.

.

środa, 28 grudnia 2011

Duszona modra kapusta

Miałam taki plan, że przed świętami na blogu pojawi się kilka przepisów na świąteczne przysmaki. Niestety się nie pojawiło, bo jestem człowiekiem pracującym w centrum handlowym. W pracy musiałam zmierzyć się z przedświątecznym szałem zakupowym (oj, łatwo nie było : ) no i nie miałam czasu na blogowanie. Ale teraz mam czas i pojawi się kilka bożonarodzeniowych przepisów. Może przydadzą się na przyszłe święta.

Duszona czerwona kapustka to jedna z tych kilku potraw, która na stale zagościła w mojej kuchni (od święta i w dni powszednie także). Tradycyjny smak kuchni polskiej, który pasuje do pieczonych mięs i drobiu albo wołowego gulaszu na czerwonym winie, albo po prostu do pajdy świeżego chleba z masłem. Smacznie się dogada także ze schabowymi (przepis na schabowe ). Zastanawiam się czemu nazywana jest modrą. Przecież modry to intensywny niebieski, a kapusta jest czerwono-fioletowa (fachowo taki kolor to się chyba nazywa purpurowym). 

   
Potrzeba:
*grubo poszatkowana czerwona kapusta
*grubo pokrojona cebula
*rodzynki (ew. i/lub pokrojone suszone śliwki)
*masło
*sól, pieprz, ocet z czerwonego wina, brązowy cukier, mielony cynamon, mielone goździki, trochę chilli
*opcjonalnie sok i starta skórka z pomarańczy (jeśli nie dajemy śliwek)

W garnku z grubym dnem rozgrzewamy masło i szklimy cebulę, potem dodajemy część kapusty i przesmażamy. Dorzucamy resztę kapusty i mieszamy. Dolewamy trochę wody (powinna przykryć dno garnka, ma to zapobiec przypaleniu zanim kapusta puści sok), dodajemy rodzynki i przyprawy, mieszamy. Dusimy na niewielkim ogniu, czasem mieszając, pod przykryciem do miękkości (ok.40-50min). Po ok. 30 min gotowania próbujemy i ewentualnie doprawiamy (ja zwykle na tym etapie dolewam jeszcze octu, daję odrobinę chilli, oraz więcej soli).
Sok i skórkę z pomarańczy dodajemy pod koniec, po około 30 min gotowania. Te pomarańcze to pomysł podpatrzony u teściowej, smakowicie podkręcają smak : ) Jeśli robimy wariant ze śliwkami, to już nie dajemy pomarańczy, to dwa zbyt mocne smaki na jedną duszoną kapustę.

Smacznego.

Proporcje, jak zawsze orientacyjnie, lepiej przypraw dać za mało, potem popróbować i doprawić podczas gotowania. 2kg kapusty, dwie spore cebule, 4 łyżki octu, łyżka cukru, niepełna łyżka soli, niepełna łyżeczka pieprzu, pół łyżeczki mielonych goździków (albo ok. 5-6 całych, ja nie lubię całych, bo zwykle je potem rozgryzam : ), płaska łyżeczka mielonego cynamonu, dwie spore garście rodzynek (lub śliwek, lub pół na pół  obu), chilli to już wedle smaku (ja daję tak z pół łyżeczki), sok z dwóch pomarańczy i ze dwie łyżeczki startej skórki (tu ostrożnie, lepiej dać mniej, niż mieć zbyt pomarańczową kapustę). Z 2 kg wychodzi spory gar kapusty, taki świąteczny. Spokojnie można składniki zmniejszyć o połowę.

sobota, 24 grudnia 2011

Wpis gwiazdkowy

Wszelakiego najlepisiejszego świątecznego wszystkim,
Mikołaja  hojnego, śniegu bielutkiego,
choinki pięknej i wiele radości,
żeby karp smaczny był i miał mało ości,
a poza tym zdrowia, szczęścia i pomyślności

życzą królik Ziomek, ja i Ukochany

a świątecznym karpiom życzę szybkiej i jak najmniej bolesnej śmierci, bez całych godzin pływania w stanie poobijanym i poranionym w plastikowych skrzynkach, w których jest o wiele więcej karpiowych ciał niż wody i żeby każdy z tradycyjnych ciosów w karpiową głowę był skuteczny, żeby nie trzeba było długo dogorywać w owiniętej wokół ciała foliowej reklamówce... pomyślcie proszę o tym, wy wszyscy...


A na fotce: moje śmieszne, puchate szczęście tuż przed gwiazdką dwa lata temu. Miał wtedy potwór puchaty niecałe pół roku i był maleńkim, niezdarnym jeszcze i nieśmiałym dzieciaczkiem, a nie takim pewnym siebie, dorosłym, króliczym facetem-łobuzem : )  Ależ ten czas leci...

I żeby mi tu nikomu do głowy nie przyszło kupować żywej istoty komuś na prezent! Boże broń! NIGDY! 

Wesołych Świąt : )

niedziela, 18 grudnia 2011

Sajgonki

W poprzednim wpisie było, że sajgonki będą "jutro", ale coś mi czasu zbrakło i są dopiero teraz. No ale lepiej późno niż wcale, nie? Sajgonki to niezłe pole do popisu dla wyobraźni, bo nadzień jest do wyboru bez liku. Pierwsze sajgonki na blogu to akurat będzie klasyka. Są naprawdę pyszne, były na obiad trzy dni pod rząd i nikt nie narzekał tylko zajadał : )

Potrzeba:
*mielona wieprzowina
*marchew, biała część pora, cebula, czosnek, seler, dymka, natka
*curry, przyprawa 5 smaków, sól, pieprz, mielona czerwona papryka (słodka i troszkę ostrej), sos sojowy, mielony cynamon, mielone goździki
*ugotowany japoński makaron udon (ma wyraźny smak i bardzo mi pasował w sajgonkach, ale oczywiście zwykle jest w środku makaron sojowy)

Mięso mieszamy z przyprawami i zgniecionymi ząbkami czosnku. Na patelni szklimy na maśle cebulkę, potem dodajemy por i drobno pokrojony seler, przesmażamy. Dodajemy olej, podgrzewamy, wrzucamy mięso. Smażymy mieszając, aż nadzienie się ugotuje. Jeśli potrzeba dosalamy albo dodajemy więcej pieprzu. Po zgaszeniu ognia dodajemy marchewkę pokrojoną w cienkie słupki, dymkę i sporo natki, pasowałaby też drobno pokrojona sałata lodowa albo rzymska, ale nie miałam niestety.
Do talerza nalewamy ciepłej wody do namaczania papieru ryżowego. Wkładamy płatek papieru, jak zmięknie kładziemy na deskę, wkładamy następny do wody i ten następny mięknie w czasie, kiedy zawijamy sajgonkę. 




Papier ryżowy można zjeść od razu po namoczeniu, nie trzeba przerabiać go termicznie. Pierwszego dnia, kiedy sajgonki nadziane były jeszcze gorącym farszem zostały zjedzone od razu bez smażenia. W tej wersji smakowały mi najbardziej. Dnia drugiego posmarowałam je oliwą i upiekłam. Nie polecam opiekania sajgonek w piekarniku : ) Dnia trzeciego zostały tradycyjnie usmażone na dużej ilości oleju i pożarte po odsączeniu na papierowym ręczniku. Ta wersja najbardziej smakowała ukochanemu.

Jeśli chodzi o proporcje składników, to gotuję na oko i z opisem ilości zawsze mam spory problem. W tych sajgonkach było ok 0,5 kg mięsa (na dwie osoby to dużo strasznie wyszło tego farszu i dlatego jedliśmy sajgonki przez trzy dni). Średnia marchew, ćwiartka selera, ok. 10cm pora, duża cebula, 4 duże ząbki czosnku. Niepełna łyżka curry, łyżka z górką 5 smaków, pół łyżki papryki słodkiej, po pół łyżeczki ostrej papryki i cynamonu, spora szczypta mielonych goździków. Dwie łyżki sosu sojowego. To ilości orientacyjne, przyprawy dodajecie według własnego smaku. Farsz leżał w lodówce goły, zawijany w papier ryżowy był zaraz przed przygotowaniem. Nie wiem czy takie już pozwijane przetrwałyby smaczne tyle czasu.

czwartek, 15 grudnia 2011

Schabowe, czyli pochwała klasyki, która zabiła kuchnię staropolską

Na blogu już wspominałam o moim uwielbieniu dla kuchni arabskiej z marokańską na czele (tu). Na moim kulinarnym podium zajmuje ona pierwsze miejsce. Wspaniała arabska kuchnia nie ma jednak swojego pierwszego miejsca na wyłączność, dzieli je bowiem z kuchnią... polską.
Ten wpis będzie o schabowym kotlecie, a jak wiadomo dobry schabowy nie jest zły, szczególnie w towarzystwie ziemniaczków i duszonej młodej kapustki albo surówki z młodej kapustki albo duszonej kapusty czerwonej, albo prostej sałaty z winegretem. Po najdalszych kulinarnych wojażach nachodzi mnie czasem ochota na schabowego. I robię go sobie, i z wielkim smakiem zjadam, mimo że tradycyjny schabowy kotlet jest w dużej mierze winien śmierci prawdziwej polskiej kuchni. Ale zanim podam argumenty tego oskarżenia będzie przepis. Przepis prosty i bardzo szybki, szczególnie jak użyjemy schabu już pokrojonego na kotlety.

Potrzeba:
*schab bez kości (kotletów z kością nie lubię, ale jak ktoś bardzo chce to oczywiście może być z kością) 
*tarta bułka i jajko
*sól i pieprz
*reszta obiadu, czyli ziemniaczki i sałatka albo kapustka

Schab kroimy w plastry grube na 1cm i lekko rozbijamy (ale nie mocno, powinny mieć ostatecznie trochę więcej niż 5mm grubości). Schabowy nie musi mieć średnicy talerza, o wiele smaczniejszy będzie mniejszy i grubszy. Przyznam się, że jeśli są ładne, to często kupuję w supermarkecie już pokrojone schabowe na tacce. Są maszynowo krojone i mają 7-8mm grubości i tych prawie wcale nie rozbijam.
Kotlety solimy i pieprzymy z każdej strony, maczamy w jajku, a potem w tartej bułce (jak ktoś lubi dużo panierki, to można ponownie zamoczyć w jajku, a potem w bułce). Najlepiej wychodzą na patelni ze stali nierdzewnej i najzwyklejszym oleju rzepakowym do smażenia (ale i na teflonowej patelni też będą dobre). Tłuszcz musi być gorący, ale nie można smażyć na zbyt ostrym ogniu, bo się spalą z wierzchu i nie dopieką w środku. Żeby były soczyste w środku i chrupiące z zewnątrz smażymy je bez przykrycia (!) po ok. 5 min z każdej strony (można troszkę dłużej lub krócej w zależności od grubości kotletów, jak nie jesteśmy pewni stopnia usmażenia, to zawsze można zdjąć jeden z patelni, przekroić i zobaczyć jak wygląda w środku).
Nie dodaję do schabowych żadnych przypraw poza solą i pieprzem, bo w najprostszej postaci lubię je najbardziej.


Na fotce schaboszczaki w towarzystwie puree ziemniakowego i sałaty z pomidorem, rzodkiewkami, cebulką, z sosem z octu balsamicznego i oleju lnianego. Przepis na puree tu.
Pyszności.

A teraz dygresja dla wytrwałych : ) Zachwycają się teraz kulinarnie oświeceni Polacy kuchniami egzotycznymi, słodko kwaśnymi smakami, połączeniem mięs i owoców, aromatycznymi przyprawami w wytrawnych daniach. Smutne jest to, że prawdziwa kuchnia polska jest w Polsce czymś dość egzotycznym... przecież kuchnia staropolska (no... w każdym razie tych bogatszych z naszych przodków), to kuchnia bardzo aromatyczna i bogata. Mięsa często przygotowywane były z owocami, gruszkami, jabłkami, śliwkami, a także porzeczkami, agrestem, wiśniami. Nie mówiąc już o jarzębinie czy borówkach. Przyprawy korzenne też były często stosowane. Nawet imć Mikołaj Rej radził gospodyniom , żeby do czerwonych buraków dodawały goździków, bo to dobrze wpływa na ich smak. Oczywiście to była porada, dla tych gospodyń, które było stać na goździki do buraków, bo te biedniejsze to nawet na sól nie miały.
Skrobiowej części obiadu wcale nie muszą stanowić ziemniaki, mamy w naszym polskim repertuarze całą paletę kasz rozmaitych albo roślin strączkowych, choćby mojej ukochanej soczewicy.
Niestety gulasze i pieczyste z dodatkiem słodkiego miodu, owoców i bakalii oraz korzennych przypraw, karpie w szarym, piernikowym sosie i inne polskie wspaniałości zabiła kuchnia PRLowska, której sztandarowym produktem jest nieszczęsny (choć pyszny ;) schabowy. Wystarczyło "tylko" 60 lat naszej najnowszej historii z bryzolem z pieczarkami w roli głównej i obywatele zapomnieli zupełnie kilka wieków kulinarnej tradycji. Teraz kuchnia polska jest ściśle kojarzona z kuchnią PRLu, a ogromna część społeczeństwa (o zgrozo!) tą właśnie wersję kuchni polskiej uważa za jedyną słuszną. Może nie jest to kuchnia niesmaczne, ale jakże szara i wyjałowiona w porównaniu ze szlachecką kuchnią staropolską. Ech...

Kuchnia staropolska też na pewno pojawi się na blogu, jak tylko dorobię się jakiś fotek z jej udziałem.
A jutro będzie wpis bardzo azjatycki dla odmiany : )

środa, 7 grudnia 2011

Figa bez maku

Trafiłam w supermarkecie świeże figi. Nie pierwszy raz je widziałam, ale pierwszy raz miały taką cenę, że postanowiłam kupić kilka i spróbować. Trzeba było trochę poprzebierać, ale sztuka kosztowała 1,80 zł.
Pierwszą spróbowałam na surowo.


Wygląda super, ale smakowo jest po prostu słodkawa, trochę trawiasta i dość mdła. Strasznie lubię suszone figi i zaskoczyła mnie bardzo nijakość smaku figi świeżej.
Takie było pierwsze wrażenie po zjedzeniu owocu w czystej postaci. Jednak potem świeże figi okazały się wspaniałym materiałem do dalszej obróbki.

Ta połówka ze zdjęcia skończyła na kanapce ze świeżym chlebem, szynką szwarcwaldzką i cieniutkim  plastrem, dobrego ostrego sera (tu akurat wystąpił irlandzki cheddar, ale pasować też będzie, np. kozi ser i świeże zioła). Było pysznie.

Smakowitą kompozycję tworzą też świeże figi w sałatce w towarzystwie sałaty rzymskiej (ewentualnie lodowej), rukoli, sera pleśniowego typu lazur, orzechów włoskich i dressingu w postaci gruszkowego octu balsamicznego i oleju z orzechów włoskich (w wersji bardziej wypasionej może być też posiekana świeża bazylia oraz podsmażony bekon albo porwana na małe strzępki szynka szwarcwaldzka).

Z pozostałych czterech fig powstał bardzo fajny deser. Bardzo prosty do zrobienia, naprawdę polecam. Niestety fotka gotowego deseru całkowicie się nie udała, więc dostaniecie tylko zdjęcie składników : )


Obieramy kasztany ze skorupek, kroimy na plasterki, układamy na dnie foremek (takie kasztany na słodko są pyszne i aromatyczne, ale jak nie mamy, to spokojnie możemy zastąpić je orzechami włoskimi). Figi kroimy na ćwiartki, kładziemy na kasztanach. Przykrywamy warstwą cienkich plasterków dobrego jabłka, np. papierówki, antonówki albo szarej renety. Zalewamy całość czerwonym winem wymieszanym z miodem i zapiekamy w piekarniku w 180 stopniach. Pieczemy, ok. 20-25 min.
Mniam :)
Orientacyjne proporcje (na 1 klasyczną foremkę do sufletów): 3-4 kasztany albo włoskie orzechy, dwie figi, pół jabłka, ok. 100 ml czerwonego wina wymieszanego z łyżką miodu (oczywiście im bardziej wytrawne wino mamy tym więcej miodu).

Mimo początkowego rozczarowania świeże figi okazały się bardzo smakowitym owocem. Szkoda, że tylko raz spotkałam je w takiej cenie, że spokojnie mogłam sobie na nie pozwolić, a nie po 6-10 zł za sztukę.
Ciekawa jestem jak smakują figi w miejscu rodzinnym, takie dojrzałe na drzewie. Spotkałam kiedyś w swoim życiu dojrzałe w słońcu pomarańcze prosto z drzewa. Były wspaniałe. Te dostępne u nas w sklepach też są często pyszne, ale to tylko namiastka takich dojrzałych pomarańczy prosto z drzewa. Mam nadzieję, że kiedyś osobiście będę mogła sprawdzić jak smakują dojrzałe na miejscu figi.

wtorek, 29 listopada 2011

Dyniowy tażine

W poprzednim poście było jak zrobić kiszoną cytrynę ( tu), a teraz danie inspirowane kuchnią marokańską z jej udziałem. Taka europejska wariacja na temat klasycznego tażine (ale o takim prawdziwym tażine na pewno jeszcze będzie, jak tylko znajdę gdzieś żeliwną nakładkę na palnik, która pozwoli gotować w glinianym naczyniu na kuchence gazowej). Znów kombinowanie na temat zadany w konkursie na blogu Akademia kulinarna.  Tym razem na hasło dynia. To chyba było najtrudniejsze zadanie wymyślić coś swojego na tak klasyczny temat. Dyniowy tażine wyszedł naprawdę pyszny, bardzo polecam. Z drobną tylko uwagą, że to danie nie do odgrzewania niestety. Zwykle tażine to długo duszone danie, któremu odgrzewanie na dzień następny nie szkodzi zupełnie. W przypadku tego z dyni, jest inaczej, bo warzywo to mocno papkowacieje i całość na następny dzień nie jest już taka smaczna. Podane ilości są na dwie głodne osoby. Na fotce porcja nie wygląda może imponująco, ale to dlatego, że leży na ogromnym talerzu.

Potrzeba:
*kilogramowy kawałek dyni pokrojonej w ok. 1 cm kostkę
*pół zielonej papryki pokrojonej w cienkie paski
*5 cm kawałek białej części pora w plasterkach
*mała czerwona cebula w plasterkach
*dwa ząbki czosnku drobno posiekane
*posiekana dymka
*łyżka miodu, sok z połowy limonki lub cytryny
*ćwiartka bardzo drobno pokrojonej kiszonej cytryny (opcjonalnie oczywiście, ale naprawdę warto)
*pół garści rodzynek i czubata łyżka płatków migdałowych
*kumin, cynamon, mielone goździki, pieprz, sól, pieprz turecki (pieprz turecki, to ostra papryka uwędzona, a potem ususzona i rozdrobniona na płatki, ma bardzo fajny aromat, ale można go zastąpić zwykłym chilli)
*do podania jogurt naturalny wymieszany z solą, pieprzem i posiekaną świeżą miętą
*masło i oliwa z oliwek (nie extra virgin tylko taka do smażenia)


W garnku lub na patelni z grubym dnem na maśle z oliwą podsmażamy dynię. Dodajemy przyprawy (na początek niecałą łyżeczkę kuminu, łyżeczkę cynamonu i pół łyżeczki mielonych goździków oraz sól i pieprz, porządną szczyptę pieprzu tureckiego, ilości oczywiście orientacyjne, bo zależą od naszego smaku). Podsmażamy chwilę. Dorzucamy cebulę z papryką, przesmażamy do lekkiego zeszklenia cebuli. Dodajemy czosnek i por, przesmażamy. Dolewamy szklankę wody rozmieszanej z miodem i sokiem z limonki, jeśli będzie potrzeba to później można jeszcze dolać trochę wody podczas duszenia. Dorzucamy rodzynki, migdały i kiszoną cytrynę. Dusimy, aż dynia będzie miękka, ale nie rozgotowana. W tym czasie trzeba spróbować i ewentualnie dodać więcej przypraw, danie powinno być bardzo aromatyczne, jak to w arabskiej kuchni, no ale nie może smakować samymi przyprawami. Pod sam koniec duszenia dodajemy dymkę i mieszamy.
Do podania w oddzielnej miseczce mieszamy jogurt z solą, pieprzem i świeżymi, posiekanymi listkami mięty, bardzo do takiego dyniowego tażine pasuje.

Reszta obiadu według uznania. Taka dynia jest aromatyczna, smakowita i pożywna, więc spokojnie może obejść się bez mięsa.

Na fotce jest pieczona gicz cielęca. Cielęcą gicz nacieramy solą i czerwoną shoarmą, zostawiamy w lodówce na kilka godzin, a potem pieczemy do miękkości. Nie zwróciłam uwagi na czas, wyłączyłam jak była przyrumieniona i widelec miękko wchodził w mięsko.



Pasować będzie też upieczony czy usmażony kurczak lub indyk. W bardziej wypasionej wersji mogą być jagnięce kotlety.

Częścią skrobiową może być ryż lub chlebki pita. To na fotce to niby arabskie naleśniki (mąka, woda, sól, pieprz, ziarna czarnuszki, wszystko wymieszane do konsystencji gęstego ciasta naleśnikowego, placuszki zostały upieczone na suchej patelni).

Smacznego

środa, 23 listopada 2011

Kiszona cytryna

Jej, ale czaderski wynalazek taka cytryna. Bardzo intensywny w smaku, niesamowicie aromatyczny. Kolejny dowód na genialność kuchni marokańskiej, jednej z moich ulubionych. Poza samymi cytrynami otrzymujemy "produkt uboczny" w postaci wspaniale pachnącej, cytrynowej oliwy.
O kiszonej cytrynie słyszałam od czasu do czasu, w jakimś piśmie typu Kuchnia, na Kuchnia TV, itp. Wzmianka o niej pojawiła się też na blogu Akademia Kulinarna . W odpowiedzi na moje pytanie w komentarzach, na facebooku pokazał się przepis. Nastawiłam takie cytryny jakoś na początku października i wczoraj pierwszy raz wyciągnęłam ze słoika. Dziwi mnie tylko ta nazwa "kiszona". Tak naprawdę to ona jest marynowana w oliwie, ale z procesem kiszenia to nie ma nic wspólnego. Jak zwał, tak zwał, taki sposób na cytrynę jest pyszny. I w dodatku robi się je bardzo prosto z minimalnym nakładem pracy.

Potrzeba:
*cytryny,
*gruboziarnista sól morska,
*oliwa z oliwek (u mnie taka z oliwek i wytłoczyn, a nie extra virgin)

 

Powyższa fotka miała być do posta o drobnych przyjemnościach, np. dobrej kawie z kostką czekolady. Taki post jakoś nigdy nie powstał, ale na drugim planie zdjęcia są świeżo nastawione cytryny.
Cytryny porządnie myjemy, sparzamy, kroimy na ćwiartki, ale nie przecinając do końca. W rozcięcia sypiemy gruboziarnistą morską sól, sporo (i tu akurat jest ważne, żeby to była taka sól, a nie zwykła, mielona, kamienna). Układamy w słoiku, zalewamy oliwą, żeby przykryła cytryny. I to tyle. Odstawiamy i czekamy około miesiąca.
Na fotce w słoiku pływa też gałązka tymianku, ale w ogóle go nie czuć, cytryny tak go zdominowały, że spokojnie można go sobie darować.


Po miesiącu cytryny nie zmieniają się bardzo z wyglądu, wizualnie robią się tylko takie trochę namoknięte. Środek staje się paćkowaty, skórka mięknie. Pachną bardziej cytrynowo nawet niż świeże cytryny, całość jest bardzo cytrynowa, trochę kwaśna, trochę gorzka i dość słona, niesamowicie aromatyczna. Samych raczej nie da się zjeść, mają zbyt intensywny smak, żeby być dobre w czystej postaci. Jako przyprawa są jednak wspaniałe. Na razie zostały użyte do dyniowego tażine, który pojawi się na blogu na pewno. Będą też świetne do sosów, do których pasuje cytryna, do majonezu, z którym będę jeść szparagi jak zacznie się na nie sezon, do ryb, niektórych zup. Oliwę użyję do sałatek albo smażenia łososia, albo krótkiego smażenia świeżej wołowiny. Nie zalewałam cytryn oliwą extra vergine, aromat owoców jest tak mocny, że i tak przytłumiłby delikatność takiej oliwy, a poza tym zależało mi na tym, żeby można było na tej oliwie smażyć. Ciekawa jestem jak na takim tłuszczu wyjdą jajka sadzone. Jak przetestuję to wam napiszę.
Bardzo polecam zrobienie kiszonej cytryny, bo nie bardzo potrafię oddać opisem bogatość jej smaku i aromatu, a jak zrobicie to sami będziecie się mogli przekonać : )

wtorek, 22 listopada 2011

Rower, czyli radości i smutki królika c.d.

Miałam dziś dzień bardzo intensywny kulinarnie i smakowo.  Postów z dzisiejszego gotowania będzie ze dwa albo i trzy nawet. W ogóle stos fotek i przepisów do opisania rośnie nieubłaganie, ale czasu trochę brak. Teraz chwilę czasu mam, ale nie będzie o gotowaniu, tylko o temacie dla mnie ważniejszym.
Ziomek wczoraj zakończył tydzień z zastrzykami z antybiotykiem i kroplami do oczu i nosa. Na razie oko wygląda dobrze, jakby to był całkiem zdrowy królik. Niestety moje plany, że Ziomek ma dożyć swoich 10 urodzin stały się raczej nierealne, ale na razie jeszcze nie umiera. Plan na chwilę obecną jest taki, że zobaczymy na jak długo pomoże kuracja antybiotykowa. Jeśli na długo, np. na rok, to fajnie, kiedy oko znów zacznie ropieć dopiero po długim czasie, to po prostu znów dostanie serię antybiotyków w zastrzykach. Jeśli oko zaropieje już niedługo, czyli jeśli ropień w korzeniach zębów szybko urośnie, to będziemy rwać zęby. Operacja o tyle niefajna, że króliki mają rozbudowane i kruche korzenie zębowe, więc nie jest łatwo wyrwać ząb w całości. Poza tym te zęby z dołu co zostaną bez pary cały czas rosną i nie mają o co się ścierać, więc co jakiś czas trzeba będzie jeździć na zabieg przycinania zębów albo usunąć i te z dołu. A poza tym ropnia i tak nie da się wyleczyć całkiem do końca, kiedyś i tak znów się pojawi.
A teraz radości, czyli rower.


Tak, rower właśnie. Na zdjęciu królik odpoczywa po uważnych oględzinach mojego rumaka. Ziom to zwierz strasznie ciekawski i wszystko co przyjdzie z dworu jest uważnie obwąchiwane i oznaczane jako należące do terytorium królika. Na szczęście to królik dobrze wychowany i nie znaczy terenu obsikując, tylko ocierając się brodą o wszystko. Buty, które przyszły z dworu i właśnie zdjęte z nóg stoją sobie w przedpokoju, to coś co królika bardzo fascynuje. Trzeba je dokładnie obwąchać i oznaczyć. Ale najciekawszy ze wszystkiego jest rower. Kiedy wracam z pracy zwykle stawiam bicykla na chwilę w przedpokoju, a potem dopiero męczę się z zaparkowaniem go w graciarni. Taki rower co właśnie przybył z dworu to coś, co potrafi przykuć uwagę Ziomka na bite 15-20 min., a to naprawdę jest dużo jak na takiego małego, śmiesznego zwierzaczka. Trzeba przecież cały uważnie obwąchać i obródkować każą szprychę, każdą śrubkę i każdą wystającą część, a to trochę czasu zajmuje. 


Tu akurat mój rower w trakcie prac konserwacyjnych. Ziomek intensywnie w nich uczestniczył. W końcu miał okazję obwąchać rower od górnej strony, z którą zwykle się nie spotyka. Same części i klucze też koniecznie trzeba było wszystkie obwąchać i się o nie poocierać. Doprowadziło to do lekkiej irytacji brata, przeprowadzającego prace konserwacyjne, bo puchata mordka wtryniała wszędzie nos i ciągle plątała się pod nogami.
Ech, a spróbujcie posprzątać mając takiego ciekawskiego, puchatego potwora. Szczotka, zmiotka i szufelka to fascynujące i  podejrzane kreatury, które trzeba uważnie pilnować. Zamiatając ma się cały czas zwierza w szufelce, bo przecież musi sprawdzić czy pani przypadkiem nie próbuje wyrzucić czegoś smacznego albo przydatnego. Nawet odkurzacz powoli przestaje być przerażający, a strach z wolna ustępuje miejsca ciekawości. Kiedyś Ziom bał się tego sprzętu jak tylko go zobaczył. Teraz ucieka, ale nie panicznie, raczej tak po prostu na wszelki wypadek i to dopiero jak włączony odkurzacz zaczyna się do niego bezpośrednio zbliżać. Niedługo w ogóle przestanie mieć do odkurzacza nawet odrobinę szacunku.
Ogromna ciekawość to obok ogólnej puchatości jedna z tych kochanych cech królika. Kiedy otwieram szafkę czy szafę, to od razu musi się tam władować i wszystko zbadać. Kiedyś wyciągnęłam ciucha z szafy, zamknęłam szafę, a jakieś pół godziny później szukam zwierza i nigdzie go nie ma. Szukam, szukam i ... tak, zgadliście, znalazł się zamknięty w szafie :) Innym razem zagubił się w regale z zastawą stołową. Niesamowite, że w mieszkaniu, w którym mieszka od roku nadal znajduje tyle fascynujących i ciekawych miejsc. Ciągle patroluje wszystkie kąty czy przypadkiem nie znajdzie gdzieś bezczelnych śladów obecności jakiegoś innego królika albo może czegoś smacznego, albo czegoś nowego.



piątek, 18 listopada 2011

Szpinak z ziemniakami

Dzisiejszy wpis mógł być albo o szpinaku, albo o kapuśniaku. Kapuśniak uwielbiam i ja i Ukochany, w dodatku to taka sympatyczna zupa, która mi zawsze wychodzi pyszna. Ale kapuśniak nie ma jeszcze zdjęcia, a szpinak ma, więc lenistwo zadecydowało : ) Jak będzie mi się chciało pstrykać fotki, to kapuśniak będzie opisany całkiem niedługo, a jak zostanie zjedzony zanim go sfotografuję, to będzie kiedyś później.
Dziś mój pomysł na kolejne, szpinakowe tym razem, zadanie z konkursu  Akademii kulinarnej.
Wiecie, że to moje pierwsze zetknięcie ze szpinakiem na surowo? Aż dziwne, że od tylu lat nie wiedziałam co tracę, bo szpinak do tej pory zawsze gotowany jednak był. Od teraz będzie u mnie gościł i przerobiony termicznie, i na surowo.

Potrzeba:
*świeży szpinak
*twarda gruszka
*olej z orzechów włoskich
*zagęszczony ocet balsamiczny truskawkowy (można toto kupić w carefurze czy innych takich dużych sklepiszczach)
*posiekane orzechy włoskie albo płatki migdałów
*pokrojony w cienkie plasterki ziemniak
*pół ząbka zgniecionego czosnku
*żółta pasta curry
*olej z czerwonej palmy (albo rzepakowy) do smażenia



Szpinak kroimy na cienkie paseczki, mieszamy z olejem z włoskich orzechów (nie za dużo) i orzechami (ale nie za dużo ich, żeby razem z orzechowym olejejm nie zdominowały smaku). Gruszkę kroimy w słupki. Na talerzu układamy szpinak z gruszką. Na patelni rozgrzewamy olej (z czerwonej palmy da ziemniaczkom fajny kolor, ale może być też zwykły olej do smażenia), do rozgrzanego oleju dodajemy żółtą pastę curry, szybko mieszamy, wrzucamy plasterki ziemniaka i smażymy na złoto i chrupko (pod koniec dodajemy czosnek, dodajemy go później, bo powinien się usmażyć, ale nie spalić). Ziemniaka odsączamy na papierowym ręczniku i układamy obok szpinaku, polewamy sałatkę polewą z octu balsamicznego truskawkowego. Podajemy od razu.

Zadaniem konkursowym była przystawka i duet orzechowo-gruszkowego szpinaku z ziemniakami curry jest naprawdę zgrany i pyszny. Oczywiście ilość ziemniaków można zwiększyć i potraktować danko jako danie obiadowe. Można taką sałatkę zrobić też jako surówkę do normalnego obiadu. Będzie pasować do wieprzowiny czy drobiu (szczególnie dobrze do pieczonego kurczaka), do ryb, a także do kotletów sojowych, ogólnie do wszystkiego do czego pasuje w smaku orzechowatość. Obok cannelloni z sałatą ( tu ) druga rzecz, która po tym konkursie na stałe wzbogaci moje domowe menu.

A liść z dekoracji z wielkim smakiem zjadł Ziomek.

wtorek, 15 listopada 2011

Królicze radości i smutki

Najpierw o radościach. Pierwszą niech będzie seler.

Mały śmieszny Ziomek dostał dwa takie piękne selery z nacią w prezencie z ogródka teściowej i ze smakiem prezent docenił.


Nie wiem jak inne uszaki, ale Ziomek jest koneserem kulinarnym. Wszystko co mu się podetknie pod pyszczek musi najpierw obwąchać i posmakować. Kiedy pierwszy sceptyczny gryz zasmakuje, wtedy bierze kąsek i biegnie w jakiś spokojny kąt żeby zjeść. Jabłka lubi tylko te najlepsze, całkiem kwaśne czy takie kaszkowate i bez smaku są odrzucane z pogardą. Ach, i tradycyjne marchewki... według gustu kulinarnego Ziomka marchewki są daleko w tyle za selerem, korzeniem pietruszki albo rozmarynem czy bazylią. Zresztą puchaty potwór lubi też ekstremalne smaki. Kiedyś spotkał na podłodze w kuchni pestki z papryczki chilli. Stwierdził, że nasionka papryczek, ta najostrzejsza część chilli, są pyszne. Na wszelki wypadek, bo nie wiem czy to dla królików zdrowe odseparowuję go od pestek chilli, ale doświadczalnie jest potwierdzone, że zwierz je o dziwo uwielbia.
Innym przysmakiem Ziomka są badyle.

Najlepsze są z jabłoni, gruszy, porzeczek i niektórych wierzb. Jako człowiek nigdy tego nie zrozumiem, ale zwierz korę i gałązki uwielbia, i naprawdę czuje różnice smakowe. Jedne badyle mogą leżeć latami i są olane, a inne znikają w kilka dni. Gałęzie mają też istotną rolę dla mnie i wyglądu mieszkania. Jak nie ma smacznych badyli do gryzienia, to zagrożone są meble. Na szczęście póki są smaczne badyle, to nie opłaca się zwierzowi dobierać do mebli.
Poza badylami smakowite są różne zielska z łąki, trawsko, babki, mlecze, koniczyny, krwawniki, pięciorniki, stokrotki...
Jednak nawet królik wie, że nie samymi rarytasami się żyje. Garść siana świeżo wyciągniętego z torebki to jest coś. Ziom to zwierz rozsądny i wie, że prawdziwy królik żywi się głównie siankiem. Ja tego nie jestem w stanie wyczuć swoimi ludzkimi ograniczonymi zmysłami, ale dla Ziomka każde źdźbło jest inne, każde trzeba obwąchać, a potem niektóre warte są zjedzenia, a inne tylko obsikania. Chyba, że jest to sianko z łąki od  koleżanki Iwonki, to sianko jest ze smakiem zjadane prawie do ostatniego źdźbła. Kicak ma też szacunek do zwykłej strawy powszedniej jaką jest podstawowy granulat.


Jak powszechnie wiadomo po posiłku najlepsza jest sjesta na dobre i spokojne trawienie.


Na sam koniec opowieści o kulinarnych gustach Ziomka czas na smutek. Jak ktoś się bliżej przyjrzy to na fotce z selerem widać, że sierść wokół oczka jest mokra trochę. Teraz nie tylko łzy lecą z oka, jest też ropa. W szczęce zagnieździły się jakieś badziewne bakterie i tworzą badziewny ropień. Jest to paskudztwo nieuleczalne, ale może na jakiś czas czas da się to załagodzić. Będzie walka, zastrzyki, antybiotyki, kto wie może operacja... Jest też realna opcja, że jedynym słusznym wyjściem będzie zastrzyk na wieczność usypiający. Na samą myśl, że puchatego potwora może zaraz zbraknąć zaczynam płakać. I tak ryczę w sumie przez cały dzisiejszy dzień. Dziś byliśmy na sggw w klinice małych zwierząt, zdjęcia rtg (fotki tu) robiliśmy, po weterynarzach jeździliśmy. Zupełnie nie wyobrażam sobie braku tej puchatej mordki, co wskakuje na łóżko o 5 czy 6 rano, żeby wylizywaniem twarzy obudzić mnie w celu wygłaskania, bo się przez noc stęsknił. Albo braku bawienia się w berka po dywanie, łobuzowania, kradzenia sałaty ze stołu ze śniadaniowych kanapek, oberków na środku pokoju, wylegiwania się po pokojach w dziwnych pozycjach sennych i w ogóle królikowej szczerej przyjaźni, którą nie wiem jak wam opisać, żebyście zrozumieli. I znowu zaczynam płakać... następne wpisy na pewno będą całkiem kulinarne, a co u kochanego puchatego zwierza napiszę dopiero jak będę wiedziała bardziej co dalej. Trzymajcie kciuki. Kto wie, przecież może wcale nie będzie tak źle, bo Ziom na leczenie może zareagować dobrze.

Co dalej z ropniem u Ziomka: tu, i tu.