pani i starszy pan, małżonkowie ze sporym stażem, którzy mimo upływu lat odnoszą się do siebie z dużym szacunkiem i sympatią, to nie tylko długoletni mąż i żona, ale także nadal przyjaciele. Tylko pozazdrościć. Pan sprzedawca chyba kiedyś nie był dostatecznie uważny przy pracy z tasakiem, bo u lewej ręki nie ma trzech palców. Budka ta ma jeden plus, coś czego brakuje szembekowej. To maszynka do mielenia mięsa. Można wybrać sobie ładny kawałek mięsa w całości i poprosić o jego zmielenie. Takie mięso mielone jest bez porównania lepsze od tego kupionego od razu jako mielone. I na kotlety, i na gołąbki.

No i w końcu przechodzimy do właściwego tematu gołąbkowego. Przepis to kompilacja przepisu mojego taty oraz pań z bazarku na Trockiej (tej z budki mięsnej i tej, która sprzedawała kapustę : )
Potrzeba (na prawie wypełniony garnek 5 litrowy, to naprawdę dużo gołąbków, część zamroziłam, żeby było co jeść jak nie będzie mi się chciało nic gotować, ani iść do sklepu):
*duża, biała kapusta (ja wolę zwykłą, białą, ale może być włoska, jeśli tak wolicie)
*350g mielonej wieprzowiny i 350g mielonej wołowiny
*dwie duże cebule, posiekane
*4-5 ząbków czosnku, zgniecione
*2 jajka
* niepełna szklanka kaszy gryczanej (u mnie niepalona)
*sól, pieprz, łyżka majeranku, chlust maggi, pół ćwiartki kiszonej cytryny drobniutko posiekanej (opcjonalnie, ale naprawdę warto) 
* na sos do duszenia: koncentrat pomidorowy, trochę oliwy i kostka rosołowa, woda, sól, pieprz, zgnieciony ząbek czosnku, oregano


W dużym garze zagotowujemy osoloną wodę, zmniejszamy gaz, ale nie wyłączamy. Z kapusty obieramy wierzchnie liście (i zostawiamy je), wykrawamy głąb, w miejsce po głąbie wbijamy widelec i wkładamy kapustę do gara. Obgotowujemy kolejno wybierając oddzielające się od główki liście. Ostrym nożem skrawamy z wierzchu wystającą część głównego nerwu każdego liścia. Kaszę zaparzamy zalewając wrzątkiem, zostawiamy na chwilę i odcedzamy. W misce mieszamy mięso, maggi, czosnek, podsmażoną na maśle cebulę, cytrynę (z kiszoną cytryną trzeba bardzo uważać, żeby nie przesadzić, bo całość będzie smakowała głównie cytryną), jajka, sól, pieprz, kaszę, majeranek. Kiszona cytryna do tradycyjnych gołąbków niezbędna nie jest, ale bardzo pasuje, pozytywnie podkręca smak, więc polecam. Nadziewamy liście farszem. Ja zawijam gołąbki tak jak papier ryżowy na sajgonki tylko trochę bardziej rozsmarowuję nadzienie po liściu (tu). Garnek z grubym dnem wykładamy wierzchnimi liśćmi kapusty, układamy ciasno gołąbki. Do miski kładziemy 1 lub 2 kostki rosołowe, polewamy łyżką oliwy i rozgniatamy widelcem, dodajemy resztę składników sosu i dokładnie mieszamy. Wody dajemy tyle, żeby mieć dość sosu do zalania gołąbków (powinny prawie nie wystawać znad sosu). Przykrywamy jeszcze wierzchnimi liśćmi kapusty. Dusimy na małym ogniu ok. 1,5 godziny.


Do podania zrobiłam jeszcze dodatkowo esencjonalny pomidorowy sos (na patelni rozgrzewamy masło, podsmażamy zgnieciony czosnek, dodajemy koncentrat pomidorowy lub w delikatniejszej wersji posiekane pomidory z puszki, solimy troszkę, pieprzymy, przesmażamy, polewamy gołąbki). Na zdjęciu samotny gołąbek na kolację, ale na obiad będzie świetny z ziemniakami i surówką.

Smacznego