.

.

niedziela, 5 października 2014

Jesienny kompot, jabłka i czarny bez

Wraz z końcem lata odchodzą lekkie, cierpkie, orzeźwiające kompoty smakujące najlepiej z kostką lodu. Z początkiem jesieni do kuchni wkraczają kompoty słodsze, bardziej esencjonalne, smakujące także na ciepło. Śliwki, aromatyczne działkowe winogrona, jesienne jabłka, pigwowiec i czarny bez.
Dziś zrobiłam sobie darmowy "dziki" kompot. Z małych, aromatycznych jabłuszek ze zdziczałej jabłonki i owoców czarnego bzu.
Zdziczałe jabłuszka są bardziej aromatyczne, dadzą kompot pachnący piękniej, o głębszym smaku, ale wymagający dodatkowego cukru (i to sporo). Kupne jabłka do kompotu wybieramy jak najsłodsze, też będzie smacznie, a o tyle zdrowiej, że obędzie się bez dosładzania.
Potrzeba:
*3 większe lub 5-6 małych jabłek
*3-4 baldachy owoców czarnego bzu
*ewentualnie cukier

Umyte jabłka kroimy w ćwiartki, wykrajamy gniazda nasienne, wkładamy do gara.
Baldachy czarnego bzu zbieramy tylko dojrzałe (końcówki szypułek powinny się przebarwić na czerwono, owoce mają być ciemne, prawie czarne). Oskubujemy jagódki uważając, żeby do kompotu nie wrzucać szypułek i odrzucając niedojrzałe (jasno czerwone i zielone). Jagódki przepłukujemy na sicie, wrzucamy do gara, zalewamy 1,5-2 litrami wody. Gotujemy bez przykrycia ok. 25 min. Próbujemy i ewentualnie dosłądzamy do smaku. Dajemy kompotowi ostygnąć z owocami w środki i przecedzamy na drobnym sitku do dzbanka czy butelki.
Pijemy dla smaku i na zdrowie.

Zdrowy nie tylko, bo domowy, owocowy i pełen witamin. Zdrowy, bo owoce czarnego bzu działają napotnie, moczopędnie, antyprzeziębieniowo, przeciwgorączkowo i delikatnie przeciwbólowo. Czyli idealny napitek na jesień, smaczny i wspomagający odporność.
Cała roślina zawiera trującą sambunigrynę, dlatego nie można zjadać owoców na surowo i odrzuca się niedojrzałe owoce i szypułki. Jednak spokojnie, nie ma się czego bać, po zagotowaniu nic trującego w kompocie nie zostanie, kilka przeoczonych zielonych jagódek też nam nie zaszkodzi.

Łasuchom polecam pyszny dżem nie do kupienia w sklepach klik. Trzeba poświęcić trochę pracy i czasu, ale efekt jest wart każdej minuty.
Więcej o kompotach tu  i ich butelkowaniu na później tu.

środa, 10 września 2014

Wężymord z zasmażką

Wiem, że to zdjęcie jest bardzo kiepskie (szczególnie, że pomyślałam o zrobieniu fotki i wrzuceniu na bloga jak już było po części zjedzone :) , a danie prościutkie, ale smakuje zaskakująco świetnie jak na swój skromny wygląd i małą ilość pracy. Może być na kolację, przekąskę lub obiad (w wersji obiadowej, np. w towarzystwie jajka sadzonego, tofu smażonego w panierce tu albo dobrego mięska, np. smażonej krowy tu lub tu czy poczciwych schaboszczaków).

Skorzonera, zwana też czarnym korzeniem lub wężymordem (bo baaardzo daaawno temu sokiem z tej rośliny "leczono" w razie ukąszenia przez żmiję) to warzywo o czarnej skórce i śnieżno białym środku. Teraz zapomniane, ale kiedyś, jeszcze przed pierwszą wojną światową znane i niedrogie. Smakuje trochę jak pietruszka, trochę jak seler, trochę jak ziemniak, ale jednocześnie jest słodkawe i jakby trochę  jabłkowe, brzmi dziwnie, ale jest naprawdę pysznie. Jest to warzywo zawierające sporo skrobi, więc z tych bardziej sycących.

Potrzeba (w wersji na kolację dla 2 osób):
*2-3 korzenie wężymordu
*3-4 łyżki masła
*bułka tarta
*sól, pieprz
*drobno posiekane mała cebula, dwie pieczarki i duży ząbek czosnku
*opcjonalnie chlust białego wytrawnego wina
*ewentualnie (polecam) biała część średniego pora

Korzenie obieramy, te grubsze części kroimy wzdłuż na pół, mniejsze odrosty zostawiamy jak są. Jeśli lubicie pora, to przekrawamy go wzdłuż na pół przy gotowaniu na parze lub zostawiamy w całości przy gotowaniu w osolonym wrzątku. Gotujemy oprószone solą warzywa ok. 25 min. na parze (polecam ten sposób) lub gotujemy w osolonym wrzątku 25-30min.
W czasie kiedy warzywa się gotują robimy zasmażkę. Na maśle podsmażamy czosnek i cebulę, chwilę potem dodajemy pieczarki, wrzucamy szczyptę lub dwie soli. Jak dodatki będą już miękkie wsypujemy hojną garść bułki tartej i przesmażamy chwilę cały czas mieszając. Opcjonalnie wlewamy chlust wina (na oko to chlust ma u mnie 3-4 łyżki) i mieszając odparowujemy płyn. Jeśli po chwili masa nadal będzie papkowata, to dosypujemy jeszcze trochę bułki i chwilę smażymy cały czas mieszając, aż zasmażka będzie miała grudkowatą, suchą konsystencję jak typowa złocista zasmażka z masła i tartej bułki. Ogólnie zasmażkę robi się niecałe 10 min. (albo 5 min. bez wina) cały czas mieszając, żeby się masło nie przypaliło. Warto zacząć ją robić dopiero pod koniec gotowania warzyw. Jeśli już taką robiliście to wiecie, że to żadna filozofia.
Warzywa układamy na talerzu, posypujemy obficie zasmażką, prószymy świeżo mielonym pieprzem.
Wygląd dania bez fajerwerków, w smaku jest super.


Nie jest łatwo kupić skorzonerę, ja spotkałam ją u Majlertów, jeśli macie blisko na warszawską Białołękę to polecam gorąco się tam wybrać. A jak nie macie blisko tam, ale spotkacie czarne korzenie gdzieś na bazarku, to bez wahania zakupcie. Pycha i zdrowe w dodatku.
PS jak kupię przy okazji następnej wizyty w gospodarstwie to zamieszczę też fotki samych korzeni, bardzo są malownicze.

czwartek, 24 lipca 2014

Kiszone pomidory

Ukochany pożerając pierwszego kiszonego pomidora nie mógł się nadziwić dlaczego wszyscy kiszą tylko ogórki, skoro pomidory są takie dobre i tak samo łatwe jak ogórki. Ja za to zastanawiałam się dlaczego, u licha, zrobiłam je dopiero teraz skoro obiły mi się o oczy już ze dwa lata temu.
Bardzo smaczne, idealne na upały, z wyraźną nutą kopru i czosnku.
Do zjedzenia same, na kanapki, do sałatki.
Przykład super szybkiej, prostej i pysznej sałatki:
Pokrojone kiszone pomidory wymieszane z posiekaną cebulką dymką, pieprzem i olejem lnianym/aromatyczną oliwą/olejem orzechowym/innym olejem jaki lubicie.
Mniam. 

Potrzeba:
-5 twardych pomidorów,
-kilka gałązek kopru,
-4-5 ząbków czosnku,
-łyżeczka ziaren gorczycy, kilka ziaren pieprzu, nieduży liść laurowy, opcjonalnie (jeśli lubicie pikantne) mała suszona papryczka pepperocino lub pół łyżeczki grysu z chilli,
-sól 15-20g na 0,5l wody,
-jeśli mamy pomidory z gałązką, to ją też dodajemy

Pomidory wkładamy na krótką chwilę do garnka z wrzącą wodą i obdzieramy ze skóry. Mniejsze kroimy na połówki, większe w ćwiartki. W gorącej wodzie (może być ta, w której oparzaliśmy pomidory) rozpuszczamy sól.
Na dno wyparzonego dużego słoika wkładamy przyprawy, nacięte ząbki czosnku, pomidorową gałązkę lub dwie (i/lub 2-3 pomidorowe liście), połowę kopru.
Ciasno układamy pomidory. Przykrywamy pozostałym koprem. Zalewamy przestudzoną zalewą. Staram się czy to w ogórkach czy pomidorach tak zaklinować gałązki kopru o zwężenie u góry słoika, żeby po zalaniu zalewą nic nie wystawało, jeśli to się nie uda trzeba przycisnąć wierzch małym spodeczkiem, płaskim kamieniem, itp. Przykrywamy, ale nie ma to być szczelne przykrycie, luźno nałożoną pokrywką lub gazą.
Czekamy.
W upalne dni pomidory można jeść już po dwóch dobach, w chłodniejsze po trzech czy czterech. Dobre są wtedy jak przestaną smakować jak pomidory w słonej wodzie, a nabiorą posmaku kiszonych ogórków. Jak już będą dobre chowamy do lodówki. Nie ma sensu kisić więcej na raz, bo najsmaczniejsze są przez dwa dni, potem papkowacieją i robią się coraz mniej smaczne.
Całość roboty zajmie nam góra 15 min. (nie licząc czasu na ostygnięcie wody).

A tu pomidory już ukiszone. Jak widać na przykładzie pomidora w miseczce nie rozciapały się i zachowały kształt.
Uwagi techniczne:
*Gałązki od pomidorów, a jak mamy własne krzaczki, to i liście smakowicie podkręcają aromat, ale oczywiście nie są niezbędne.
*Nie polecam pomidorów malinowych. Z początku są bardziej aromatyczne, ale potem robią się papkowate, trudno je wyjąć ze słoika i w efekcie końcowym są mniej smaczne, niż takie tańsze, zwykłe pomidory.
*Jeśli czosnek jest młody i ma ładną, zdrową łupinę, to ząbków nie musimy obierać.
*Do kiszenia nadają się tylko letnie gruntowe pomidory, te zimowe, szklarniowe czy spod folii często psują się niejadalnie, a nie smacznie kiszą.
*Na pierwszym zdjęciu gościnnie występuje nastaw na ocet jabłkowy.

piątek, 27 czerwca 2014

Awanturka z serka tofu. Jedna swojska, druga po japońsku.

Jeśli choć trochę znudziło się Wam zjadanie na śniadanie kanapek z żółtym serem czy szynką, to proszę, proponuję pasty kanapkowe z tofu. Mnóstwo smaku i bogactwo różnych zdrowych składników odżywczych. W dodatku są niedrogie o ile macie pod ręką jakiś autentycznie azjatycki sklep (w Warszawie znam jeden przy Hali Mirowskiej i jeden absolutnie rewelacyjny pod dachem centrum handlu barachłem, czyli na Marywilskiej 44). Kostka tofu kosztuje w takim sklepie 3,50 i  przy okazji możecie też nabyć słoik rewelacyjnego marynowanego czosnku i pyszną kiszoną kapustę bok choy. Jeśli kupicie tofu w markecie lub sklepie ze zdrową żywnością cena pasty trochę wzrośnie.

Tofu jest jedną z moich kulinarnych miłości, co zwykle wywołuje zdziwienie, bo większość polskiej populacji uważa, że to coś co jedzą tylko wegetarianie oraz, że to coś paskudnego, bo bez smaku...
Tak jak u nas żółty ser czy ziemniaki, tak tofu to zupełnie zwykły składnik pożywienia w Chinach, Indiach, Tajlandii, Wietnamie, Japonii... Tam opinia, że jest tylko dla wegetarian wywołałaby mocne zdziwienie.
A że jest bez smaku? No tofu nie je się przecież w czystej postaci, to genialny produkt, o świetnej konsystencji, któremu można nadać 1000 smaków...


Na fotce kostki tofu wyłowione przez skośnooką, nie mówiącą po naszemu i bardzo ładną sprzedawczynię z czerwonej plastikowej skrzynki, gdzie pływały sobie w sojowej serwatce. Do każdej pasty użyłam pół kostki, ale kostki z "cywilizowanego" sklepu, z foliowym opakowaniem i wydrukowaną na nim datą ważości są o połowę mniejsze.


Awanturka po japońsku:
*tofu, ok. 200g,
*łyżka oleju sezamowego, jedna lub dwie łyżeczki sosu sojewego, pieprz, ewentualnie sól,
*płaska łyżeczka wakame i płat nori (jak do sushi), jeśli nie macie wakame (które zdecydowanie warto mieć), to dajemy 2-3 płaty nori,
*czubata łyżka pestek słonecznika (ja wolę nie prażone, ale możecie uprażyć, jeśli chcecie),
*czubata łyżka białego sezamu i druga czarnego (albo dwie białego, jak nie macie czarnego),
*ok. 1/2 szklanki drobno posiekanej zieleniny; obowiązkowa jest cebulka dymka i zielony ogórek (wykrajamy wodnisty środek z pestkami), a poza tym co kto lubi, pasować będzie biała rzodkiew, rzodkiewki, rzepa, kalarepka, sałata rzymska lub lodowa, zielona lub biała papryka, cukinia (tak, można ją jeść także na surowo), kawałek startej na grubych oczkach marchewki, kawałek drobno posiekanej białej części pora, itp., itd.,
*opcjonalnie (polecam!) czubata łyżka wiórków suszonego tuńczyka bonito (kolejny po wakame genialny japoński wynalazek),
*na wierzch kanapki można nałożyć trochę ikry lub strzępki wędzonego łososia

Wakame zalewamy w szklance ciepłą wodą. Widelcem wyrabiamy tofu na gładką masę z olejem, sosem sojowym i pieprzem, próbujemy, ewentualnie dosalamy. Całość powinna być trochę bardziej słona niż lubimy, bo potem domieszamy niesłone dodatki. Wakame odciskamy z wody, siekamy, nori tniemy nożyczkami na małe kawałki. Wrzucamy glony, pestki i ewentualnie wiórki bonito do tofu i mieszamy, potem mieszając po trochu dorzucamy zieleninę. Zieleniny powinno być dużo, ale bez przesady, żeby całość była pastą kanapkową, a nie sałatką. Próbujemy i ewentualnie dosalamy albo dodajemy pieprzu.
Rozsmarowujemy grubą warstwę pasty na chlebku, można na wierzch nałożyć trochę kawioru lub wędzonego łososia. Najlepiej smakuje na dobrym, ciemnym chlebie na zakwasie.

Awanturka swojska:
*ok. 200g tofu,
*łyżka oleju lnianego, orzechowego, z pestek dyni lub łyżka aromatycznej oliwy, co kto woli,
*sól, pieprz
*opcjonalnie (WARTO!) łyżeczka zmielonej, np. w młynku do kawy lub utłuczonej w moździeżu czarnuszki,
*2 łyżki pestek słonecznika albo po 1 słonecznika i dyni,
*ok. 3/4 szklanki luźno ułożonej drobno posiekanej zieleniny, co Wam fantazja i chętka podpowie, sałata, cebulka dyma, czosnek, zioła (może być natka pietruszki, koperek, bazylia, tymianek, rozmaryn, oregano...), por, kalarepka, papryka w waszym ulubionym kolorze, cukinia, ogórek, rzodkiew, rzepa, rzodkiewki, pomidory (bez mokrego środka), itp., itd.

Robi się tak samo jak awanturkę po japońsku. Najpierw wyrabiamy tofu z olejem, przyprawami i czarnuszką, potem dorzucamy pestki, mieszamy, następnie po trochu dorzucamy zieleninę, ile się da, żeby masa nie straciła konsytencji pasty kanapkowej. Tu zieleniny powinno "wejść" trochę więcej, bo do tej samej ilość tofu nie dajemy glonów.
Do tej pasty pasuje właściwie każde pieczywo na jakie mamy ochotę.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Smażona krowa, czyli steki

Jeden z moich ulubionych sposóbów na krowie truchło (obok carbonade, tatara i cytrynowej krowy).
Prosty i przepyszny.

Potrzeba:
*kawałek wołowiny na steki (np. rostbef, a jak kto bardziej zamożny to polędwica) ok. 150g na osobę,
*sól, pieprz
*olej do smażenia

Na patelni rozgrzewamy olej, np. rzepakowy. Umyte i osuszone papierowym ręcznikiem plastry krowy prószymy świeżo mielonym pieprzem z obu stron. Mięso nie może być z lodówki, musi być w temperaturze pokojowej. Takie zimne prosto z lodówki po wrzuceniu na patelnię za bardzo wychłodzi tłuszcz. Mięso będzie trzeba smażyć dłużej, nie zrumieni się tak ładnie jak powinno i a nawet może nasiąknąć olejem.
Steki kładziemy na mocno rozgrzany tłuszcz i smażymy aż do zrumienienia (1-2 minuty), odwracamy i smażymy do zrumienienia drugą stronę mięcha. Zaraz po zdjęciu z patelni, jeszcze gorące prószymy z obu stron solą. Nie solimy wcześniej, bo mięso stwardnieje.
Powinny być brązowe, ostro przysmażone z wierzchu i różowe lub nawet krwiste w środku (wedle gustu).
Przepyszności

Podajemy z sałatą lub krótko gotowanymi, chrupkimi jarzynami (fasolka, brokuły, kalarepka, młode marechwki, itp., itd.). Frakcją skrobią mogą być ziemniaczki z wody lub w postaci puree albo świeże pieczywo, albo grzanki z masełkiem, co kto woli.


PS
Jedyne do czego musimy się przyłożyć to wybór mięsa. W Polsce nie jest tak łatwo znaleźć wołowinę nadającą się na krótko smażone steki. Nie prawdą jest ogólne przekonanie, że wołowina w polskich sklepach, to stare krowy mleczne, które już nie dają mleka, takie krowy są dostępne tylko w postaci mocno przetworzonych wędlin lub karmy dla psów czy kotów. Większość wołowiny dostępnej na bazarkach to owszem młoda wołowina, ale są to młode byczki ras mlecznych. Taka wołowina spokojnie da radę w gulaszu czy bitkach, ale nie w krótko smażonych stekach, do tego potrzeba kawałka krowiego truchła rasy mięsnej. Po prostu trzeba się rozjerzeć za mięsem droższym, ale nadającym się na mięciutkie, kruche, krwiste steki (jest na pewno w Lidlach, Biedronkach i Makro, nie to że reklamuję, po prostu wiem, że tam można takie kupić, ale to na pewno nie jedyne sklepy mające w ofercie taką wołowinę, trzeba się rozejrzeć). A że drogo? No cóż, co kto woli. Jest tyle pysznych warzyw, kasz i strączkowych na rynku, zdecydowanie smaczniej i zdrowiej zjeść rzadziej lepszej jakości mięso niż codziennie opychać się tańszymi produktami mięsopodobnymi. Mam na myśli nie tylko wędliny, ale też produkowane przemysłowo i karmione syfiastymi paszami na porost mięśni kurczaki i świnki.

wtorek, 3 czerwca 2014

Syrop z kwiatków mniszka

C.D. tego posta, w którym nastawione zostały takie właśnie cudaki.

 

W tym poście syrop, później będzie o occie. Sezon na mniszkowe kwiaty już za nami, ale tak to już jest z różnymi nastawami, na efekty trzeba poczekać.

Syrop jest super :) Gęsta, słodka, lepka, aromatyczna masa z płatków, pachnąca mniszkowo-miodowo.
Robi się go tak:
Kwiatki wytrząsamy z ewentualnych mieszkańców (raczej unikamy opcji płukania ich, bo pozbędziemy się wtedy żółciutkiego pyłku).
Przygotowujemy wyparzony słoik i wrzucamy do niego oberwane z kwiatków płatki i środek z pręcikami i pyłkiem (dlatego na syrop zbieramy młodsze kwiatki zaraz po otwarciu się pączków, te starsze mają w środku waciany zaczątek przyszłego dmuchawca).
Układamy warstwę płatków (1,5-2 cm), przesypujemy brązowych cukrem, ugniatamy...
i tak aż wypełni się słoik (albo skończą kwiatki).
Wierzch polewamy 4 łyżkami spirytusu.
Przykrywamy luźno nałożoną wyparzoną pokrywką i odstawiamy na tydzień. Nasz syrop w tym czasie nabierze smaku i niestety sporo straci na objętości. Potem zakręcamy szczelnie i wkładamy do lodówki.
Syrop można przechowywać do 4 miesięcy.
U mnie słoik 300ml, chociaż teraz żałuję, że nie zrobiłam więcej, na szczęście mikstura jest bardzo aromatyczna i nie trzeba jej dużo, żeby coś smakowo "zamniszkować".

 Tak, tylko tyle zostało z całego słoika.

Jest to syrop z mniszka według prof. Ożarowskiego, jednak nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmieniła. Dałam brązowy cukier zamiast zwykłego i tej zmianie całość zawdzięcza wyraźną miodowo-karmelową nutę. Dałam też więcej spirytusu, który jest wyczuwalny w efekcie końcowym. Taki alkoholowy akcent bardzo mi pasuje do tej słodkiej, aromatycznej masy, ale jeśli nie lubicie czekoladek z alkoholem czy mocno nasączanych ciast, to dajcie tylko jedną łyżkę spirytusu jak w oryginalnej recepturze. Odrobina alkoholu jest potrzebna, żeby było zdrowiej, bo rozpuszczają się w nim różne zdrowe substancje z kwiatków i pyłku.


Jak już mamy syrop możemy sobie zrobić mniszkową czekoladę, a mniszkową czekoladą można przełożyć wafle. Dodatek mniszkowego syropu wyniesie na wyższy poziom smaku zwykłe bajaderki lub trufleki czekoladowe. Mam też w planach naleśniki z serem na słodko, z masą serową z dodatkiem mniszkowego syropu. Twaróg już czeka w lodówce, dam Wam znać jak wyszło.

PS (04.2015) oczywiście zapomniałam o napisaniu jak wyszły naleśniki. Smacznie bardzo wyszły, mniszek i ser biały to bardzo wdzięczne połączenie. A największym hitem zaraz po waflach z powyższego zdjęcia był sernik aromatyzowany skórką cytrynową i mniszkowym syropem
PS (11.2015) ocet też wyszedł bardzo smaczny (ale zupełnie nie spotkał się z uznaniem Połówka, który uznaje tylko ocet spirytusowy). Ale posta o occie to jeszcze chyba długo nie będzie, bo octy to temat rzeka i na razie nie czuję się dostatecznie ekspercko, żeby się o nich wymądrzać. Co nie oznacza, że nie namawiam do nastawiania.

czwartek, 22 maja 2014

Ot, kanapka. Żurawiny i ser.

Niby nic, ot kanapka, teoretycznie nie ma o czym pisać.
Ale jaka dobra ta kanapka.
Jak nie będziecie mieli pomysłu na kolację, to proszę. Już macie pomysł :)

Potrzeba:
-świeżutka, mięciutka ciabatta,
-masło,
-żurawina lub borówki jak do mięsa,
-kilka listków świeżej melisy,
-aromatyczny, długodojrzewający żółty ser

Jak zrobić kanapkę, to chyba nie muszę pisać :)


Jeśli konieczniemy chcemy jakieś mięso, to pasować będzie szynka szwarcwaldzka lub podsmażone na chrupko cienutkie plasterki wędzonego boczku/bekonu. Jeśli ktoś nie jest fanem ostrych żółtych serów można dać wędzony oscypek.

PS nie pomijajcie melisy, bez niej to już nie będzie to samo.

wtorek, 20 maja 2014

Ziemniaki pieczone, z piecyka, a jak ogniskowe

Bardzo smakowite.
Nie jest to jednak przepis na ziemniaki w ich zwykłej obiadowej roli, czyli jako dodatku do mięsa. To ziemniaki grające pierwsze skrzypce, są bardzo sycące, a ich smak i aromat będzie dominował na talerzu. Stanowią bazę obiadu i na mięso nie będzie już miejsca.
Podejmy je z surówką, sałatą czy warzywami (polecam ze szparagami, fasolką szparagową lub brokułami), do tego może być jajko na twardo/miękko/sadzone albo zsiadłe mleko/kefir/maślanka.
Nieźle będzie też tak: na talerzu same ziemniaki, a obok kubek chłodnikopodobny, czyli kubek z kefirem/maślanką/zsiadłym mlekiem wymieszanym z posiekaną drobno ulubioną zieleniną (szczypiorki, natki, koperki, rzodkiewki, ogórki, botwinki, kiełki, pomidory, itp., itd.) oraz odrobiną soli i pieprzu.
Smakowity, pełnowartościowy i sycący obiadek, nie tylko na piątek.

Potrzeba (na 2 osoby):
-8-10 niedużych ziemniaków,
-5 łyżek mąki żytniej (chlebowej nie razowej),
-czubata łyżka wędzonej słodkiej papryki (jak nie macie to trudno, bez niej ziemniaki będą mniej ogniskowe, ale nadal pyszne),
-nieczubata łyżka soli


Na talerz wysypujemy mąkę i przyprawy, mieszamy.
Ziemniaki myjemy dokładnie, większe kroimy na pół. Staramy się wybrać bulwy z ładną, cienką skórką i wtedy ich nie obieramy. Mokre ziemniaki dokładnie, grubą warstwą obtaczamy w mące z przyprawami. Układamy pojedynczą warstwą w żaroodpornym naczyniu albo na papierze do pieczenia.
Pieczemy w 200 stopniach ok. 1 godziny (u mnie zwykle to 1 godz. 15 min., ale ja na razie piekę w gazowym piecku kuchenki starszej ode mnie :). Długość pieczenia zależy od wielkości ziemniaków i rodzaju piekarnika, kartofelki wyciągamy kiedy będą miękkie w środku.


Przyznam, że za pierwszym razem nie byłam pewna co z tego wyjdzie. Czy ziemniaki pieczone bez oliwy, bez przykrycia będą się nadawać do zjedzenia i nie wyschną na wiórek. W połowie pieczenia ziemniaki były nadal całkiem twarde i zastanawiałam się czy w ogóle zmiękną przez najbliższe 2 godziny. Po godzinie dało się przebić widelcem skorupkę, w środku były już miękkie, ale twarda skórka na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądała na jadalną.
Wszystkie te obawy okazały się bezpodstawne, chrupiąca skorupka jest pyszna i kryje w sobie mięciutkie, aromatyczne wnętrze. Zupełnie inny smak niż kartofel gotowany.

Na początku popełniłam takie pieczone w mące ziemniaki z tego przepisu, stąd mąka żytnia zamiast pszennej, dodaje ziemniakom boskiego zapachu świeżo pieczonego żytniego chleba. Niedawno natknęłam się na ten przepis i ukradłam dodatek wędzonej papryki, co pysznie podkręciło smak i nadało pyrkom posmaku jesiennego ogniska.

wtorek, 6 maja 2014

Żółto i mniszkowo, kwiatki mniszka w cieście

Zakochałam się ostatnio w pewnym blogu, o w tym, Herbiness.
Zanudzałam linkami do postów z tego bloga znajomych na fejsie, a teraz czas, żeby pojawił się blogu. To na pewno nie ostatni wpis inspirowany alchemicznymi, magicznymi wręcz recepturami z Herbiness. Mam w planach wypróbowanie wielu z nich, a że królikowi Ziomkowi szykuje się wyprowadzka za około dwa miesiące z warszawskich bloków na podwarszawską wiochę, to zyskam swobodny dostęp do zielsków. Wtedy popuszczę wodze kulinarnej chwastowej wyobraźni. Na mojej przyszłej własnej wiosce wystarczy, że z nożyczkami w ręku wyjdę na podwórko i już pełno pysznego zielska mam pod ręką.
Na ten przykład żółciutkie, słoneczne mniszki.


Te zasłoikowane, to z moich przyszłych włości. Natomiast kwiatki w cieście pochodzą z ogródka teściów i smażone były gościnnie w kuchni teściowej (bo na moich przyszłych włościach kuchni jeszcze nie ma).
Smażone mniszki w cieście naleśnikowym są bardzo, bardzo, bardzo smaczne (przepis będący moją inspiracją tu).

Potrzeba:
-mąka pszenna,
-jajko,
-200ml mleka,
-szczypta soli, 2 łyżki miodu, 3 łyżki maku, pół łyżeczki startej skórki z cytryny,
-kwiatki mniszka

Do miski wbijamy jajko, wlewamy mleko i przyprawy (czwarta gwiazdka listy składników), i energicznie rozkłócamy widelcem, co by się wszystko dobrze wymieszało. Do masy dodajemy po trochu mąkę, cały czas mieszając, aż całość będzie miała konsystencję gęstej śmietany.
Kwiatki mniszka (bez łodyżek) wytrząsamy z ewentualnych mieszkańców (albo jak musimy płuczemy w misce z wodą, ale namawiam do odwagi i nie mycia, bo myjąc kwiatki pozbywamy się cennego kwiatowego pyłku, który nie tylko jest aromatyczny, ale też i zdrowy). Wrzucamy do ciasta, mieszamy.
Smażymy na lekko natłuszczonej patelni grube naleśniki. Dodatek miodu sprawia, że łatwo się przypalają, więc trzeba ich pilnować.
Ilość kwiatków jest dość dowolna, u mnie było ok. 10 sztuk na naleśnik, ale smaczniej by było jakby dać ich ze dwa razy więcej. Żółciutkie kwiatki nadają naleśnikom kwiatowy, lekko gorzkawy, ale i słodki jednocześnie posmak. Z ciastem doprawionym miodem, skórką z cytryny, makiem i miodem komponują się wybornie.


Bardziej malowniczo będą wyglądać kwiatki pojedynczo smażone, kwiatek na łodyżce maczamy w cieście i kładziemy na patelni, smażymy z obu stron. Pierwszą partię mniszków ambitnie tak właśnie usmażyłam, ale więcej pojedynczo ich smażyć nie będę (no chyba, że akurat będę miała potrzbę, żeby było ładniej na talerzu :). Takie kwiatki w cieście wyglądają ślicznie, ale są bardziej pracochłonne, a efekt smakowy jest podobny, dlatego resztę po prostu wmieszałam do ciasta (bez łodyżek, krótko je ucięłam przy kwiatku). Smakują wtedy równie dobrze, a smażenie jest o wiele łatwiejsze i łatwiej je zjeść.
To jest pyszne :) Polecam.


A na swoich przyszłych włościach nazbierałam 371g kwiatków, czyli kilka słusznych garści, okazało się to wcale nie trudne i niezbyt czasochłonne, bo mniszki lubią rosnąć stadami.
Z tych kwiatków nastawiłam ocet mniszkowy i słoik syropu mniszkowego (ocet mniszkowy u Herbiness). Jak samkuje napiszę późnię, jak się dowiem co z tego wyszło. Syrop mniszkowy (ten najmniejszy słoik) już po dobie pachnie pysznie, ale spróbuję go dopiero za tydzień, bo tyle powinien się macerować. Z octem to dłuższe ćwiczenie cierpliwości, bo na efekty trzeba poczekać 3 tygodnie.


Uszaty potwór oczywiście też wtrynił swoje trzy grosze w produkcję mniszkowych przysmaków. Zwierzu uwielbia mlecze, a takie ich nagromadzenie w kuchni musiało mu pachnieć niezwykle kusząco. Puchata bestia nie dała mi spokoju w kuchni, póki nie dałam mu słusznej porcji kwiatków, które błyskawicznie zniknęły w wąsatej mordce.

piątek, 18 kwietnia 2014

Urodzinki królika

Dziś świętujemy 5 urodziny potwora puchatego.
Ziomek zaczyna szósty rok swojego żywota i choć u królików oznacza to, że powoli zaczyna wkraczać w wiek królika seniora, to zwierzu energii nadal ma mnóstwo, bryka i psoci. Zdaje się, że będzie wesołym i żwawym panem po 50-tce :)
Pan i pani królika mają nadzieję, że będzie na tyle dzielny, zdrowy i żywotny, co by Maleństwo miało okazję go zapamiętać, a nie znać tylko ze wspólnych fotografii.
Rodzinka życzy uszakowi wiele zdrowia, a pancia z tej okazji postarała się o prezent, czyli sporą gałąź lipy z dużą ilością świeżutkich, zieloych listków i paczkę suszonych płatków kwiatów.


czwartek, 17 kwietnia 2014

Młoda kapustka, mniej tradycyjnie, z białym winem

Miałam zrobić tradycyjną młodą kaputkę (tu), ale na stole w kuchni stało wytrawne białe wino, czekając, aż użyję go do zrobienia marynowanego czosnku (czosnek nastawiony, ale to mój pierwszy raz i dopiero zobaczę co z tego wyjdzie).
Stało tak sobie i pomyślałam, że tradycyjną wersję kapustki zrobię kiedy indziej, a dziś czas na eksperymenty.
Bardzo pysznie wyszło.

Potrzeba:
- niewielka główka młodej kapusty (0,8 - 1 kg),
- duża cebula i 3-6 sporych ząbków czosnku (zależy jak czosnkowo lubicie, ja dałam 6),
- duży pęczek koperku i pół pęczka natki pietruszki,
- 300 ml białego wytrawnego wina
- sól, pieprz, łyżka curry*, chlust maggi,
- czubata łycha masła i oliwa do smażenia

Kapustę szatkujemy (ja lubię w większych kawałkach, ale wy kroicie jak chcecie), cebulę kroimy w półplasterki, czosnek niezbyt drobno siekamy. Wszystko partiami podsmażamy na patelni, kolejne podsmażone partie wrzucamy do gara, do którego wcześniej wlaliśmy wino z rozmieszanymi w nim przyprawami. Lekkie skarmelizowanie brzegów niektórych kawałków kapusty czy cebuli tylko podkręci smak. Listki natki i koperku kroimy grubiej, łodyżki drobno, dorzucamy, porządnie mieszamy całą zawartość gara.
Na wierzch kładziemy łychę masła i włączmy gaz.
Dusimy na wolnym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż do pożądanej miękkości kapusty (ja wolę taką jeszcze lekko chrupką, al dente).

Podajemy z tłuczonymi ziemniakami i jajkiem sadzonym albo ziemniakami i mięskiem, lub z łososiem, albo tak jak ja dziś na śniadanie po prostu z pieczywem.

*z dotychczas przetestowanych najbardziej lubię curry kamisa, ale oczywiście dodajecie to, które lubicie najbardziej

sobota, 12 kwietnia 2014

Zupa z liści, rzodkiewkowo-sałatowa

Lubię bardzo liście rzodkiewek, ale rzadko wykorzystuję je w kuchni. Raz, że zwykle są zżółkłe i brzydkie, dwa, że większość jest pędzona nawozami i liście zawierają mnóstwo azotanów i azotynów (jak zresztą większość tych najwcześniejszych nowalijek).
Tym razem jednak trafił mi się ładny i wielki pęczek ze świeżutkimi, zielonymi liśćmi, aż szkoda było wyrzucić; a że trochę azotanów raz na jakiś czas nie zabija, to zapraszam Was na smakowitą zupę z liści.
Niby niewiele składników, ot zupa, taki tam zielony krem, ale jest pyszna, a dzięki ziemniakom jest bardzo pożywna i spokojnie wystarczy na sycący obiad.

Potrzeba (na obiad dla 2 os.):
-duży pęczek rzodkiewek z ładnymi liśćmi,
-nieduża główka sałaty rzymskiej lub masłowej,
-nieduża cebula i 4 ząbki czosnku,
-8-10 średnich ziemniaków,
-bulion warzywny lub woda i opakowanie zupki typu gorący kubek (np. serowa, brokułowa, jarzynowa lub krem z kury),
-sól, pieprz, szczypta ziół prowansalskich,
-masło,
-kiełki rzodkiewki, listki bazylii, rzodkiewki, liście sałaty i grzanki do podania


Bulionem lub wodą (ok. 750 ml) zalewamy drobno pokrojone ziemniaki i gotujemy do miękkości. Na maśle (2 łyżki) szklimy cebulę i czosnek, i wraz z masłem z patelni dodajemy do ziemniaków pod koniec gotowania. Wrzucamy liście z pęczka rzodkiewek razem z łodyżkami i większość sałaty (zostawiamy te najmłodsze listki ze środka) i jak troszkę zmiękną (mają się tylko zblanszować, a nie ugotować) wyłączmy gaz. Jeśli użyliśmy wody, a nie bulionu, to teraz dorzucamy do garnka saszetkę zupki typu gorący kubek i mieszamy (najlepszy będzie krem brokułowy lub jarzynowy, fajnie też smakuje serowa, ale ma intensywny smak i będzie mocno wyczuwalna w smaku).
Zostawiamy żeby trochę przestygło (chyba że macie blender, który daje radę i w gorącym) i miksujemy na krem, jeśli jest zbyt gęste dodajemy trochę wody lub bulionu.
Do kremu dodajemy zioła, pieprz i sól do smaku. Całość stawiamy na gaz, często mieszając doprowadzamy do wrzenia i gotujemy kilka minut.
Rozlewamy na talerze i wrzucamy na środek 2-3 posiekane rzodkiewki, trochę kiełków, pocięty w drobne paseczki liść sałaty i liść lub dwa bazylii, wokół posypujemy grzaneczkami (u mnie kupne, ziołowe).
Smacznego zielonego.

A kiedyś będę mieć ogródek i własne rzodkiewki, wtedy ich liście znacznie częściej będę zajadać w sałatkach i zupach. Wtedy dostaną się też Ziomkowi, bardzo je lubi, ale kupnych nie dostaje, bo króliki są znacznie bardziej wrażliwe na szkodliwą chemię w jedzeniu niż ludzie.

Zupka inspirowana przepisem z ulotki sklepowej tu.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Bakłażanowe spaghetti niby bolognese

Jakoś tak wyszło, że znalazłam w lodówce bakłażana, który zapodział się tam i prosił się o szybkie zjedzenie. Został więc szybko zjedzony w sosie do spaghetti. Nie chciało mi się kombinować, więc zrobiłam sos jak bolognese tylko zamiast mielonego wystąpił bakłażan.
Nie wiem czemu nie wpadłam na to wcześniej. Może po prostu o najprostsze pomysły najtrudniej, a do tej pory nie miałam zmęczonego życiem, samotnego bakłażana w prawie pustej lodówce.
Nie to, że nie lubię klasycznego sosu z mielonym mięskiem, ale bakłażany ubóstwiam i jakby mi życie dało do wyboru nigdy już nie zjeść spaghetti z mielonym albo z bakłażanem, to na przyszłość śmiało wybieram bakłażany.
Warzywo- czy mięsożrecy spróbujcie oberżynowego spaghetti. To jest pyszne.

Potrzeba (na 2 głodne osoby):
-średni bakłażan,
-puszka krojonych pomidorów i 2-3 łyżki koncentratu pomidorowego,
-niewielka cebula i 2-6 ząbków czosnku (w zależności od tego jak bardzo czosnkolubni jesteście, my jesteśmy bardzo, więc daję 6 i robię bardzo czosnkowe spaghetti),
-oregano, sól, pieprz, szczypta chilli (jeśli lubicie)
-parmezan lub pecorino oraz posiekana świeża bazylia
-świeżo ugotowany w osolonej wodzie (ale koniecznie nierozgotowany) makaron spaghetti (warto rozejrzeć się i wybrać ten, co ma w składzie 100% pszenicy durum, będzie lepszy niż udawacze niestuprocentowi)


Piękny, lśniący, o głęboko fioletowej barwie owoc oberżyny (czy ja już kiedyś wspominałam, że kocham bakłażany?) kroimy na plastry ok. 1 cm grubości. Na blacie kładziemy papierowy ręcznik, solimy go obficie i układamy plastry bakłażana, pruszymy porządnie solą z wierzchu i przykrywamy drugim papierowym ręcznikiem, dociskając go do powierzchni plastrów. Zostawiamy w spokoju na około 20 minut.
Cebulę siekamy niezbyt drobno, a czosnek dość drobno.
Plastry bakłażana dociskając wycieramy suchym papierowym ręcznikiem i potem mokre od słonego i gorzkiego soku papiery wyrzucamy. Połowę siekamy bardzo drobno, drugą połowę kroimy grubiej (gotowy sos będzie miał wtedy o wiele ciekawszą konsystencję).
Wstawiamy wodę na makaron, a na drugim palniku na dużej patelni przesmażamy na oliwie do smażenia z łyżką masła cebulę i czosnek. Potem dodajemy partiami bakłażana i przesmażamy. Dodajemy przyprawy i zalewamy pomidorami z puszki wymieszanymi z koncentratem, dusimy ok. 20 min. aż bakłażan zmięknie, a sos trochę odparuje.
Na talerz nakładamy spaghetti, sos i posypujemy z wierzchu startym serem i posiekanymi liśćmi bazylii.
Smacznego.

Fotki gotowego dania na razie nie będzie, bo jestem jełopa i zostawiłam mój aparat foto u teściowej prawie dwa tygodnie temu. Na razie macie więc zdjęcie bakłażana z mojego fotkowego archiwum,a jak już odzyskam aparat, to zrobię bakłażonowy sos ponownie i pokażę jak pysznie i czerwono się prezentuje.

PS z dn. 25.04
Dziś też było na obiad takie bakłażanowe niby bolognese. Pyszne i tym razem sfotografowane. Tym razem nie miałam bazylii, posypałam natką pietruszki, też smacznie, ale z bazylią lepiej.


wtorek, 25 marca 2014

Potrawa bardzo romantyczna, czyli duszone kurze serduszka

Duszone kurze serduszka to miał być romantyczny wpis walentynkowy, ale jakoś akurat 14 lutego czasu ani weny na pisanie nie miałam.
Taki gulasz to jednak potrawa nie tylko romantyczna, ale też pyszna i bardzo tania, i nawet zdrowa (bo serca są mięsem chudym i w żelazo bogatym). Dlatego, mimo że durne walentynki dawno minęły, to na romantyczny garnek pełen serduszek zawsze jest czas.

Potrzeba:
-butelka jasnego piwa,
-1kg kurzych serduszek,
-2 cebule,
-4-8 ząbków czosnku (ilość zależy od tego jak bardzo jesteście czosnkolubni, ja lubię dużo),
-kilka gałązek świeżego tymianku i z 10 igiełek świeżego rozmarynu (albo pół łyżeczki roztartego w palcach suszonego tymianku i szczypta suszonego rozmarynu),
-łyżka majeranku, liść laurowy, 2-4 kulki ziela angielskiego, sól, pieprz, ew. chlust maggi,
-masło,
-niepełna łyżka mąki ziemniaczanej do zagęszczenia sosu

Na początek jedyna wada tej potrawy, trzeba się troszkę napracować. Po umyciu serc pod bieżącą wodą ostrym nożem pracowicie ścinamy wystające z wierzchu żyłę i tętnicę oraz przerosty tłuszczu z każdego serduszka (ale to mięsko tak tanie i smaczne, że się opłaca poświęcić mu trochę czasu).
Na patelni rozgrzewamy oliwę do smażenia lub olej i partiami przesmażamy na ostrym ogniu serca, tak żeby się zrumieniły. Wrzucamy do garnka z grubym dnem. Na tą samą patelnię dodajemy troszkę świeżej oliwy i rumienimy cebulę, dodajemy do gara. Wrzucamy przyprawy, zioła i pokrojony w plasterki czosnek. Zalewamy piwem, jeśli piwa jest za mało uzupełniamy wodą, tak żeby płyn prawie zakrywał serca, dodajemy czubatą łyżkę masła.


Dusimy pod przykryciem na wolnym ogniu ok. półtorej godziny, czasem mieszając. Pod koniec gotowania rozrabiamy mąkę ziemniaczaną w ćwiartce szklanki zimnej wody, po czym powoli dodajemy do garnka intensywnie mieszając, żeby zagęścić sos.
Podajemy ze świeżo tłuczonymi z masłem ziemniakami lub kaszą gryczaną i surówką czy warzywami.


wtorek, 18 marca 2014

Owocowy wege bigos


Efekt bardzo smakowity i aromatyczny, kwaśny i słodkawy jednocześnie, z wyczuwalną nutką śliwek i miodu. Właściwie to wyszedł mi lepszy niż niejeden tradycyjny bigos z mięsem.
Trzeba go zrobić dzień wcześniej, żeby zdążył się przegryźć, bo zaraz po ugotowaniu nie jest taki dobry.
Ilość składników jest podana na wielki gar, tak żeby było na dwa obiady odrazu i jeszcze do zamrożenia (na fotce jest w litrowym kubełku, gotowy do wrzucenia do zamrażalnika).


Potrzeba:
-1,5 kg kapusty kiszonej,
-3 cebule,
-6 dużych ząbków czosnku,
-2 jabłka (takie raczej słodkie),
-2 gruszki,
-paczka (200g) suszonych śliwek*,
-duża garść suszonych grzybów,
-puszka krojonych pomidorów,
-1-3 łyżki ciemnego miodu, gryczanego lub spadziowego,
-1-2 łyżki wędzonej słodkiej papryki, 7 liści laurowych, łyżka ziarenek ziela angielskiego, łyżka jagód jałowca, łyżka majeranku, łyżeczka mielonego kminku, łyżka świeżo zmielonego czarnego pieprzu, ewentualnie sól lub chlust maggi (ale prawdopodobnie wystarczy słoność kapusty i nie trzeba dodawać soli),
-opcjonalnie orzeszki piniowe do podania

Grzyby zalewamy wrzątkiem, odstawiamy. Kapustę wrzucamy do gara z grubym dnem (sok spod kapusty na wszelki wypadek zostawiamy, gdyby w trakcie gotowania okazało się, że bigos jest za mało kwaśny). Gruszki i jabłka kroimy w niezbyt drobną kostkę (jeśli nie mają woskowanej skórki, to nie obieramy), śliwki siekamy, czosnek kroimy w plasterki i ładujemy do gara razem z puszką pomidorów.
Cebule kroimy w półplasterki i przesmażamy na maśle, dobrze jeśli część cebuli mocno się zrumieni i dodajemy do garnka razem z masłem.
Grzyby lądują w garze razem z wodą w której się moczyły, jeśli są w zbyt dużych kawałkach to można je przesiekać.
Dodajemy przyprawy (poza miodem), mieszmay dokładnie i wstawiamy na gaz. Gotujemy 1,5-2 godziny na małym ogniu, mieszając od czasu do czasu. Pod koniec gotowania dodajemy miód, po łyżce, do smaku w zależności od kwaśnościa kapusty.
Pożeramy z pieczywaem lub świeżo tłuczonymi ziemniakami.
Smacznie będzie jeśli tuż przed podaniem posypiemy porcję bigosu podprażonymi na suchej patelni orzeszkami piniowymi. Nie za dużo, bo są bardzo aromatyczne.

Bigos inspirowany tym przepisem. Zmodyfikowany, bo nie miałam chęci na nic mięsnego, a do tego w taką pogodę nie chciało mi się iść na zakupy po brakujęce składniki.
*Osobną sprawą jest brak wędzonych śliwek, ku mojemu niezmiernemu smutkowi mieszkając w Wawce bardzo trudno je dostać. Jeśli jednak je macie to oczywiście zamieniamy wędzoną paprykę na zwykłą, a zwykłe suszone śliwki na garść wędzonych.

poniedziałek, 10 marca 2014

Placki w stylu japońskim, czyli c.d. o wodorostach


Placki z glonami są potrawą uniwersalną. Wczoraj pożarłam je na śniadanie z kilkoma liśćmi sałaty, z surówką będą smacznym i sycącym daniem obiadowym (same albo w towarzystwie kawałka usmażonej w panierce lub upieczonej ryby), dobrze się sprawdzą także na kolację, można je wtedy posypać z wierzchu ikrą lub podrobioną wędzoną rybką (może być makrela, halibut, łosoś, co tam lubimy). Smakowite będą także w wesrsji wege, bez rybich domieszek, w wersji obiadowej można je podać z sałatką i aromatycznym tofu smażonym w panierce.

Potrzeba (na 2 os.):
*3 jajka
*3-4 łyżki sezamu (białego lub białego z czarnym)
*kilka łyżek mąki z grochu lub mąki gryczanej (można zastąpić pszenną razową, ale będą wtedy mniej smaczne, takie naleśnikowate w smaku)
*posiekana dymka, szalotka lub kawałek cebuli
*czubata łyżeczka wodorostów wakame (jak nie mamy od biedy można zastąpić pociętymi na drobne fragmenty trzema lub czterema płatami sushi nori)
*2-3 łyżeczki sosu sojowego, pieprz, ewentualnie trochę soli (ale słoność sosu sojowego raczej powinna wystarczyć)
*opcjonalnie, jeśli mamy (a polecam mieć i dodawać, bo są smakowite), 2 łyżki katsobushi, czyli suszonych wiórków z tuńczyka bonito

Wakame zalewamy letnią wodą, czekamy kilka minut, aż napęcznieją i kroimy (niezbyt drobno). Do miski wbijamy jajka, roztrzepujemy widelcem, wrzucamy wszystkie składniki poza mąką, mieszamy. Mieszając cały czas dodajemy po łyżce mąkę, aż do uzyskania gęstej, burej papki.


Smażymy na teflonowej patelni delikatnie przesmarowanej olejem (za pomocą silikonowego pędzelka, ewentualnie namoczonym w oleju papierowym ręcznikiem).

 
Właściwie to nie wiem czemu dopiero teraz zabrałam się za wpisy z glonami, choć są w mojej kuchni od kilku lat i je uwielbiam. Nie jest to orginalny japoński przepis tylko luźna wariacja w japońskim stylu smakowym.
Taką a'la japońską kuchnię bardzo polecam, bo jak już się zamówi składniki w rozsądnej cenie z allegro, to jest pyszna, zdrowa i wcale nie taka droga.
Jeszcze całkiem niedawno kuchnia japońska mnie onieśmielała. A potem wpadło mi w ręce kilka książek Murakamiego. Była w jednej z nich scena, gdzie gostek, student, zrobił sobie na prędce przegryzkę z ogórka i znalezionej w szafce puszki glonów. Olśniło mnie, przecież kuchnia japońska, to nie tylko sushi i skomplikowane, hermetyczne przepisy, to mnóstwo fajnych, żywych składników, które dla japończyków są zwykłe, i które nie raz przypadkowo łączą w ramach studenckiego stylu gotowania (od tego czasu zjadłam już nie jedną sałatkę z ogórkami, nori i wakame w roli głównej). Rys smakowy kuchni japońskiej bardzo mi odpowiada, mam sporo japońskich składników, które oswoiłam dzięki książkom Murakamiego.
Mniam, polecam, naprawdę nie ma co się bać japońskiej kuchni :)
Moje a'la japońskie potrawy są inspirowane głównie przepisami z bloga Japońska Kuchnia Karoliny i książeczki Kuchnia Japońska z serii Podróże Kulinarne dodawanej do gazety Rzeczpospolitej.

czwartek, 6 marca 2014

Słoneczna sałatka

Przypadkiem dobrałam się do mango zanim dojrzało.
Niezbyt dojrzałe mango jest dość dziwne, bo ma wyraźny posmak sosnowej żywicy (wprawdzie nie jadłam sosnowej żywicy, ale smakuje tak, jak ona pachnie :)
Na szczęście okazało się, że zbyt wczesne napoczęcie tego nienajtańszego owocu nie było równoznaczne z jego zmarnowaniem. Przypadkowa sałatka okazała się pyszna i będę ją powtarzać.
Bardzo dobrze komponuje się z rybą, kurczakiem lub schabowym kotletem usmażonym tylko z solą i pieprzem, bez panierki. Można też zjeść ją ze świeżą bagietką na kolację lub obiad w pracy.

Potrzeba:
*mango (takie twardsze, żeby nie było za bardzo dojrzałe i słodkie)
*awokado
*kilka rzodkiewek (nie są konieczne dla smaku, ale nadają przyjemnej chrupkości)
*drobno posiekana szalotka lub kawałek cebuli albo biała część dymki
*drobno pokrojone kilka liśći sałaty lodowej lub rzymskiej
*sok wyciśnięty z pomarańczy, trochę oleju z włoskich orzechów (ale nie więcej niż łyżeczkę, awokado jest tłuste samo w sobie), sól, pieprz, zgniecione pół niewielkiego ząbka czosnku

Dobrze mieszamy składniki sosu i mieszamy z pokrojoną resztą składników.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Pod ziołową kruszonką

Kruszonka, najlepsza część ciasta. Ale kto powiedział, że musi być słodka? Na wytrawnie też smakuje świetnie, szczególnie jeśli pod nią leżą sobie pory dosmaczone białym winem. Smakowite, wykwintne i proste jednocześnie.
My pożarliśmy je na kolację, ale mogą też być przystawką lub warzywną częścią obiadu.

Potrzeba (na 2 os.):
- duży por z grubą białą częścią
- sól i pieprz
- wytrawne białe wino
- mąka i bułka tarta
- ziołowy smalczyk roślinny Smakowita Pajda
oraz dla urozmaicenia koloru może być
- pomidor, szczypiorek, aromatyczny żółty ser

Pora myjemy, kroimy na kilka części i przekrawamy je wzdłuż na pół. Rozcięciem do góry układamy w posmarowanym oliwą żaroodpornym naczyniu (jedną warstwą), prószymy solą i pieprzem.
Łyżkę roślinnego smalczyku zagniatamy z mąką wymieszaną z bułką tartą (w proporcji pół na pół), dosypujemy mąki i bułki, aż ciasto będzie miało konsystencję mokrego piasku, trochę sypkiego i lepkiego jednocześnie.
Oblepiamy wierzch porów cienką warstwą ciasta (nie za grubą, pory zmniejszą się podczas pieczenia). Potem do naczynia wlewamy białe wino tyle ile się zmieści, żeby poziom wina nie dosięgnął kruszonki (ma się upiec, nie ugotować).
Wstawiamy do nagrzanego piekarnika (180stopni) na ok. poł godziny, aż pory zmiękną, a kruszonka się zrumieni.

Jeśli zostanie nam kruszonki, to dla ożywienia kolorów na talerzu możemy w osobnym naczyniu dołożonym do piekarnika 15 min po porach zapiec pomidory. Przekrajamy je na pół, wydrążamy środek, prószymy solą i pieprzem, wkładamy do środka straty ser i szczypiorek, przykrywamy ziołową kruszonką. Podajemy z listkiem bazyli.

Smakowita Pajda zaskoczyła mnie tym, że jest smaczna. Nie jestem fanem margaryn, więc otwierając pudełeczko spodziewałam się, że będzie jak każde inne smarowidło roślinne, a tu proszę, zasmakowało i będzie się w mojej lodówce pojawiać.
Przepis bierze udział w zabawie kulinarnej "Smakowita Pajda to kulinarna frajda", której sponsorem jest ZT Kruszwica S.A., producent smalczyku roślinnego Smakowita Pajda.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zielone jedzenie, wodorosty i makaron

Wakame, genialny wynalazek kuchni japońskiej. W mojej kuchni pożerane, np. w sałatce z ogórkiem, jajecznicy, zupie w stylu japońskim albo z tytułowym gryczanym makaronem soba.
Takie glony czekają sobie grzecznie w postaci suchej i skurczonej, aż będą potrzebne, wtedy wystarczy tylko zalać je wodą i już, są gotowe do zjedzenia.
Mają charakterystyczny morski smak, jednak w połączeniu z innymi składnikami tworzą smakowitą całość. Tym z Was, którzy lubią sushi smakować będą też same.
Skąd je zdobyć? Na ten przykład z Allegro, jak większość egzotycznych składników. Paczka 100g suchych glonów, to naaapraaawdę duuużo glonów po namoczeniu.


Ta mała sucha kupka, to czubata łyżeczka, a poniżej taka sama ilość po namoczeniu.

Potrzeba:
- warzywa: zielona papryka, seler naciowy, kawałek marchewki starty na tarce na grubych oczkach, cebula, por, brokuł, sałata lodowa lub rzymska, kalarepka, biała rzodkiew, itp. (oczywiście nie wszystkie na raz, dodajemy to, co akurat mamy w lodówce, konieczna jest tylko cebula i zielona papryka, a reszta według uznania)
- pestki: czarny i biały sezam, słoneczik, dynia, mogą też być orzeszki ziemne (najważniejszy jest biały sezam, reszta doda smaku, ale nie jest niezbędna),
- gryczany makaron soba lub pszenny udon (od biedy może być spaghetti),
- wakame (ewentualnie pocięte nożyczkami na małe kawki arkusze nori, takie jak do sushi),
-sól, pieprz, sos sojowy, masło

Gotujemy makaron, uważamy żeby nie rozgotować. Wakame wsypujemy do szklanki i zalewamy letnią wodą. Siekamy wybrane warzywa i wakame. Na patelni rozgrzewamy dwie łyżki masła, wsypujemy pestki i przesmażamy, dodajemy warzywa i przesmażamy chwilę tak, żeby zostały chrupkie, na końcu dodajemy makaron i glony, i mieszamy, żeby maślano-pestkowo-warzywna masa dokładnie oblepiła makaron. Dodajemy sól, pieprz i chlust sosu sojowego, mieszamy.
Wykładamy na talrze i podajemy.
Całość przygotowań zajmuje tylko jakieś 20 minut.

Dla dwóch osób proporcje to: po kawałku wybranych warzyw, 4 łyżki mieszanych pestek, łyżeczka suchych wakame lub 2 płaty nori.

Jeśli chcemy można do masła do smażenia dodać kilka kropli oleju sezamowego, wtedy całości przewodzić będzie smak sezamu, a nie glonów (choć ja wolę bez sezamowego oleju, bardziej morskie w smaku).


W talerzu na zdjęciu z warzyw jest zielona papryka, cebula, seler naciowy i por.
Z pestek sezam biały i czarny, dynia i słonecznik.
Makaron jest zielonkawy, bo to soba z zieloną herbatą matcha, ale szczerze mówiąc normalna, bura grycznana soba jest tak samo dobra, tylko mniej malownicza.