.

.

niedziela, 15 października 2017

Dynia w słoiku a'la ananas

Jeśli wierzyć starym książkom kucharskim w rodzaju "Jak gotować" Disslowej czy tomów Lucyny Ćwierczakiewiczowej to dynia jak ananas była obowiązkowym przetworem w każdej porządnej spiżarni.
W internecie jest dużo przepisów na dynię a'la ananas jednak większość z nich owo podobieństwo opiera jedynie na dość słodkiej zalewie (proporcje zalewy wzięłam stąd klik). I tyle. Zrobiłam, ale to nie było to.
W przedwojennych książkach kucharskich do wielu receptur, m.in. właśnie do ananasopodobnej dyni używano kropli ananasowych. Aromatu, który drzewiej był popularny, a dziś w sklepach praktycznie nie występuje. Zamówiłam więc aromat ananasowy przez internet.
I to jest to! Taka marynowana dynia jest rewelacyjna!
Tak, wiem, sztuczne aromaty są teraz niemodne, ale co mi tam.
Dynia jest chrupka, słodka, ale to słodycz zrównoważona lekką kwaśnością, a aromat ananasowy nadaje świetnego posmaku. Nadal czuć, że to dynia, ale jest zdecydowanie fajniejsza niż taka zwykła.


Składniki:
-1l wody
-200g cukru
-100ml octu 10%
-dynia pokrojona w kostkę (ok. 1-1,5cm), u mnie ćwiartka dyni średniej wielkości
-aromat ananasowy w proszku

Kostki dyni jak najściślej układamy w słoikach (nie da się całkiem ścisło ich poukładać, ale staramy się jak możemy). Zagotowujemy wodę z cukrem i octem, jak zawrze zmniejszamy ogień i dodajemy aromat ananasowy. Mojego dałam ćwierć łyżeczki, ale to zależy od tego jaki aromat kupimy, cy będzie w proszku czy w kroplach. Po prostu dajemy po odrobince mieszając, aż zalewa nabierze przyjemnego ananasowego aromatu.
Gorącą zalewą zalewamy dynię, zalewamy prawie pod samą zakrętkę, od razu zakręcamy i stawiamy słoiki do góry dnem. Wieczka powinny się zassać
Następnego dnia pasteryzujemy słoiki. Można tradycyjnie męczyć się pasteryzując w garze z wodą (ok. 20 min od zagotowania się wody), ale ja wolę w piekarniku. Wstawiam do zimnego piekarnika, nastawiam na 70-80 stopni i trzymam 20-30 min od momentu nagrzania piekarnika (wszystkie wieczka powinny się wybrzuszyć) i zostawiam w nim słoiki do ostygnięcia, aż wszystkie wieczka ponownie się zassają.


Taką dynię możemy użyć do sałatek, do duszenia lub pieczenia mięs, którym pasują owoce, np. do schabu czy kaczki, w miseczce jako przegryzkę na imprezowym stole, jako dodatek do talerza wędlin lub deski serów, a także do deserów.

Przetwór nietypowy i smakowity.

A resztę aromatu możecie zużyć do ciast, kremów, budyniów, serników albo innych marynowanych owoców, np. gruszek. Ananasowy aromat bardzo smakowicie podkręci smak naleśników lub racuchów z jabłkiem, albo nadzienia do szarlotki.

Uwagi techniczne:
-nie umiem napisać na ile słoików wystarczy podana ilość zalewy, musicie być przygotowani, że zalewy pewnie trzeba będzie dorobić. Do mniejszej liczby dużych słoików potrzeba mniej zalewy niż do większej ilości małych. Większa ilość małych jest za to według mnie bardziej praktyczna w użyciu. Zależy też jak jesteście dobrzy w puzzlach przestrzennych, czyli jak sprytnie potraficie poukładać dyniowe kostki w słoiku. Tak "pi razy drzwi razy oko" ta zalewa powinna wystarczyć na pięć, sześć słoików 250ml, takich tradycyjnych od dżemów.
-w niektórych słoikach te fragmenty dyniowych kostek, które były ponad zalewą odbarwiły się na biało. Nie wpływa to na smak, a jedynie na wygląd. Żeby temu odbarwieniu zapobiegnąć trzeba by wrzucić dynię do wrzącej zalewy, momencik zagotować i dynią wraz z zalewą napełniać słoiki. Jest to jednak o wiele bardziej upierdliwe, gorącymi kostkami o wiele trudniej sensownie zapełnić słoiki. Dla mnie trud zdecydowanie nie wart podjęcia. Ale uczciwie ostrzegam jeśli jesteście bardzo wrażliwymi estetami.

poniedziałek, 9 października 2017

Kolorowa, jesienna kasza. Z dynią i grzybami.

Wiem, większość z Was teraz intensywnie tęskni za latem.
A ja? Kocham jesień.
Mgły, nitki babiego lata, obfitość jesiennych warzyw i owoców. Melancholijne nastroje na tle szaleństwa jesiennych kolorów, żółci i czerwieni.
Aromatyczne grzyby i słodka, intensywnie pomarańczowa dynia.
Jak jest dynia i grzyby, to już niewiele więcej potrzeba.
Zapraszam na pełną smaku jesienną kaszę.


Potrzeba (na 4 porcje):
- ćwiartka dyni hokkaido lub piżmowej
- leśne grzyby 400-500g (albo więcej jak chcecie), u mnie miks koźlarzy, podgrzybków, kilka kurek, co tam znajdziecie
- nieduża cebula, 3 ząbki czosnku, kawałek białej części pora, pół niedużej pietruszki drobno posiekanej
- łyżeczka curry, łyżka majeranku, sól, pieprz
- oliwa do smażenia lub smalec (polecam kaczy), czy jakiś inny tłuszcz do smażenia
- 2 pełne szklanki suchej kaszy, tu jęczmienna perłowa, ale może być też pęczak lub niepalona gryczana
- garść natki pietruszki
- czubata łyżka masła

Czosnek siekamy, cebulę kroimy w grubszą kostkę, pora w cienkie talarki. Na dużej patelni rozgrzewamy tłuszcz i przesmażamy cebulkę, pora i czosnek. Dorzucamy curry i majeranek, chwilę przesmażmy, dodajemy dynię pokrojoną w niedużą kostkę (hokkaido nie trzeba obierać) i pietruszkę, chwilę przesmażamy. Dorzucamy na patelnię grzyby w dużych kawałkach i kaszę, podlewamy czym mamy, wodą lub bulionem (warzywny bardziej mi tu pasuje smakiem niż na mięsie), a najlepiej wodą z obgotowywania grzybów (większe grzyby trafiły do tego obiadu, a mniejsze po obgotowaniu do marynowania, ta woda po obgotowywaniu grzybów, to świetna przyprawa ).
Na początek podlewamy trzema szklankami płynu i dusimy wszystko na małym ogniu do miękkości kaszy i ugotowania grzybów. Często mieszamy. W miarę zapotrzebowania dolewamy po trochu wody czy wywaru tyle ile będzie go chciała wchłonąć kasza.
Pod koniec gotowania dodajemy czubatą łyżkę masła.
Do podania obficie posypujemy posiekaną natką pietruszki.
I już.
Smacznego.


Jeśli chcecie jeszcze bardziej na wypasie można na wierzch jesiennej kaszy położyć jajko sadzone.
Jeśli nie wyobrażacie sobie obiadu bez mięsa, to można dodać pokrojony w kostkę boczek lub kiełbasę chorizo na etapie podsmażania cebuli i czosnku.

czwartek, 14 września 2017

Przyprawa-petarda, czyli woda grzybowa

To nie przepis będzie, a inspiracja.
Po udanym grzybobraniu kupa roboty w kuchni. W zależności od gatunku, wielkości i stanu grzybka część na suszenie, część do marynowania, część do zamrażarki na różne aromatyczne sosy i zupy.
Grzyby przeznaczone do marynowania i zamrażania wpierw trzeba obgotować.
Obgotowujemy w osolonej wodzie i potem... wiele osób tę wodę do zlewu wylewa...
Cóż za okrutne marnotrawstwo!
Taka woda po obgotowywaniu grzybów to wspaniała, aromatyczna przyprawa! Warto ją zachować.
A potem dodać ją do duszenia mięsa, do zup (np. krupniku), użyć zamiast wody do gotowania kaszy lub zamiast wody/bulionu do risotto, do duszenia gołąbków, można w niej ugotować pierogi lub makaron, możliwości jest mnóstwo.
Po prostu aromatyczną, grzybową wodę po obgotowywaniu grzybów mrozimy i wyciągamy z zamrażarki, kiedy mamy ochotę nadać jakiemuś daniu grzybowy aromat.


Uwagi techniczne:
-Warto poczekać, aż ostygnie, a potem przecedzić przez gęste sitko ostrożnie nabierając wywar chochelką tak, żeby nie mieszać grzybowej wody i zostawiając ostatni centymetr z dna garnka. Czemu? Bo na dnie zawsze osadzi się jeszcze resztka pisaku i leśnych śmieci, których jeść nie mamy ochoty.
-Wiem, że na zdjęciu jest ta woda grzybowa w butelkach. Ale... doświadczenie, które przyszło po jakimś czasie od zrobienia tego zdjęcia mówi mi, że jedynym słusznym sposobem przechowania grzybowej wody na późniejsze czasy jest mrożenie. Grzybowa woda jest substancją niesamowicie niestabilną biologicznie i ożywającą jak zombi. Żeby nie wiem jak dobrze ją pasteryzować i tak część ożyje! Jakieś 80% moich prób utrwalenia tej wody w butelkach/słoikach się nie powiodło. Jak nie zaczęły fermentować, to zawartość mętniała i zaczynała śmierdzieć, mimo że dwie partie potraktowałam tyndalizacją. Nie wiem jak to jest, ale mimo sporego doświadczenia nie umiem tej wody po obgotowywaniu grzybów utrwalić termicznie...
Dlatego rekomenduję  jedynie jej mrożenie i potem używanie tej aromatycznej, grzybowej przyprawy (i to naprawdę polecam gorąco) do czego Wam tylko wyobraźnia podpowie ;)
Smacznych, grzybnie aromatyzowanych potraw Wam życzę :)

PS obie butelki ze zdjęcia, wyjątkowo pięknie pachnące, bo praktycznie z samych podgrzybków wylądowały po dwóch tygodniach w zlewie, to była przysłowiowa kropla przelewająca czarę. Od tego momentu aromatyczną grzybową wodę utrwalam już tylko za pomocą zamrażarki.

środa, 21 czerwca 2017

Pstrąg w soli pieczony

Bardzo nieskomplikowane, a rybka wychodzi pyszna,  soczysta i (co mnie zawsze zadziwia) idealnie trafiona na słoność.

Potrzeba (na 2 osoby i dziecko):
- duży pstrąg (darujcie, jakoś nigdy nie zważyłam żadnego, żeby w gramach podać)
- 1-1,5 kg soli
- białe, wytrawne wino
- cytryna, czosnek, świeżo mielony pieprz, tymianek (najlepiej suszony plus kilka gałązek świeżego)


Do środka pstrąga wkładamy kilka plastrów cytryny, ząbek lub dwa czosnku pokrojonego w plasterki, kilka gałązek świeżego tymianku (ewentualnie pół łyżeczki suszonego) i prószymy pieprzem.
Do dużej miski wrzucamy sól, do niej skórkę startą z reszty cytryny, łyżkę pieprzu i dwie łyżki suszonego tymianku, mieszamy. Cały czas mieszając palcami dodajemy wino, po trochu, małymi chlustami, aż sól osiągnie konsystencję mokrego piasku. Takiego jak na budowanie zamków z piasku :)
W naczyniu do pieczenia z 1/3 soli uklepujemy dla ryby łóżeczko, kładziemy pstrąga i oblepiamy dokładnie resztą soli. Głowa i płetwa ogonowa może wystawać.

Wkładamy do nagrzanego do 190 stopni piekarnika i pieczemy 30-40 min.
Wyciągamy, obtłukujemy solną skorupkę, dodajemy sałatkę i dobre pieczywo/ziemniaki/ryż i cieszymy się soczystym, pachnącym mięskiem.


środa, 14 czerwca 2017

Borek

Sycący, smakowity, pachnący, w dodatku szybki i prosty w przygotowaniu.
Po prostu same zalety ma.
Przepisów na bliskowschodni borek jest tyle co u nas na bigos, mój jest kompilacją receptur z netu (m.in. z bloga Turcja od kuchni) i z książki (którą kocham) "Jerozolima" Ottoliniego.

Potrzeba:
- opakowanie ciasta francuskiego (taka standardowa rolka, 250-300g )
- 200-300g białego sera (lub twarogu i sera typu feta/oscypka/bryndzy w proporcji pół na pół)
- duże jajko
- 10 cm białej części pora i pół niedużej cebuli
- garść posiekanej natki pietruszki
- łyżka nasion czarnuszki, czubata łyżeczka kuminu, sól, pieprz
- sezam do posypania


Pora kroimy w cienkie półplasterki, cebulę w drobną kostkę. Kumin i czarnuszkę niedbale rozcieramy w moździerzu (ewentualnie jeśli nie posiadacie moździerza sam kumin można przesiekać nożem). W misce widelcem rozdrabniamy twaróg, dodajemy jajko i mieszamy, w miarę dokładnie, ale ser może być z grudkami, to nie szkodzi. Dodajemy przyprawy, natkę, pora i cebulę, mieszamy.
Rozwijamy ciasto francuskie, rozcinamy na połówki. Na jedną wykładamy farsz i rozsmarowujemy, żeby masa miała w miarę jednolitą grubość. Zostawiamy wolne brzegi, tak ok. centymetra.
Przykrywamy drugim płatem ciasta, dociskamy brzegi (jak użyjecie do tego widelca wyjdzie wzorek typu grzebyk).
Robimy w placku dziurki widelcem lub nożem (żeby para powstała podczas pieczenia miała którędy ujść), smarujemy wierzch mlekiem/ jogurtem/ śmietaną/ rozkłóconym jajkiem, prószymy solą, obficie posypujemy sezamem.
Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni i trzymamy tam, aż wierzch ładnie się zrumieni (20-30 min).


Zajadamy sam lub z sałatką na obiad lub ciepłą kolację. Wyjątkowo dobrze pasuje do borka tradycyjna ogórkowa mizeria. Smaczny także na następny dzień odgrzany w piekarniku albo mikrofali.

Ser gra tu główną rolę, więc jego jakość ma duże znaczenie dla smaku, dobrze jest zerknąć na skład i kupić prawdziwy twaróg. Farsz będzie też smaczniejszy z prawdziwym wsiowym lub eko jajkiem.

sobota, 15 kwietnia 2017

Świątecznie

Radosnych świąt Wam życzę,
pogodny ducha i poczucia humoru przy rodzinnym świątecznym stole,
a waszym wątrobom i żołądkom tradycyjnie życzę powodzenia w trawieniu :)